7 sierpnia 2008 08:01

Raport z Grenlandii Maćka Ciesielskiego – Geneva Diedre i White Stupid Man

Właśnie wróciliśmy – Jurek Stefański, Wawrzyniec Wawa Zakrzewski i Maciek Ciesielski – do kraju po prawie czterotygodniowej nieobecności. Sprawy codzienne już nas pochłonęły prawie całkowicie, stąd bardziej szczegółowy raport ze wyprawy na Grenlandię pojawi się wkrótce.

  • Geneva Diedre

Grenlandia przywitała nas ładną pogodą i ogromną ilością nawianego lodu (kry) w fiordzie, który skutecznie uniemożliwiał opuszczenie miasteczka Nanortalik. W końcu 12 lipca, co było naprawdę niezłą morską przygodą, udało nam się osiągnąć znajdujący się u stóp Ulamertorsuaq nasz base camp.


Nanortalik przywalone lodem (fot. arch. Maciek Ciesielski)

Przez następne dziesięć dni praktycznie cały czas lało. I gdy już popadliśmy w marazm i zaczęliśmy sobie obiecywać, iż nigdy do tej krainy deszczowców więcej nie wrócimy, niespodziewanie wyszło słońce i tak już miało pozostać do końca naszego pobytu (przez kolejne dwanaście dni nie padało, choć nie zawsze świeciło słońce).

22 lipca o godzinie 4.30 rano zaczęliśmy wspinaczkę na znajdującej się na ścianie Ulamertorsuaq drodze Geneva Diedre (szerzej znanej, jako War and poetry *) VI.12c 31 wyciągów. Pierwsze 19 wyciągów, które znamy z naszej (Wawa i Maciek) ubiegłorocznej próby przechodzimy w stylu “OS po roku” (jedynie wyciąg 12c Wawa przechodzi w 2.próbie). Następnie, do godziny dziewiętnastej z minutami pokonujemy kolejne cztery wyciągi w stylu OS.

Tutaj popełniamy jeden z wielu błędów, jakich nie udało nam się uniknąć podczas tej wspinaczki. Ponieważ Wawa ulega eliminującej go z dalszego wspinania kontuzji, decydujemy się – mimo kilku godzin światła, jakie nam tego dnia jeszcze pozostało – na nieplanowany biwak. Zupełnie nie jesteśmy do niego przygotowani, nie mamy nawet folii NCR, nie mówiąc już o ciepłych puchówkach. Nasza decyzja wynikała z faktu, iż według informacji, jakie posiadaliśmy, półka, na której się znaleźliśmy była ostatnią przed szczytem. A ponieważ wcześniejsza noc była bardzo ciepła, stwierdziliśmy, że rankiem, po odpoczynku, będziemy mieli większe szanse na przejście klasyczne kolejnych siedmiu trudnych i naprawdę siłowych wyciągów.

Niestety około północy zerwał się przeraźliwie zimny i silny wiatr. Dla każdego z nas był to jeden z najgorszych biwaków w górach.

Ranek przywitał nas totalnym zachmurzeniem i jeszcze większym wiatrem. Wyglądało, iż zaraz zacznie padać. O szóstej minął nas niesamowity Słoweniec Andrej Grmovšek, który ze swoją żoną Tanią biwakował na półce wyciąg niżej (był to rozsądny wybór, gdyż ich pierwszy wyciąg był stosunkowo łatwy – 5.11a, a prze to dobry “na rozgrzewkę”). Andrej poinformował nas, iż ich zdaniem zaraz zacznie lać i oni pomimo zimna, które może pokrzyżować wspinanie klasyczne, decydują się iść na szczyt.

W swoją “szychtę” wystartował Jurek. W przeraźliwym zimnie pokonał klasycznie cały wyciąg 5.12b, spadając dosłownie metr poniżej stanowiska. Szybka decyzja. Mimo, że jesteśmy tak blisko, to jednak ciągłe trudności kolejnych wyciągów sprawiają, iż szczyt wydaje się być bardzo odległy. Dodatkowo ta zlewa wisząca w powietrzu…. Decydujemy się wspinać dalej, wyciąg pada więc w stylu raz AF. Kolejna przepiękna, biegnąca poprzez płytę rysa za 5.11d pada OS. Następny wyciąg już jest łatwiejszy, bo wyceniony na 5.11b. Niestety przypadkowe omsknięcie nogi znów kończy się obciążeniem liny po pokonaniu kilkudziesięciu kluczowych metrów wyciągu. Ten wyciąg także przechodzimy w stylu raz AF.

