22 kwietnia 2000 08:01

Wywiad z Jerrym Moffattem

Wywiad ten nie jest klasycznym wywiadem, pytanie – odpowiedź, jest raczej streszczeniem przeprowadzonych rozmów na przestrzeni kilku dni pobytu Jerrego w moim domu. Każda z wypowiedzi została skrócona o około 50% poprzez pominięcie takich słów jak “fuck, fucking, fucker”, co w sposób drastyczny zmieniło charakter wypowiedzi, za co bardzo przepraszam.

Jerry Moffat podczas zawodów - dawno, dawno temu... (fot. Krzysztof Drożdżeński)

Jerry Moffatt podczas zawodów – dawno, dawno temu… (fot. Krzysztof Drożdżeński)

Imię: Jerry
Nazwisko: Moffatt
Data urodzenia: 18 marzec 1963
Wiek: 21
Znak zodiaku: Ryby
Numer buta: 9
Sponsor: Boreal

Krzysztof Drożdżeński: Chciałbym Cię na wstępie uprzedzić, że pytania, jakie Ci zadam, słyszałeś już nie raz, co wymaga od ciebie uzbrojenia się w cierpliwość. Udzielanie wywiadów jest jak edukacja seksualna. Nie wystarczy raz powiedzieć, wydać jedną książkę, czy nakręcić jeden film. Ile razy by nie powtarzać, zawsze znajdą się nowi i nowi słuchacze.

Jerry Moffatt: Urodziłem się na pograniczu dwóch znaków i często tzw. fachowcy twierdzą, że muszę mieć wiele cech z Barana. Kiedyś jedna dziewczyna, po minucie rozmowy ze mną stwierdziła, że nie będę jej lubił, ponieważ jestem spod znaku Barana. Próbowałem ją przekonać, że jestem spod znaku Ryb. Po pewnym czasie myślałem, że ją zatłukę, ponieważ ciągle przekonywała mnie, że jestem spod znaku Barana. Oj, może miała rację.

Krzysiek
: Chciałbym żebyś wrócił pamięcią do lat, kiedy nie w głowie było Ci wspinanie. Jaki byłeś jako dziecko?

Jerry: Nie wydaje mi się, żebym wyróżniał się w jakiś sposób spośród moich rówieśników. Ani nie byłem najodważniejszy, ani najbardziej tchórzliwy. Zdarzało mi się być liderem, ale tylko w najgłupszych przedsięwzięciach. W ogóle nie byłem zbyt bystrym dzieckiem. W szkole często nie rozumiałem, o czym była mowa. To chyba było powodem, że nudziłem się tam strasznie.

Krzysiek
: Szkołę więc uważasz za zmarnowany czas.

Jerry: O nie. Właśnie w szkole podpatrzyłem, jak się koledzy wspinają. Nasz budynek szkolny był zbudowany z kamienia i pozwalał na wielometrowe trawersy. Na początku jakoś mi nie szło, ale od czasu kiedy zamiast chodzić na lekcje, zacząłem ćwiczyć trawersy wokół szkoły, powoli zacząłem dokopywać konkurencji. Przestałem chodzić na wagary, a z prawdziwą ochotą chodziłem do szkoły. Rodzice zauważyli tą zmianę i wiem, że nawet zaczęło ich to martwić.

Krzysiek
: Jakie miałeś układy z braćmi.

Jerry: Jeden brat był starszy o rok, jeden młodszy o rok. Nie było między nami żadnych większych konfliktów. Przez niewielką różnicę wieku mieliśmy wiele wspólnych rzeczy do robienia. Starszy brat był intelektualistą od dziecka i to mu zostało do dzisiaj. Od niedawna mieszka w Brazylii wydelegowany przez firmę.  Parę tygodni temu odwiedziłem go z rodzicami. Nie, nie, nie miałem czasu zrobić nawet jednej przystawki.  Cały czas spędziłem w tym molochu San Paulo. Wracając do historii. Widziałeś film “Full Monty” (“Goło i wesoło”)? Akcja dzieje się w moim mieście Sheffield i doskonale oddaje atmosferę, w której wyrastałem. Moim kumplem od lat jest Ben Moon. Chyba z braku innego zajęcia, zaczęliśmy pakować. Nigdy nie myślałem, że to co zacząłem robić, jest jakby pierwszym stopniem do wielkich gór. Małe formacje od początku był celem samym w sobie. Góry odstraszały mnie skutecznie długimi podejściami, marznącymi palcami, no i tym, że można było się ubić.

Krzysiek
: Już wiele lat temu zrezygnowałeś z uczestnictwa w zawodach. Jak to się dzieje, że często młodzi ludzie niekoniecznie przechodzący te najtrudniejsze drogi w skałkach, wygrywają w zawodach.

Jerry: W zawodach można wygrać tylko, jeżeli się tego bardzo chce.

Krzysiek
: Czy to nie jest oczywiste?

Jerry: Ja myślę, rzeczywiście chcieć. Tak mogą chcieć tylko bardzo młodzi. Nawet, jeżeli miałby sobie urwać rękę, to pójdzie dalej. I nic tu nie wskóra doświadczenie i ćwiczenia relaksujące.

Jerry zawsze elektryzował publiczność stylem swojego wspinania (fot. Krzysztof Drożdżeński)

Jerry zawsze elektryzował publiczność stylem swojego wspinania (fot. Krzysztof Drożdżeński)

Krzysiek: Czy jest możliwość uniknięcia kontuzji przy intensywnym i wieloletnim wspinaniu?

Jerry: Jeżeli nie masz kontuzji, to znaczy, że nie popychasz do granic. Jest to największa plaga, która dziesiątkuje wspinaczy. Podczas wielu lat mojego wspinania widziałem wielu dużo  lepszych wspinaczy niż ja. Oni jednak tracili cierpliwość w walce z kontuzjami. Jest naprawdę frustrujące, jeżeli przygotowujesz się do sezonu i masz kontuzję palca. Jesteś wyłączony przez miesiąc lub dwa, pakujesz dalej i masz kontuzję łokcia i tak dalej, i tak dalej. Kontuzja mojego łokcia mogła mnie też wyłączyć na zawsze. Pakowałem za dużo i skończyło się operacją. To wszystko wymaga wiedzy, jak trenować, żeby się nie zajebać. Dzisiaj udzielam już konsultacji.

Krzysiek
: Wiele gwiazd odchodzi w czasie swojej świetności. Jeżeli dzisiaj byłby ostatnim dniem Twojej kariery wspinaczkowej, czy byłbyś z niej zadowolony.

Jerry: Oczywiście tak. Nie mam już tak wielu planów na przyszłość, jak to bywało, ale nadal mam kilka problemów, które muszę jeszcze rozwiązać. Nie obawiam się, że pewnego dnia nie będę już chciał wspiąć się na żadną skałę. Obecnie koncentruję się na mniejszej ilości nowych problemów, równocześnie, kiedy je przechodzę, wyrastają nowe. Po prostu potrzebuję więcej czasu na doskonalenie gry w golfa. Tutaj mam jeszcze długą drogę do mistrzostwa.

Krzysiek
: Miejsca nowych projektów są objęte ścisłą tajemnicą. Może znowu jakaś duża ściana?

Jerry: O, na pewno nie. Wybrałem się raz na El Cap i to był horror. W połowie ściany byłem już zmęczony, głodny, chciało mi się pić, a na dodatek było strasznie zimno. Po ciemku weszliśmy na szczyt i nie wyglądało to wszystko tak, jak sobie wyobrażałem. Nigdy nie trenowałem na wytrzymałość, a takie coś chyba tylko tego wymaga. Chociaż, tak sobie myślę, że wolałbym wejść na Trango niż na El Cap?!

Krzysiek
: Jak Twoje Wyspy bronią się przed inwazją spita?

Jerry: Jak zawsze, dobrze sobie z tym radziliśmy. Nie mam też obaw o najbliższą przyszłość. Dzisiaj nastała moda na drogi niebezpieczne i bardzo niebezpieczne. Czasami gdzieś tam pojawi się jakiś spit, ale jest wyrywany. Trudno jest walczyć z młodą i arogancką nawałą wspinaczy. Dobrym rozwiązaniem jest Saksonia, gdzie na pałach obowiązują stare zasady, a na reszcie ścian można stosować wszelkie metody, ale tam sławy nikt nie zdobędzie. Drogi na pałach z początku wieku wzbudzają najwyższy respekt a Bernd Arnold do dzisiaj jest uważany za nadczłowieka.

Krzysiek
: Czy wiesz cokolwiek o stosowaniu dopingu wśród wspinaczy.

