4 października 2011

 

Przygoda na Momatiukówce - Andrzej Marcisz

W nawiązaniu do przejścia sprzed kilku dni drogi Metanoja na Kazalnicy Mięguszowieckiej, podczas którego Piotr Xięski i Robert Pallus dokonali pierwszego powtórzenia najtrudniejszego wyciągu na Momatiukówce (po 19 latach!), prezentujemy tekst Andrzeja Marcisza o tej drodze ("Góry" 4-5/1992). Andrzej wraz z Włodkiem "Juhasem" Derdą odhaczył w 1992 roku właśnie historyczną Momatiukówkę.

Przygoda na Momatiukówce

Po siedmioletniej przerwie postanowiłem ponownie spróbować uklasycznić drogę Momatiuka. Skłoniły mnie do tego taboriskowe wieści o Kazalnicy "suchej jak pieprz". Przy poprzedniej próbie woda wlewała mi się do rękawów koszuli, uniemożliwiając wspinanie klasyczne. Wtedy, po kilku efektownych lotach, poddałem się i pokonując przewieszenie korzystałem z kilku haków. Tym razem liczyłem na więcej szczęścia.

Na pierwszych wyciągach potwierdzają się wiadomości o suchej skale. Rzeczywiście, nigdy dotychczas nie widziałem tak suchej Kazalnicy. Dochodzę do bazy i zastanawiam się nad możliwością poprowadzenia nowego wariantu, który wyprowadzałby wprost na stanowisko po trawersie pająka, tuż pod strefą przewieszoną. Ten nienowy problem rozważałem jeszcze z "Małolatem" (Z. Czyżewskim) po nad dziesięć lat temu. Postanawiam jednak oszczędzać siły na przewieszenie, mając świadomość, że wspinaczka w granicie Kazalnicy nie jest zbyt prosta ze względ u na asekurację.

Nad bazą wspinam się bardzo wolno, chcąc się dobrze rozgrzać. Po około 20 metrach zakładam stanowisko i decyduję iść na wprost. Wytyczam w ten sposób nowy wariant, nieco krótszy od planowanego w bazie, niemniej ba rdzo interesujący, o trudnościach mniej więcej VI+/V1.1, doskonały na rozgrzewkę. Zostawiamy na nim dwa haki i jedynkę; gdyby ktoś chciał tu przyjść może dodatkowo założyć kilka średnich stoperów.

Dochodzi do mnie "Juhas" (W. Derda). Cztery tkwiące już na stanowisku haki nie budzą naszego zaufania, więc wzmacniamy je dodatkowo. Przez chwilę myślę nad taktyką: co wziąć , a z czego zrezygnować, żeby być jak najlżejszym? Wyciąg jest dość długi i nie idzie wprost w górę, lecz nieco kluczy. Sterczy na nim dużo złomu , co jest niezbyt pocieszające. Nie mogę się wpiąć we wszystko, bo nie wystarczy mi sprzętu i byłyby kłopoty z przesztywnieniem liny.

W chwili startu spoglądam kątem oka na zegarek, który właśnie sygnalizuje pełną godzinę. Dwunasta. Początek nie jest zbyt trudny i mogę spokojnie przemyśleć kolejne posunięcia . Usiłuję przypomnieć sobie szczegóły sprzed 7 lat, ale na próżno. Po pierwszej przewieszce następuje trawers skośnie w prawo. Wspinaczka jest tu dość delikatna , techniczna. Przy końcu wpinam się do starego klincala, który wygląda dość solidnie, więc będzie "robił" za punkt strategiczny, bo przez kolejne kilka metrów nie będę się miał do czego wpiąć. Od tego miejsca zaczyna się robić trudno.

Po kilku metrach okazuje się, że tu jednak jest wilgotno - marzenie o suchej skale pryska jak mydlana bańka. Z trudem wpinam się do zwisającej z góry starej metrowej pętli. Rozpoznaję układ chwytów, ale cóż z tego, skoro nie mam prawa się na nich utrzymać , są zbyt mokre. Ogarnia mnie lekkie zwątpienie . Próbuję wymagnezjować chwyty, ale to nic nie daje - magnezja tworzy z wodą śliską papkę. Decyzję odwrotu podejmuję w ostatniej chwili, kilka szybkich ruchów w dół robię na granicy odpadnięcia. Schodzę do miejsca, w którym mogę trochę wypocząć.

Ruszam ponownie. Wspinam się szybkimi ruchami, bo teraz mam linę z góry, ale za chwilę znów zaczynam walczyć z wodą . Wywołuje to we mnie ogromną złość i już właśnie chcę ponownie schodzić, gdy wymacuję małą, ale ostrą krawądkę. Jest niemalże sucha. Błyskawiczna decyzja . Lewa noga w górę, ściągnięcie na prawej ręce, kontrolowany przestrzał do wystającej z przewieszenia półeczki. To miejsce wydaje się kluczem do reszty przewieszenia, którego pozostaje nade mną jeszcze jakieś 5 metrów.

W tym miejscu jest już znowu sucho. Mając do dyspozycji dwa dobre chwyty mogę na zmianę luzować ręce , dzięki czemu jestem w stanie powisieć chwilę i pomyśleć co dalej . Wykonuję dwa prze chwyty, aby wpiąć się do wyższego haka, ale omal nie spadam zostawiając nie wpięty ekspres. Chwyty są nienajgorsze, ale nogi jakoś w tym przewieszeniu uciekają. Znów odpoczywam.

Zastanawiam się, czy nie warto by spróbować pójść bardziej w prawo. Teren jest tam nieco mniej przewieszony, nie ma jednak żadnej asekuracji. Wpinam się w końcu do wiszącego ekspresa i dostrzegam w górze wystający bloczek, który może wytrzyma mój ciężar. Ale jak się do niego dostać? Dzieli mnie od niego jeszcze około 4 m.

Wchodzę w dulfera. Jeden ruch, drugi, teraz nie muszę się już wpinać , następny przechwyt i końcami palców z bardzo wypychającej pozycji dosięgam bloczka. Obciążam go początkowo bardzo delikatnie, lecz po chwili nie mam już siły pieścić się i zawisam na nim "oboma rękoma". To dobry chwyt, mogę znów odpocząć.

Pamiętam, że nieco wyżej w prawo są w skale duże wymycia. Gdy byłem tam poprzednio stała w nich woda, tak że wyglądały jak kropielnice w kościele. Są jednak o jeden przechwyt za wysoko i dzieli mnie od nich kawałek całkiem gładkiej ściany. Daleko z lewej namacałem małą miseczkę, jest jednak omszała i czuję, że się z niej wyślizguję. Wisząc na przyblokowanej ręce usuwam szybko mech i nerwowo sięgam do chwytu. Wiem, że go nie puszczę, z takich chwytów po prostu nie spadam, choćbym był skrajnie zmęczony. To klama - nagroda.

Końcówka, około 5-6 m, sprawia wrażenie połogiej, chociaż w rzeczywistości jest prawie pionowa. Wspinaczka wciąż wymaga uwagi, a ponadto muszę walczyć z oporną liną, która mocno trze o już założone przeloty. Przed samym stanowiskiem muszę się nieco poszamotać w przewieszonym kominku. Rejestruję kolejne piknięcie zegarka, bo akurat mam ucho obok przyklinowanej ręki. Za chwilkę sprawdzam - pierwsza. Czuj ę się nieco zmordowany, ogarnia mnie odprężenie i zmęczenie typowe po dużych koncentracjach i wysiłku.

Po półgodzinie dochodzi mój partner. "Juhas" nie chce już niczego nieść w plecaku. Na drugiego wspina się z konieczności, gdyż po wypadku ma ciągle jeszcze niesprawne oba stawy skokowe. Prawdziwa zabawa czeka go dopiero w zejściu.

Z pełnymi brzuchami zabieramy się ponownie za wspinanie. Tuż nad stanowiskiem jest jeszcze miejsce około VI+, na którym muszę chwilę pomyśleć, a reszta to już przyjemna formalność. Całość zabiera nam około 6 godzin i poza oczywistym zadowoleniem z pokonania problemu sprzed lat, niestety rozczarowuje. Naprawdę trudny jest tam tylko jeden wyciąg.

Moje spostrzeżenie z zeszłego roku, że w Arco jest fajniej niż w Tatrach, jakby potwierdzało się. Kazalnica jest zbyt zatrawiona i krucha, Mnich zbyt połogi i krótki. W ścianach tkwi masa złomu, który co jakiś czas urywa się pod czyimś obciążeniem. Trudno mówić o przyjemności, gdy przy sprawdzaniu jakiegoś haka sypią się na człowieka płatki rdzy pod uderzeniami młotka. Te góry są jednak dla nas na swój sposób ukochane i trudno byłoby zrezygnować z nich całkowicie. Rozwiązaniem byłoby może spitowanie dróg, ale nie jestem do tego całkiem przekonany. Opornie idzie ubezpieczanie skałek. W Tatrach nie mogę sobie tego jakoś wyobrazić, choć pewnie przyszłe pokolenia będą musiały coś wybrać.

Tymczasem alternatywą mogą być Tatry Słowackie. Przed dziesięci u laty drogi na Kazalnicy były chyba trudniejsze od tych po drugiej stronie grani. Kto wie czy dziś nie jest na odwrót.

Andrzej Marcisz

Tekst opublikowany w "Górach" 4-5/1992

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Brak komentarzy

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.