Następne wyciągi mają być już łatwiejsze. Niestety tylko na papierze. Kolejna wyceniona na 5.10d przerysa dla nas jest jednym z najtrudniejszych wyciągów na całej drodze. Następnie dwie “jedenastki”, przeokrutnie długa (60 m) pionowa, “dziesiątkowa” rysa na dłonie i koniec. Jeszcze tylko kilka metrów płyty, kominek i stajemy w pełni słońca;-) na zupełnie płaskim szczycie. To naprawdę niesamowite. Droga do ostatniego wyciągu jest pionowa (praktycznie wszystkie stanowiska są wiszące), a kończy się na zupełnie płaskim wielkim, jak boisko do koszykówki szczycie.

21 długich zjazdów (średnio po 50 m) zajęło nam kolejne 5 godzin. Droga na szczyt zajęła nam 33 godziny, z czego 11 przeznaczyliśmy na nieszczęsny biwak.

Wspomniany wyżej Andrej Grmovšek przeszedł całą drogę, prowadząc sam wszystkie wyciągi w stylu OS!!! Słoweńcy osiągnęli szczyt jakąś godzinę, dwie przed nami.

Pierwszym powtórzeniem Geneva Diedre było prawdopodobnie dopiero amerykańskie uklasycznienie tej linii w 1998 roku. Kolejne przejście (sześciodniowe, nieklasyczne) należy do zespołu szwedzkiego i miało miejsce w roku 2000. W tym samym roku, za sprawą polskiego zespołu w składzie Staszek Piecuch i Marcin Tomaszewski miało miejsce niesamowite, jednodniowe (15 godzin) przejście tej linii. Pierwszą, biegnącą płytami część drogi zespół przeszedł w stylu OS, następny fragment pokonał odpoczywając w przelotach i częściowo podhaczając. Być może miało miejsce jeszcze jedno, trzydniowe i hakowe przejście w wykonaniu zespołu francuskiego. Kolejne dwa przejścia należą już do Słoweńców i do nas.

Co ciekawe, posiadający w swoim dorobku niejedną drogę i niejedną ścianę Słoweńcy uważają tą linię za jedną z najładniejszych, jakie przyszło im kiedykolwiek robić.

  • White Stupid Man

26 lipca ciągle jeszcze zmęczeni otrzymujemy informacje, że 27 lipca ma być ostatnim ładnym dniem. Podejmujemy szybką decyzję i jeszcze tego samego dnia podchodzimy spać pod ścianę Nalumasortoq. Kolejnego ranka o godzinie 6.00 rozpoczynamy wspinaczkę wytyczoną w zeszłym roku (po dwóch latach!) drogą niemieckiego zespołu z Drezna o wiele mówiącej nazwie White Stupid Man (6b A1, 18 wyciągów, 640 m). Jak nam mówili autorzy Steffen Laetsch, Jürgen Becher, Michael Bänsch – wielokrotnie podchodząc pod ścianę w ciągłym opadzie deszczu lub wśród latających wszechobecnych muszek zastanawiali się, co oni tutaj robią…

Warto wspomnieć, iż ten sam zespół ma na swoim koncie wytyczenie w 2007 roku nowej drogi w Cochamo, na ścianie Cerro Trinidad. Wassermusik to linia o trudnościach 7b+A1 i długości 840 m.

Podczas naszej najlepszej z trzech ubiegłorocznych prób, po jedenastu godzinach wspinaczki osiągnęliśmy z Wawą stanowisko numer dziewięć. Tym razem było znacznie lepiej. W tym samym miejscu zameldowaliśmy się już po sześciu godzinach. Pierwsze osiem wyciągów (w tym kluczowy 5.12b) udało nam się przejść w pierwszej próbie. Trzech podejść wymagał tylko wytrzymałościowy, naprawdę długi i wyceniany na co najmniej 5.12a wyciąg dziewiąty.

Na tym odcinku droga jest naprawdę piękna i biegnie przez ciąg zacięć rys i kominów przecinających dobrej jakości skałę. Kolejne dziewięć wyciągów biegnie już przez skałę ciut gorszej jakości. Można na tym fragmencie natrafić na całkiem sporą kruszyznę, zatrawione odcinki rys lub utrudniającą życie i wspinanie znaczną “wilgoć”. Zwłaszcza dwa ostatnie wyciągi to umiejętne skradanie się między potężnymi wantami. Jednym słowem druga połowa drogi to takie “górskie” wspinanie.

