26 października 2005 08:01

Lotos – Polacy na dziewiczym szczycie w Himalajach

Kilka dni przed moim kwietniowym wylotem do Maroka zadzwonił Marcin Tomaszewski z pomysłem wyprawy do mało znanej doliny Miyar w Himalajach. Od razu zapaliłem się do pomysłu szczególnie że wg informacji jakie posiadaliśmy istniała szansa na wytyczenie klasycznej drogi na wielkiej ścianie przypominającej Turnie Trango.

Najpierw polecieliśmy jednak do Taghii. Po ubiegłorocznym wytyczeniu Barracudy (7c+, 600m z Borkiem Szybińskim, Elizą Kubarską, patrz Barracuda i 30 wydartych…), która jest jedną z najtrudniejszych polskich dróg na wielkiej ścianie,  przez cały rok nosiłem w głowie inny projekt. Wiszącą niemal nad samą wsią gładką linię, która przypominała połączenie wspinaczek  z Dolomitów i Verdon. Razem z Elizą Kubarską wytyczyliśmy i przeszliśmy ją w maju, zostawiając po sobie drogę, która w moim mniemaniu jest jedną z najciekawszych linii w Atlasie Wysokim (Fantasia 7b+/c, 750m, patrz Fantasia – kolejna polska…).

W miedzy czasie w Polsce sytuacja ekspedycji himalajskiej ewoluowała. Marcin obwieścił, że nie może jechać. Podobnie stało się też z Krzyśkiem Belczyńskim, który przytłoczony naszymi polskimi  problemami z pieniędzmi, też się wycofał. Na scenie pojawił się za to inny mocny zawodnik Michał Król, razem ze swoimi dry-toolowymi  dziabami, czyli zostaliśmy we dwóch. Oznaczało to ciężką orkę w górach i zmniejszało margines bezpieczeństwa, ale już byliśmy   zdecydowani.


Ściany podobne do patagońskich olbrzymów stały tu nieodkryte aż do lat 90-tych (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Nasza wiedza o Dolinie Miyar oparta była głównie na artykule Igora Kollera z Gór i kilku mailach od Paolo Vitaliego – alpinistycznego odkrywcy Miyaru. Miyar to absolutnie odludne miejsce które było  eksplorowane jedynie przez kilka ekspedycji, a zostało odkryte dopiero na początku lat 90-tych. Wiele szczytów  pozostaje niezdobytych (nie są nawet nazwane). Wielkie ściany podobne do Turnii Trango  w Karakorum wyrastają tu wysokość ok. 6000m. Już samo dotarcie w głąb Miyaru, szczególnie do bocznych dolinek, ma wymiar eksploracji, a na niektórych lodowcach do dziś nie przeprowadzono nawet rekonesansu. Dolina Miyar ma ok. 100km długości. Tutejsza kapryśna pogoda jest porównywana do groźnej aury Patagonii.


Jesteśmy już w górach, a o dolinie Miyar nikt tu prawie nie słyszał, David ustala trase dojazdową dla jeepa (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Wejście do doliny jest możliwe jedynie przez  4 miesiące w roku , później burze śnieżne i opady odcinają ją od świata. W lipcu przed naszym przyjazdem cala dolina była pokryta śniegiem zaraz po naszym wyjeździe znów spadł śnieg.


Koniec drogi dla jeeepa z naszym 250kg sprzętu i jedzenia czekamy na konie (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Nasza malutka karawana w kierunku bazy (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Pierwsze 50km doliny Miyar wędrowaliśmy razem z wynajętymi końmi, które niosły cały ok. 250kg ekwipunek (w tym ok. 60 kg jedzenia które miało starczyć na samotny pobyt w górach przez miesiąc).


Wędrówka przez Miyar, stawy na wysokości drugiego obozu (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Na wysokości 4000 m n.p.m. wędrujemy przez dolinę pełną kwiatów (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Trzydniowydniowy trek w głąb doliny na wysokości ok. 4000 m n.p.m. był dla nas pełnym zaskoczeniem. Mijaliśmy  łąki pełne kwiatów, wokół  pasły  się niemal dzikie stada koni i jaków.
Przekraczaliśmy dziesiątki strumieni i rzeczek. Szczyty wokół nas wznosiły się łagodnie, aż do wysokości 5000 m. Dopiero przed samą bazą  zaczęły pojawiać się większe ściany. Interesujące nas turnie czekały jednak w bocznych dolinach takich jak Tawa.


Trzeci dzień wędrówki (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Musieliśmy poświecić dodatkowe dni na samotny transport sprzętu  w głąb tej długiej doliny. Do miejsca nadającego się na bazę wysunięta dotarliśmy dopiero po kilku dniach wahadłowego transportu sprzętu.


Michał Król (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Ogrzewamy się przy ognisku z łajna jaków, dla pasterzy jest to jedyny opał w promieniu 50 km (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Wejście na morenę lodowca i wędrówka po głazach które osuwają się po nim była naszą największą katorgą. Nic w czasie tej wyprawy nie było już tak nieprzyjemne jak przechodzenie po tym zapadającym się lodowcu. Czasami głazy obracały się pod stopami odsłaniając dziury  po 7 metrów  głębokości. Innym razem na stromym zboczu skalny rumosz zaczynał obsuwać się nagle prosto na nas (za każdym razem uciekaliśmy tylko dzięki użyciu 2 dodatkowych kończyn jakimi są kijki). Każdego dnia zastanawialiśmy się kiedy któryś z nas złamie nogę.