Jerry: Nie, nie wiem. Może dlatego, że nie czytam żadnych gazet wspinaczkowych. Znam wprawdzie parę osób, które wydaje mi się, że coś brały (tu padły nazwiska), w celu zwiększenia dawki treningowej. Nie wiem za to nic na temat stosowania koksu (coś krótkotrwałego, co pomaga wykonać kilka przechwytów). Prawdopodobnie żyję w zupełnej nieświadomości. Problem ten z pewnością nie ominie wspinania. Nie wydaje mi się, że jesteśmy w stanie wypracować coś oryginalnego w walce z dopingiem. Doping we wspinaniu jest zaprzeczeniem jego sensu.

Wracając do gazet?! Popatrz, biorę do ręki Climbing i już jestem wkurwiony. Najlepsi wspinacze stulecia. Na pierwszej stronie ten dupek John Bachar i piszą o drogach, których nie przeszedł. Ani słowa o Ronie Kauku. Zanim Bachar oderwał dupę od ziemi, Ron poprowadził najtrudniejsze drogi w Ameryce. Tylko Ron nigdy nie dbał o reklamę, a Bachar? Wiesz o tym, że Bachar miał pierwsze Boreale w Ameryce? Chciałem je od niego pożyczyć do jednej przystawki i mi ich nie dał. Nawet Wolfgang Gullich go nie lubił, a wiadomo, że nie było takich ludzi, których Gullich by nie lubił.

Krzysiek
: Jest w Polsce taka gazeta na internecie, której motto brzmi “Jeżeli sami o sobie nie napiszemy, to nikt o nas nie napisze”, gorzej jeżeli napiszą jakieś bzdury.

Jerry: Tak najczęściej bywa. To jest powód, dla którego nie tracę czasu na czytanie gazet. Nie mogę powiedzieć kiedy, ale już niebawem wyjdzie w internecie nasza gazeta. Sama prawda.

Krzysiek
: Wyobraź sobie, że w Polsce ludzie pamiętają twoją pasję do szybkich samochodów i motocykli.

Jerry: Dwa dni przed przyjazdem do Vancouver kupiłem sobie nowy motocykl, i tak się składa, że już go rozwaliłem. Dobrze, że dostanę jakąś kasę za ten slideshow, będę mógł zapłacić za naprawę. Wiele już lat nie jeździłem na motocyklu, będę chyba musiał uważać na zakrętach.

Krzysiek
: A jak tam Twój Porshe?

Jerry: Na prostej wyciągam do 150 mil/h.

Krzysiek
: Jestem pewien, że nie słyszałeś o żadnym polskim wspinaczu.

Jerry: Jak na to wpadłeś?

Krzysiek
: Skądinąd wiem, że najdalej na wschód dotarłeś do Frankenjury. Jeżeli nic się nie zmieniło w Polsce od mojego wyjazdu, to byłbyś niezwykle mile widzianym gościem, prowadzanym przez sympatycznych ludzi, którzy rzucą pracę na kilka dni, żeby pokazać ci najciekawsze skały i bouldery. Nie wspomnę tu o polskich dziewczynach, które z zapartym tchem słuchałyby opowieści o twoich kontaktach z małpami, a bankiety przeciągały by się do białego rana.

Jerry: Mówisz o Angielkach, czy o ostatnim moim wyjeździe do Indii? Od dłuższego czasu intrygowało mnie pewne miejsce w Indiach, gdzie podobno małpy wspinają się po skałach. Postanowiliśmy sprawdzić to na własne oczy. Przeszło to nasze najśmielsze oczekiwania. Oczywiście chcieliśmy skonfrontować nasze umiejętności. Małpy najczęściej wspinają się z małymi przyczepionymi do brzuchów. No cóż, my nie mamy jeszcze dzieci. Żeby zmusić małpy do wchodzenia odpowiednimi drogami, układaliśmy ścieżkę z bananów. Co było już poza konkurencją to to, że małpy wracały zbiegając tą samą drogą, głową w dół. Do dzisiaj nie daje mi to spokoju.

Krzysiek
: W imieniu moich przyjaciół i znajomych będących w Polsce, zapraszam Cię do odwiedzenia najpiękniejszych skałek, jakie znam.

Krzysztof Drożdżeński




  • Komentarze na forum Dodaj swój wątek
    Brak komentarzy na forum