Na ten odcinek przypadały cztery wyciągi hakowe. Na najtrudniejszym z nich znaleźliśmy trudności rzędu 5.11b. Ten fragment drogi pokonaliśmy w stylu OS. Całość drogi zajęła nam 15,5 godziny wspinaczki, a dość skomplikowane (zwłaszcza w górnej części ściany) zjazdy kolejne 3,5 godziny. Na naszym biwaku pojawiliśmy się po 21 godzinach od czasu jego opuszczenia.


Po skończeniu "Drogi Niemieckiej" (fot. arch. Maciek Ciesielski)

Trudności poszczególnych wyciągów prezentują się teraz następująco: 5.10b, 5.9, 5.10 c (komin), 5.10d (przerysa), 5.11d, 5.12b, 10a (komin), 5.11c, 5.12a, 5.11a, 5.11a, 5.11a, 5.11b, 5.11a, 5.11b, 5.11a, 5.10d, 5.8.

Nasze przejście było dopiero piątym (czwartym drogą pokonaną klasycznie) jednodniowym przejściem ściany Nalumasortoq i pierwszym w wykonaniu zespołu nie amerykańskiego, a droga White Stupid Man stała się czwartą w pełni klasyczną linią na tej ścianie.

Dwa dni później, 29 lipca znajdującą się na tej samej ścianie drogę Left Pilar, zwaną także British Route o trudnościach 5.12d, 18 wyciągów, wspominany już wyżej zespół słoweński pokonał w rewelacyjnym czasie dziesięciu godzin w stylu OS!. Jest to dopiero drugie klasyczne przejście tej drogi, oczywiście pierwsze w tym stylu.

  • Na Pyramid Peak

Wcześniej, bo 26 lipca Tanja i Andrej wytyczyli prawdopodobnie nową drogę na przepięknie prezentującym się Pyramid Peak? (nie jestem pewny tej nazwy). Droga ma ok. 400 m długości i biegnie głównie terenem o trudnościach ok. 5.10a, z jednym wyciągiem wycenionym na ok. 5.11c. Słoweńcy donoszą o wysokiej jakości granitu, który zastaniemy na tej ścianie.

Skuszeni tymi zapewnieniami także spróbowaliśmy sił na tej górze. Po piekielnie męczącym podejściu – ponad 1350 m przewyższenia – 31 lipca, czyli w nasz ostatni dzień pobytu w fiordzie, wbiliśmy się w znajdujące się w lewej części południowej ściany charakterystyczne duże zacięcie. Wydaje nam się, iż podczas naszej wesołej wspinaczki – naprawdę mieliśmy piękną pogodę, udało nam się przez przypadek pokonać po fragmencie ze wszystkich znajdujących się na tej ścianie dróg;-) Nie wiem, jak to powiedzieć, ale nam złożyły się one na piękną i logiczną całość;-)

Kombinacja ta ma około 400 m długości, a trudności kluczowego fragmentu wynoszą około 5.11. W przeciwieństwie do wcześniejszych wspinaczek, gdzie drugi i trzeci w naszym zespole korzystali z przyrządów samozaciskowych, tym razem cały nasz zespół wspinał się klasycznie.

***

W tym samym czasie i w tym samym rejonie działał jeszcze jeden wesoły zespół z naszego kraju. Mowa tu oczywiście o ekipie, w skład której weszli Wojciech Kurz, Artur Magiera i Paweł Wyciślik.

Chłopcy wykorzystali niesamowite okno pogodowe. Ich celem stała się znajdująca na zachodnie ścianie Ketila Droga Katalońska (VI, A3, 1300 m), której pierwszego przejścia dokonano w roku 1981. Zespół podczas czterodniowej wspinaczki (21-24 lipca) uklasycznił prawie całą linię, hakowe zostały tylko dwa wyciągi w Wielkim Okapie (A1 i A2). Zaproponowana przez nich nowa wycena drogi to VIII-, A2 2xAF 1300 m + 600 m łatwiejszej grani do wierzchołka. Jest to dopiero pierwsze polskie wejście na ten szczyt i zarazem pierwsze powtórzenie tej drogi.