Podczas wyprawy spotkaliśmy włoską ekspedycję i Massimo Marcheggianni który był w dolinie już kilkakrotnie, zdobywając m.in. Neverseen Tower najwybitniejszą turnie nad lodowcem Tawa, był więc dla nas swego rodzaju ekspertem. Massimo powiedział że lodowiec Tawa zapadł się tworząc labirynt przejść (10 lat temu było łatwiej) i że on sam nie wie jak się teraz po nim poruszać.


Weszliśmy na lodowiec Tawa jeszcze 5 godzin do bazy wysuniętej, kluczymy w labiryncie osuwajacych się głazów (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

ABC założyliśmy na wysokości ok. 5000 m. Po obejrzeniu szczytów z bliska odłożyliśmy nasz portal na bok bo stało się jasne że chcemy robić szybką klasykę. Pierwsze 250metrow ściany zaporęczowaliśmy (sporo przygód) potem zamierzaliśmy wspinać się non-stop do szczytu.


Świt w naszym symbolicznym ABC (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Michał w drodze pod nasz projekt (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Michał ogląda jedną ze ścian, ma ok. 800 m wysokosci i też nie jest zdobyta (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Jeden z ostatnich wielkich projektów doliny, te szczyty wciaż nie maja nazwy (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


Z lodowego tunelu czerpiemy wodę sprzed kilku tysięcy lat (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Po dniu odpoczynkowym wstaliśmy o 3  i z włączonymi czołówkami rozpoczęliśmy wspinaczkę po stromych polach lodowych co zwykle zajmowało nam ok. 2 godzin (do pierwszego stanu). Nie uważaliśmy ich za część drogi i nie używaliśmy liny, ale było jasne, że nie można tam upaść bo lot zakończyłby się jakieś 500m niżej.

Droga miała być typowym mixtem. Dla sprzętowej wygody ustaliliśmy z Michałem, że skałę w butach wspinowych  robię ja, on idzie przez lód.  Michał biegł swoje kawałki rzadko wrzucając przeloty. Skalne wyciągi  to głównie rysy, niektóre były przeraźliwie zalodzone tak, że żałowałem, że nie zabrałem ze stanowiska dziaby, innym razem skała idealnie nadawała się do klasyki.


David wchodzi na strome pola startowego lodowca zaczynamy nasz 28 godzinny nonstop do szczytu (studiowspin.com.pl)

Nie obyło się bez przygód. Zaczęło się już ściemniać a my byliśmy ciągle daleko od prowadzącej w kierunku szczytu przełączki. Do tego ostatnie słońce tak wytopiło śnieg z kopuły szczytowej, że z przewieszonej ściany nad nami zaczął płynąc wodospad. Musieliśmy przejść pod ścianę wody co sprawiło że przez moment byliśmy cali mokrzy. Szczególnie Michał, który czekał aż skończę wyciąg wisząc na stanie założonym akurat pod kurtyną wody.


Michał na trzecim wyciagu drogi (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)


5500 m n.p.m. ostatnie wyciagi przed nami , po pokonaniu odstrzelonego bulderu David wchodzi w rysę na klinowanie. (fot. Michał Król/studiowspin.com.pl)

Na innym wyciągu  lód spadający spod dziab prowadzącego postanowił mnie zabić. Dostałem kilkoma spadającymi z wys. 50m bryłami i gdy wijąc się jak piskorz kląłem na Michała, z grani powyżej spadł jeszcze cięższy ładunek.  Zasłaniając twarz niestety przyjąłem jeden z kamieni  prosto na przedramię. Przez chwilę myślałem, że ręka jest złamana. (więcej o tych przygodach wkrótce w artykułach).

W końcu 5 sierpnia o 21.45 stanęliśmy na szczycie. Nie było żadnych zdjęć szczytowych bo choć noc była piękna i ciepła, myśleliśmy już  raczej o szybkim powrocie. Nie mieliśmy przecież żadnego sprzętu biwakowego. Na jednym z głazów blisko szczytu zostawiliśmy tylko rzeczowy “message in the bottle” i weszliśmy w całonocne zjazdy.


Rano, drugi dzień zejścia, niesiemy plecaki po 50kg, Michał ma problemy z płucami (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Gdy ok. godziny 8 następnego dnia stanęliśmy w końcu  na płaskim czyli bezpiecznym lodzie, sekundę po tym jak usiedliśmy na jakimś kamieniu  urwał nam się film. Do namiotu bazowego było jeszcze jakieś pół godziny które wydłużyliśmy  usypiając co kilka kroków. 

 “Nasz” szczyt nazwaliśmy “LOTOS”. Ma on 5630 m wysokości i został zdobyty pd.-zach. ścianą, drogą o długości 750 metrów (VIII-, M6, lód 80st.).


Nasza linia 750m wspinu, Lotos stoi zaraz obok najwspanialszej piramidy Miyaryu – Neverseen Tower (fot. David Kaszlikowski/studiowspin.com.pl)

Serdeczne podziękowania dla naszych sponsorów.

Główni sponsorzy wyprawy :

Sponsorzy wspierający:

  • Lhotse
  • Marabut
  • Fabryka Farb i Lakierów “Śnieżka”
  • Miasto Nowy Targ,
  • Montano,
  • Hurtownia sprzętu alpin. Fatra

David Kaszlikowski




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum