28 grudnia 2007 08:01

Zima w Tatrach do 22 grudnia

Kolejna nowość na Kazalnicy*

Jeszcze tak dobrego początku zimowego sezonu w Tatrach nie mieliśmy. Może inaczej, ja takiego odkąd się wspinam zimą, nie pamiętam. Ale po kolei.

20 grudnia, czyli w ostatni dzień jesieni pod ścianą Kazalnicy pojawił się zespół starych zimowych wyjadaczy, czyli Staszek Piecuch i Piotrek Sztaba (Wspinanie.pl Test Team). Panowie rozpoczęli swą wspinaczkę terenem znajdującym się na prawo od Drogi Korosadowicza. W ten sposób powstała nowa droga, która otrzymała nazwę Climb Machine (news).

Nowa linia składa się z siedmiu wyciągów i jest to w sumie ok. 260 metrów wspinania. Kończy się na wybitnej turni filara, o którym można powiedzieć, że jest prawym ograniczeniem wspomnianego wyżej Korosada. Proponowane przez autorów trudności poszczególnych wyciągów przedstawiają się następująco: wyciąg pierwszy to M5** (ok. 40 metrów), wyciąg drugi to M3 (ok. 15 metrów), kolejny to M3 (ok. 50 metrów), dalej M4 (ok. 50 metrów), kolejny to kluczowa długość liny M6 (ok. 40 metrów), dalej M3 (ok. 50 metrów) i w końcu ostatni M3 (ok. 40 metrów).


Wspina się Staszek Piecuch (fot. Piotrek Sztaba)

Droga ma charakter w pełni mikstowy. Na pierwszym i trzecim wyciągu znajdują się prożki lodowe (a przynajmniej były podczas premierowego przejścia). Poza mieszaniną skały i trawy znajdziemy tam odcinki czystej skały (dość spore) i tylko ok. 70 metrów pól śnieżnych. Linia oferuje przyzwoitą asekurację (jedynie na pierwszym wyciągu jest ona problematyczna).

Zdaniem Piotra Climb Machine jest ciekawą propozycją zimowo/klasycznego wspinania. Jak sam jednak dodaje, nie była to dla niego droga łatwa, głównie z uwagi na wspomniany wyżej psychiczny pierwszy wyciąg (zdaniem Piotrka, jeżeli nie będzie na nim lodu, to przypuszczalnie stanie się on dużo trudniejszy niż proponowana wycena) i wyciąg M6, na którym trzeba po prostu zdrowo zawalczyć.


Staszek Piecuch w akcji (fot. Piotrek Sztaba)

Z kilku miejsc na drodze istnieje możliwość łatwego wycofu. Jednak przy niepewnych warunkach lawinowych rozsądne jest wybranie innego celu, ponieważ w drogę startuje się z lawiniastego kociołka śnieżnego, którego kontynuacją jest żleb opadający wprost na Czarny Staw.

Piotrek, który był pomysłodawcą wytyczenia nowej linii dodaje, że do podjęcia wspinaczki zachęcił go jeden z największych znawców tatrzańskich ścian – Włodek Cywiński, który sam wcześniej miał kilka nieudanych prób na tym projekcie.

Opisana wyżej wspinaczka, która trwała 6 godz. 15 min. i odbyła się w stylu onsight (drugi na linie poruszał się w stylu A0).

Wielki dzień

Na takie miano zasłużył 22 grudzień. W ciągu jednego dnia, aż chce się napisać – jak za starych dobrych czasów, na naszej najhonorniejszej ścianie, czyli Kazalnicy Mięguszowieckiej wspinały się, aż cztery zespoły.   

Zacznijmy od lewej. Jeden z bohaterów wspinaczki opisanej wyżej, Piotrek Sztaba (Wspinanie.pl Test Team), po szybkim odpoczynku w Krakowie powrócił w Tatry w towarzystwie Tomka Lewandowskiego. Tym razem celem była Droga Łapińskiego i Paszuchy, znana w środowisku także, jako Komin Łapińskiego. Krakusi pokonali całą drogę zimowo/klasycznie w stylu onsight (drugi na linie na A0). Za kluczową długość liny uznano tę prowadzącą przez tzw. ściankę problemową, którą wyceniono na M7**. Potwierdzono tym samych wysoką wycenę tego wyciągu, zaproponowaną podczas przejścia w 2005 roku kombinacji Warianty Klasyczne (news). Całość wspinaczki zabrała aż 18 godzin. Tak długa akcja wynikała głównie z powodu utraty przez zespół jednej dziaby, problemów z teoretycznie nową “czołówką” – na szczęście była pełnia księżyca, a także “poputania” drogi na wysokości Dolnego Komina, gdzie zamiast w łatwym terenie prowadzący wspinał się w trudnościach, sięgających stopnia M6. Natomiast w Górnym Kominie zastano, (o czym donosił już po swoim przejściu Marcin Tomaszewski) dość dobre warunki lodowe, zwłaszcza w jego drugiej połowie, gdzie grubość lodu sięgała nawet 5 cm.

Autorzy tej wspinaczki gorąco polecają Komin Łapińskiego, wychwalając jego dużą urodę.

Highway to Hell do szczytu

Droga na Hell do najpopularniejszych zimą nie należy. Za to jest jedną z najdłuższych dróg na Kazalnicy, ponieważ kończy się na jej szczycie. Pierwszego zimowego przejścia tej drogi, po wielu wcześniejszej próbach kilku naprawdę dobrych wspinaczy, dokonał w 2002 roku mocny zespół w składzie Adaś Pieprzycki i Robert “Roko” Rokowski (obaj Wspinanie.pl Test Team oraz www.wspinanie.edu.pl, news). W rewelacyjnym czasie zespół ten pokonał zasadnicze trudności drogi i osiągnął tzw. trawers do Bandziocha (miejsce, gdzie kończy się większość dróg, znajdujących się na Kazalnicy). Niestety załamanie pogody zmusiło ich najpierw do biwaku, a następnie po zasypaniu wszystkiego świeżym śniegiem, do zakończenia wspinaczki w tym miejscu.

W tym roku z drogą postanowił się zmierzyć zespół w składzie Jakub Radziejowski i niżej podpisany. W ciągu niecałych 14 godz. od rozpoczęcia wspinaczki udało nam się osiągnąć wierzchołek Kazalnicy. Całą drogę przeszliśmy zimowo/klasycznie w stylu onsight. Drugi w zespole wspinał się klasycznie, dosłownie tylko na kilku wyciągach azerując.


Wspinaczka "Drogą na Hell" (fot. arch. Jakub Radziejowski)

Droga jest bardzo ciągowa – praktycznie prawie każdy wyciąg, łącznie z pierwszym wyciągiem ponad “trawers do Bandziocha”, jest wspinaczkowy. Kluczowe trudności drogi nie przekraczają stopnia 6+, poza krótkim odcinkiem naszego własnego wariantu, który przypadkowo (słabe topo) wytyczyliśmy na wyciągu piątym. “Nasz” trawers w lewo/w skos wyceniliśmy na ok. 7. Został na nim hak kierunkowy (czyt. nie szło go wybić;-). Niestety na kilku wyciągach skalnych, zwłaszcza na czwartym i piątym zastaniemy dość sporą i dość niebezpieczną kruszyznę.

Drogę polecamy wszystkim, którzy chcieliby przeżyć dużą górską przygodę. Natomiast ja sam chciałbym w tym miejscu podziękować Kubie, że po raz kolejny pokazał mi, co to znaczy prawdziwy alpinizm.

Długi Hell

Chcąc pisać o kolejnym przejściu musimy na chwilę przenieść się na “słynną” już ścianę Buli pod Bandziochem. To właśnie na niej swoją łańcuchówkę rozpoczął zespół w składzie Jasiek Kuczera i aktywny już wcześniej w tym sezonie Marcin Księżak (news).


Marcin Księżak na drodze "W Samo Południe" na Buli pod Bandziochem – początek łańcuchówki

Panowie swój długi dzień rozpoczęli od przejścia drogi W Samo Południe 5+ na Buli pod Bandziochem. Następnie podeszli pod ścianę Kazalnicy, gdzie rozpoczęli wspinaczkę prawdopodobnie nowym terenem, tuż na lewo od wejścia w Drogę Korosadowicza.