Wcześniej, 15 lipca śląski zespół pokonał znajdującą się na Pyramide Ulamertorsuaq drogę Mosquito Attack VII, 320 m. Przejście odbyło się w stylu RP. Tą samą drogę pokonał także zespół słoweński. Oba zespoły są zdania, iż nie jest to najpiękniejsza i najbardziej logiczna linia pod słońcem.

Powyższe informacje dotyczą stanu na 1 sierpnia, kiedy to rankiem opuściliśmy życzliwy dla nas w tym roku Fiord Tasermiut. Wojtek, Artur i Paweł zostali tam jeszcze na tydzień, a Tanja i Andrej aż na dwa tygodnie. Mamy nadzieję, że znakomita pogoda się jeszcze długo utrzyma i wkrótce dowiemy się o kolejnych ciekawych przejściach w ich wykonaniu. 

***

Na zakończenie jeszcze raz chcielibyśmy podziękować całej grupie dobrych ludzi, instytucji i firm, bez których zorganizowanie tego wyjazdu byłoby dla nas niezwykle trudne.

Patronat, organizacja i wsparcie finansowe:
PZA (www.pza.org.pl)

Wparcie finansowe:
Atest (www.atest-polska.pl)  
UKA (www.uka.pl)

W odzież i sprzęt wyposażyła nas:
firma VauDe oraz Edelrid – główni sponsorzy sprzętowi wyjazdu (www.vaude.pl)

Pozostali sponsorzy:
Montano (www.montano.pl)
Tendom (www.hurtowniafatra.pl)
Lhotse i Triop (www.lhotse.pl)
Marabut (www.namioty.pl)
Travellunch (www.travellunch.pl)
Maxim (www.predmal.pl)

Patronat medialny:
Brytan (www.wspinanie.pl)
GÓRY (www.goryonline.com
vaude.pl (www.vaude.pl)
UKA (www.uka.pl)

Specjalne podziękowania dla Piotrka Xięskiego (PZA) oraz Piotrka Drożdza (GÓRY), a także dla Wojtka, Artura i Pawła za ich towarzystwo oraz dla Hansa – on wie za co;-)

Osobne, a zarazem największe podziękowania chcielibyśmy złożyć naszym najbliższym.

W imieniu zespołu Maciek Ciesielski

* Geneva Diedre wytyczył w 1983 roku szwajcarski zespół w składzie Chrystian Dalphin, Jean Probst, Bernard Wietlisbach i znany wszystkim wspinającym się w Alpach eksplorator Michel Piola. Autorska wycena wynosiła 6b A4. W 1998 roku pod ścianą pojawił się amerykański zespół w składzie Steve Bechte, Jeff Bechtel, Mike Lilygren, Peter Mallamo, Paul Piana, Bobby Model i Todd Skinner.

Początkowo Amerykanie planowali dokonać pierwszego klasycznego przejścia sąsiedniej, równie słynnej drogi Moby Dick. Dlaczego zmienili plany? Tego nie wie nikt. Ich celem stała się linia, która na 26 wyciągach pokrywa się całkowicie z linią szwajcarską. Amerykanie nie dość, iż użyli spitów (stosunkowo gęsto osadzonych) na ubezpieczenie pierwszych 17 wyciągów biegnących płytami (kluczowe hakowe trudności na schemacie Szwajcarów), to jeszcze “przywłaszczyli” sobie tą linię, gdyż w żadnym swoim sprawozdaniu nawet nie wspomnieli o tym, iż ich “nowa” droga pokrywa się z Geneva Diedre. Uważamy, że jest to nie w porządku, gdy zespół uklasyczniając istniejącą linię zmienia jej nazwę, a dokładnie to miało miejsce w tym przypadku.

Nazwa War and poetry miała odzwierciedlać uczucia zespołu amerykańskiego – wojną były dla nich znajdujące się w pierwszej części płyty, a poezją ciągi rys, zacięć kominów i przerys, które składają się na drugą połowę drogi. Nasze uczucia były wprost odwrotne – żartowaliśmy sobie nawet ze Słoweńcami, że do siedemnastego wyciągu jest piękne wspinanie – potem pozostaje już tylko ciężka praca;-)


Topo "War and poetry" (fot. Mountain Info/High Magazine)

Tagi:



  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek

    Czy AF to przejście klasyczne? [102]
    Nie wiem jakie są aktualne trendy, więc pytam. Czy przejście…

    8-08-2008
    rapi