Marcin na pierwszym wyciągu nowej kombinacji na Kazalnicy Mięguszowieckiej, trudności 7- (fot. Jan Kuczera)

Ich pierwszy wyciąg wiedzie zacięciem podprowadzającym pod widoczny, znajdujący się w tym miejscu dość duży okap. To właśnie trawers pod tym okapem w lewo został oceniony, jako najtrudniejsze miejsce tego wyciągu (ok. 45 metrów, propozycja wyceny 7-).

Drugi wyciąg biegnie nie wybitnym filarkiem, a następnie zacięciem po jego lewej stronie (miejsce 4). Stanowisko zakładamy po ok. 70 metrach, pod przewieszoną ścianką. Następnie na lewo od przewieszenia, ścianką za ok. 5+/6 i wyjście na półkę (stały hak). To właśnie w tym miejscu zespół prawdopodobnie połączył się z tzw. Drogą Długosza, inaczej zwaną Prawym Długoszem, który oryginalnie startuje Drogą Korosadowicza, przez co często uważana jest za jej duży wariant.

Z tego miejsca jak sam Marcin donosi, jego zespół wspinał się “jak puszcza”, domniemając, że Długosz wybierał właśnie najłatwiejszy sposób przejścia (panowie nie dysponowali schematem). Na tym odcinku zespół natrafił na jednego starego “klincala” i duże trudności w płytach, sięgających stopnia 6+/7-. Po wyjściu w łatwy teren, nie znając nawet przybliżonego przebiegu Długosza zespół połączył się z Drogą na Hell (dwa wyciągi poniżej trawersu do Bandziocha), którą to osiągnął szczyt Kazalnicy. Dla tak pokonanej kombinacji na ścianie Kazalnicy zespół proponuje nazwę Długi Hell.

Jak się jednak okazuje to nie było jeszcze wszystko. Jasiek i Marcin ze szczytu Kazalnicy terenem maksymalnie “jedynkowym” osiągnęli wierzchołek Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego. Całość ta daje ok. 800 metrów ściany, której pokonanie zajęło ok. 18-19 godzin.

To też był niewątpliwie alpinizm.

Debiut

Ostatnim zespołem, który podczas tego pięknego dnia i jeszcze piękniejszej nocy wspinał się na Kazalnicy był zespół w składzie Robert Grzanka i Jakub Wajda. Ich pierwszą (ale widząc zapał do wspinania zimą na pewno nie ostatnią) drogą na tej ścianie była wspominana już wielokrotnie wyżej Drogą Korosadowicza 5+

Maciek Ciesielski (Warmpeace, Montano, 4th League )

* o wytyczeniu nowej drogi, a raczej jak sie okazuje kombinacji o nazwie Nutzha, podczas samotnej wspinaczki Marcina Tomaszewskiego informowaliśmy Was tutaj – Dwie nowości w Tatrach

** Piotrek jest jednym z głównych przedstawicieli środowiska krakowskiego, które swoje umiejętności podnosi wspinając się zimowo/klasycznie na ospitowanych drogach mikstowego, wydzielonego sektora Zakrzówka. Poprowadzone tam drogi są w większości obite i wycenione w skali M. Natomiast w Tatrach, na drogach nieobitych, od kilku już lat staramy się wyceniać pokonywane zimą klasycznie drogi w nowej, “zimowej skali”, którą wyrażamy poprzez cyfry arabskie (ma to umożliwić odróżnienie wycen zimowych od letnich, które podawane są cyframi rzymskimi). Nasza zimowa skala mniej więcej pod względem trudności odpowiada skali stosowanej zimą w Szkocji (potwierdziło to już kilku wspinaczy, którzy wspinali się tam ostatnimi latami) i podobnie jak ona jest troszeczkę przesunięta w stosunku do skali M. Dla mniej zorientowanych przytoczę parę porównań: M5+ to mniej więcej 6 lub 6/6+, M6 to mniej więcej 6+  lub 6+/7-, M7 to mniej więcej 7+ lub 7+/8-   

Tagi:



  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum