|
Z dwoma tytułami mistrzowskimi kończy ten sezon zawodniczy Agata Wiśniewska (Gatowalls, KW Toruń, Boreal). Pierwszy złoty medal wywalczyła na Mistrzostwach Polski w boulderingu, w wielkim finale PP podczas 8. KFG w Krakowie, broniąc tym samym tytułu z ubiegłego roku. Sukces powtórzyła tydzień później we Wrocławiu w konkurencji prowadzenie.
Zapytaliśmy Agatę między innymi o starty w zawodach (także tych międzynarodowych), naszą polską pucharową rzeczywistość, i o skały oczywiście - czyli to, co jest dla Agaty najważniejsze. Zapraszamy.

Agata i no hand rest :) na "Kalea Borroka" 8b+, Siurana
(fot. M. Wisniewski)
***
Dorota Dubicka (wspinanie.pl): Przede wszystkim wielkie gratulacje za dwa tytuły mistrzowskie, w boulderingu i w prowadzeniu. Tak szczerze, któryś z medali cieszy bardziej? Pytam, bo obserwując Twoje starty w tym sezonie, postawiłaś raczej na małe formy. W prowadzeniu poza MP nie startowałaś.
Agata Wiśniewska: Dziękuję za gratulacje. Oba tytuły bardzo mnie cieszą :), ale jednak głębiej zapadło mi w pamięci tegoroczne zwycięstwo w Mistrzostwach Polski w boulderingu. Po pierwsze dlatego, że finały zawodów odbywały się podczas gali Krakowskiego Festiwalu Górskiego, przy efektownej oprawie i pełnej, głośnej widowni, i już sam udział w takich finałach był dla mnie bardzo emocjonującym przeżyciem. Po drugie, pod nieobecność Kingi Ociepki i Edyty Ropek, byłam chyba uważana za główną faworytkę, a to niełatwa sytuacja psychiczna, której udało mi się jednak sprostać.
Co do całości moich startów w tym sezonie to przyznaję, że grudniowe Mistrzostwa Polski, zarówno w bulderingu, jak i w prowadzeniu, były jedynymi zawodami, do których planowałam się przygotować w tym sezonie. W całej reszcie zawodów, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, planowałam brać udział raczej sporadycznie i spontanicznie, gdy nie byłam akurat w skałkach. Np. na boulderową edycję Pucharu Polski w Tarnowie przyjechałam właściwie prosto z Siurany, w Pucharze Świata w prowadzeniu w Chamonix wzięłam udział w drodze z Céüse do Polski, a w bardzo udanych dla mnie zawodach boulderowego Pucharu Świata wystartowałam w drodze "powrotnej" :) - z Polski do Céüse (przyp. red. w PŚ w Monachium Agata dostała się do półfinału i zajęła 20. miejsce).
W tym roku, podobnie zresztą jak w roku 2009, postawiłam zdecydowanie na wspinanie w skałach.

Podczas Mistrzostw Polski w boulderingu na 8. KFG (fot. Adam Kokot)
No właśnie, z jednej strony skały, z drugiej zawody. Wielu zawodników nie decyduje się na łączenie tych dwóch rzeczy. Tobie udaje się to znakomicie. Mimo sporadycznych występów w pucharze, miałaś ułożony jakiś cykl treningowy właśnie pod zawody?
Łączenie wspinania w skałach ze startami w zawodach faktycznie jest bardzo trudnym zadaniem. Mimo, że pod niektórymi względami te aktywności wzajemnie się uzupełniają, to myślę, że aby osiągać maksimum swoich możliwości w jednej z nich trzeba odsunąć tę drugą zdecydowanie na dalszy plan. Ja, przynajmniej na razie, nie zdecyduję się na taki krok, i nadal będę starała się łączyć je ze sobą, nawet kosztem nieco gorszych wyników i wolniejszego postępu. Zarówno wspinanie w skałkach, jak i wspinanie na zawodach wciąż bardzo rozwijają mnie wspinaczkowo (i nie tylko) oraz wnoszą do mojego życia dużo radości, ale także innych emocji.
Tak jak już pisałam, tegoroczne Mistrzostwa Polski w Krakowie i Wrocławiu były jedynymi zawodami, na których naprawdę mi zależało, dlatego zdecydowałam zakończyć tegoroczny sezon skalny miesięcznym (październikowym) pobytem w Rodellarze, w którym charakter wspinania i rodzaj chwytów przypominają nieco charakter wspinania na sztucznej ścianie. To właśnie na rzecz lepszego przygotowania do dwóch imprez mistrzowskich zrezygnowałam ze startów w pozostałych edycjach pucharowych. Listopad miał być miesiącem, w którym chciałam przenieść dość dobrą formę skalną na formę "ściankową", a zawody w Bielsku-Białej i w Tarnowie trochę mi w tym przeszkadzały. Plan miałam dość napięty, bo miesiąc to bardzo mało, ale się udało :)
Większość moich listopadowych dni wyglądało tak samo. Dzień zaczynałam od małego śniadanka, a potem serii przeróżnych ćwiczeń ogólnorozwojowych, bo po skałkach to się często flaczeje ;) Tak więc z rana było bieganie (tylko czasem bo bardzo tego nie lubię), setki brzuszków, kilka pompek (tylko kilka, bo to strasznie dla mnie trudne ćwiczenie), podciągnięcia, hantelki itp. Potem było kolejne, tym razem bardzo duże śniadanie z kawką i facebookiem :) Następnie bieg z Czarą (moją labradorką) na pierwszy trening na ściance (krótka sesja boulderowa i ułożenie ciągu na trening wieczorny), bieg z Czarą do domu, obiad, szybka kawa, ciasto i znów bieg z Czarą na ścianę. 4 godziny zajęć z grupami sekcji wspinaczkowych, a po nich kolejny trening (wytrzymałościowy - obwody lub jak miałam więcej szczęścia, czyli partnera - szybkie wspinanie po dużej ilości dróg z liną). Potem już tylko bieg do domu, szybka kolacyjka, herbatka i 9-10 godzin snu.
No to rzeczywiście dość napięty program dnia :) Trenujesz sama, czy pod okiem trenera?
Trenuję wciąż pod okiem Czarka Modrzejewskiego, którego zresztą prawdopodobnie ;) jeszcze w tym roku poślubię, a który zaczął mnie trenować 9 lat temu. Od kilku lat jego rola w moim treningu polega przede wszystkim na wskazywaniu mi kierunku, w jakim ten trening (zarówno długoterminowy, jak i krótkoterminowy) powinien iść, na wychwytywaniu moich słabych stron, wybieraniu skalnych celów wspinaczkowych i ogromnej wierze w moje możliwości - za co jestem mu bardzo wdzięczna, a w zamian za co robię mu dobre obiadki ;)
To, jakimi metodami, i z jaką intensywnością trenuję, ustalam sobie raczej sama. Na większości treningów również wspinam się sama, bo często przychodzę w godzinach, gdy ścianka jest komercyjnie zamknięta. Mimo braku towarzystwa, nie jest mi jednak smutno, bo chociaż element towarzyski we wspinaniu jest bardzo pozytywny, to sam ruch wspinaczkowy jest dla mnie największą przyjemnością.
Już przed samym rozpoczęciem cyklu pucharowego zakładasz, że wystąpisz w poszczególnych imprezach, czy działasz raczej spontanicznie i jeśli jest okazja, to wybierasz po prostu wyjazd na west. Może inaczej, czy masz to wszystko poukładane już na początku roku? :)
Planowanie kolejnego sezonu chyba zawsze zaczynam bardzo profesjonalnie :) Pod koniec każdego roku kupuję sobie kalendarzyk na następny rok, w którym wpisuje wszystkie zawody IFSC w konkurencjach prowadzenie i bouldering. Następnie patrzę na lokalizację tych zawodów. Niektóre z nich od razu wykreślam, bo na lot na zawody np. do Japonii na razie mnie nie stać. Podkreślam natomiast te zawody, na które wyjazd mogłabym połączyć z jakimś wyjazdem w skałki lub do znajomych.
Dopasowaniem cyklu treningowego do zawodów już przeważnie nie zawracam sobie szczególnie głowy, bo i tak trenuję tylko pod wspinanie z liną. Wychodzę z założenia, że w boulderingu, tak wiele zależy od techniki, taktyki i szczęścia, że z powodzeniem można dobrze wypadać na zawodach boulderowych, nie będąc do nich dobrze przygotowanym pod względem fizycznym (przykład - mój tegoroczny awans do boulderowego półfinału w Monachium) lub odwrotnie - będąc świetnie przygotowanym pod względem fizycznym można wypadać bardzo słabo z braku odpowiedniej techniki, taktyki lub szczęścia (przykład - moje starty w boulderowym Pucharze Świata w roku 2007).
Kiedy już zaznaczę sobie w moim kalendarzu wszystkie zawody, w których mogłabym i chciałabym wziąć udział, dołączam do nich mój plan wspinania w skałach. Niektóre skalne plany dopasowuję do wyjazdów na zawody, jednak wciąż duża część zawodów zostaje wykreślona, bo zaplanowane są w najlepszym okresie do wspinania w tym czy innym rejonie. Poza tym unikam wszelkich zawodniczych maratonów - 2 edycje zawodów weekend po weekendzie to maks.
No i tak oto w grudniu tworzy się mój wstępny plan wspinaczkowy na kolejny rok, który z z biegiem dni, wydarzeń życiowych, problemów zdrowotnych i skalnych projektów jest jeszcze kilkakrotnie zmieniany.
Tak, moje profesjonalne podejście do zawodów często musi ustępować miejsca mojemu spontanicznemu podejściu do wyjazdów w skały. Bardzo często bilet np. do Hiszpanii kupuję tylko w jedną stronę, lub kilka dni przed "nieplanowanym" wylotem. Np. w styczniu tego roku bardzo długo broniłam się przed 2-tygodniowym wyjazdem do El Chorro, tłumacząc wszystkim, że "ja teraz to naprawdę nie mogę, to ważna faza treningu, teraz muszę ćwiczyć to i to, żeby potem być taka i taka". A w rezultacie kupiłam bilet do Malagi właściwie 24 godziny przed wylotem, zapłaciłam za niego 3 razy więcej niż kosztował kilka dni wcześniej, i cały "tak ważny plan treningowy" wziął w łeb :)
Tradycją jest również wprowadzenie zmian w całorocznym planie treningowo-wyjazdowym w okolicach marca, kiedy to ogłaszany jest wstępny kalendarz zawodów krajowych. Jest on jeszcze następnie kilkakrotnie zmieniany, ale daty wyznaczane dla zawodów rangi mistrzowskiej mocno determinują mój wspinaczkowy plan sezonu. Od kilku lat nie przywiązuję już większej wagi do zwykłych edycji Pucharu Polski, i jeśli kolidują z moim zaplanowanym wcześniej (lub później :) wyjazdem w skałki lub na zawody międzynarodowe, to te edycję pucharu po prostu odpuszczam. Natomiast na zawodach rangi mistrzowskiej zależy mi znacznie bardziej, również dlatego, że zdobycie medalu mistrzowskiego otwiera możliwości uzyskania różnych stypendiów.

Z otrzymanym wczoraj Złotym Wyciorem - najważniejszą nagrodą
Toruńskiego Klubu Wysokogórskiego (A. Stefanowicz)
Jeszcze a propos zawodów, trudno nie zapytać o nasze rodzime imprezy w randze pucharowej. Ciekawi mnie, jak oceniasz jako zawodnik ich organizację? Jak to wygląda z bliska? W tym roku w cyklu PP mieliśmy tylko trzy imprezy w prowadzeniu i trzy w boulderingu, nierzadko narzekaliśmy na dość niską frekwencję startujących etc. Wg ciebie potrzebne są jakieś zmiany w organizacji PP? A jeśli tak, to co należałoby zmienić?
Hmm... ja chyba nie jestem bardzo wymagającym zawodnikiem, bo startując w jakichkolwiek zawodach oczekuję od nich przede wszystkim ciekawych, dobrze ułożonych dróg wspinaczkowych bądź boulderów oraz miejsca, w którym będę się mogła się dobrze rozgrzać. Nie przywiązuję większej wagi do niedociągnięć organizacyjnych (zmian w harmonogramie zawodów czy braku jedzenia w strefie izolacji ;), a te zdarzają się zarówno na zawodach krajowych, jak i międzynarodowych.
Co do małej ilości zawodników biorących udział w rozgrywkach Pucharu Polski to myślę, że dzieje się tak z wielu powodów. Po pierwsze na pewno dla wielu wspinaczy wyrobienie licencji zawodnika, a co dopiero załatwienie badań lekarskich, jest nie lada wyzwaniem. Niestety nie wiem, czy istnieje możliwość sensownego ułatwienia tych procedur, ale wydrukowanie, wypełnienie i wysłanie wniosku licencyjnego plus zrobienie przelewu zajmuje, przy wolnych obrotach, 30 minut, a podstawowe badania lekarskie powinien robić raz na rok każdy człowiek.
Ale jeśli już nawet uda się takiemu wspinaczowi uporać z formalnościami, to pojawia się drugi powód niskiej frekwencji startujących - ilość wspinania, jaką wspinacz może dostać w zamian. Dwie drogi eliminacyjne w prowadzeniu lub 6 boulderów (w sumie 30 minut wspinania bądź siedzenia pod boulderem). A do tego kupa stresu związana z tym, że te zawody mają rangę Pucharu Polski.
Jeśli porównać to z kilkunastoma boulderami oferowanymi przez organizatorów Boulderfest i bezstresową formułą zawodów, większość wspinaczy, szczególnie tych wysoko ceniących element towarzyski we wspinaniu, zawsze wybierze właśnie te drugie. Ja nie :) Odkąd Adaś Pustelnik zajął się szkoleniem kompozytorów dróg w Polsce jakość wspinania na krajowych zawodach pucharowych naprawdę się polepszyła i jest moim zdaniem obecnie o klasę wyższa niż w zawodach "towarzyskich". Sądzę, że wspinacze, którzy decydują się startować w zawodach rangi Pucharu Polski, już po pierwszym roku swoich startów wspinają się zdecydowanie lepiej niż wspinaliby się po tym samym czasie nie biorąc udziału w zawodach pucharowych .
Obecne formuły zawodów pucharowych w Polsce są takie same jak na zawodach międzynarodowych, i dlatego są dobrym przygotowaniem, niejako rozgrzewką dla zawodników, którzy chcą próbować swoich sił w zawodach rangi międzynarodowej. Dla mnie jedynym poważnym błędem w organizacji Pucharu Polski jest brak rund półfinałowych. Uważam, że bez względu na ilość zawodników powinny się one odbywać zawsze. Moim zdaniem zachęci to wielu wspinaczy do udziału w takich zawodach - większa szansa na awans do wyższej rundy, więcej wspinania. Wspięcie się po 3-4 (dla finalistów) atrakcyjnych drogach w konkurencji prowadzenie (2 Flash i 1-2 OS), czy też 10 (a 14 przypadku finalistów) problemów w konkurencji "bouldering to już sporo dobrego wspinania, dla którego warto się starać.
Poza tym uważam, że Polski Związek Alpinizmu powinien dołożyć jak największych starań, aby część edycji Pucharu Polski organizować również z środkowej i północnej Polsce. Zachęcić tamtejsze, bardzo liczne zresztą środowiska, do ponownego zainteresowania organizacją zawodów w Polsce. Jeżeli każda edycja Pucharu odbywa się ponad 400-600 km od twojego miasta, to naprawdę ciężko jest się na nią wybrać. Myślę, że gdyby chociaż jedna edycja odbywała się gdzieś na Wybrzeżu i jedna np. w Poznaniu, Łodzi, Toruniu lub Warszawie, na wszystkich edycjach Pucharu Polski pojawiałoby się znacznie więcej zawodników, i to z całej Polski.
Startowałaś w tym roku również w imprezach Pucharu Świata. Co wyniosłaś jako wspinacz, jako zawodnik z tych startów? Jakie są twoje wrażenia z międzynarodowej sceny wspinaczkowej.
Mimo, iż na początku tego roku zdecydowałam się pominąć czysto fizyczne przygotowanie do całego sezonu 2010, skupić się na rozwoju technicznym i wspinaniu w skałach, nie chciałam całkowicie rezygnować ze startów w zawodach międzynarodowych. Nadal bardzo zależy mi, aby w miarę regularnie brać w nich udział. Czasem częściej, czasem rzadziej, ale chcę mieć z nimi stały kontakt, bo z każdych zawodów wiele wynoszę i każde dużo mnie uczą.
Międzynarodowe zawody boulderowe to najlepsza lekcja techniki dla wspinacza oraz oczywiście świetna zabawa. Z kolei wspinanie z liną to ten rodzaj wspinania, w którym najbardziej chcę się rozwijać, a co za tym idzie sprawdzać siebie również na arenie międzynarodowej.
Wspinanie z liną na zawodach to jednak bardzo trudna konkurencja, w której rzadko startuje ktoś dla zabawy. Nie ma tam przypadkowych, rzadko trenujących pod te konkurencję zawodników. Prawie każdy uczestnik zawodów to wspinacz światowego poziomu, tak więc nikt już się nie dziwi, jeśli do męskiego półfinału nie wchodzi chłopak, który robi 9b RP, nawet jeśli to 9b jest za sit-start (co się dzieje z tym wspinaniem?).
Nikt również nie dziwi się, jeśli w składzie półfinału kobiet nie ma np. dziewczyny regularnie robiącej 8c RP (a przynajmniej twierdzącej, że robi, bo przecież obecnie wspinanie się po drodze z 2 pierwszymi wpinkami jest powszechnie akceptowane - ja osobiście bardzo nad tym ubolewam i bardzo mi się to nie podoba). Oj naprawdę nie jest łatwo obecnie awansować do półfinału w prowadzeniu, a żeby jeszcze dobrze w nim wypaść trzeba naprawdę bardzo dużo się wspinać, i to przede wszystkim na sztucznej ścianie, bo w tej konkurencji nie da się wypadać dobrze bez solidnie wytrenowanej wytrzymałości siłowej.
Mimo, że ja w tym roku wspinałam się i trenowałam głównie w skałach, to jak tylko nadarzała się okazja i miałam akurat pieniądze na koncie, jechałam na zawody Pucharu Świata. Jeśli dobrze pamiętam wzięłam udział w dwóch edycjach boulderowych i trzech z liną. Mimo braku ściankowego wytrenowania udało mi się po raz pierwszy w karierze ;) wejść do boulderowego półfinału w Monachium. Braków przygotowania fizycznego nie miałam już jednak szans oszukać na zawodach w prowadzeniu - tak więc moje wyniki w tej konkurencji w tym roku były słabe. Mimo to, oprócz dwóch dróg eliminacyjnych (jednej w Chamonix i jednej w belgijskim Puurs), z których spadłam z powodu zbyt energicznego stylu wspinania :), to na reszcie dróg szłam prawie bezbłędnie i albo spadałam z braku wytrzymałości albo kończyłam drogę. Z takich startów w zawodach z liną, kiedy wiem, że dałam z siebie wszystko, zawsze, bez względu na wynik, jestem zadowolona.
Drogi (ich trudność, charakter) w PŚ mają jakiś punkt styczny z tymi przygotowywanymi w PP? Da się to w jakiś sposób porównać?
Tak jak już wspomniałam, większość dróg oraz boulderów układanych obecnie na Pucharach Polski przypomina charakterem te układane na Pucharach Świata. Mamy w końcu chyba dwójkę kompozytorów dróg, którzy od czasu do czasu układają również drogi na zawodach międzynarodowych - Adasia Pustelnika i Tomka Oleksego. Wciąż zdarzają się oczywiście na Pucharach Polski mało efektowne, zbyt statyczne i zbyt długie problemy boulderowe lub zbyt wolne i mało dramatyczne :) drogi z lina, ale to już naprawdę rzadkość.
Natomiast jeśli chodzi o porównanie trudności dróg i boulderów układanych dla kobiet w Polsce i za granicą, to powiem może tak: dobrze ułożone finałowe bouldery w Polsce odpowiadają trudnością dobrze ułożonym boulderom eliminacyjnym za granicą. Jeśli natomiast chodzi o wspinanie z liną to dobrze ułożone drogi finałowe w Pucharze Polski są o około pół lub nawet cały stopień łatwiejsze od dobrze ułożonych dróg eliminacyjnych w Pucharze Świata. No niestety, ale ilość obiektów na których można dobrze potrenować wspinanie z liną w Polsce jest bardzo ograniczona.
W przyszłym roku Mistrzostwa Świata w Arco. Planujesz start we Włoszech i jakieś specjalne przygotowania pod tą właśnie imprezę?
Tak, myślę, że wybiorę się na te zawody i wystartuję zarówno w konkurencji prowadzenie, jak i w boulderingu, aczkolwiek termin zawodów - środek lata - trochę mnie przeraża. Chyba do planu przygotowań włączę treningi w saunie albo zainwestuję w wyjazd do Tajlandii :) A tak serio, ponieważ lipiec to jeden z najgorszych miesięcy do wspinania w skałach w Europie, a czerwiec też jest już raczej temperaturowo nieznośny, więc jest duża szansa, że to Mistrzostw Świata w Arco uda mi się całkiem porządnie fizycznie przygotować na ściance i siłowni. No chyba, że utknę w Céüse :)
Rok 2010 kończysz również świetnymi wynikami w skałach. Twój ostatni pobyt w Hiszpanii zaowocował serią naprawdę mocnych przejść, na czele z Adios Pepito 8a zrobione OS. Mówisz sobie - hmm, tak właśnie chciałam zakończyć ten rok w skałach?:) Czujesz, że zrealizowałaś swój plan na 2010?
Swój plan na rok 2010 zrealizowałam w 125%. Poprowadziłam drogę, o której marzyłam - Kalea Borroka, w szybkich próbach wspięłam się też na wiele dróg w okolicach stopnia 8a oraz zdobyłam Mistrzostwo Polski w jednej z dwóch ważnych dla mnie wspinaczkowych konkurencji. Nie udało mi się natomiast awansować do żadnego z międzynarodowych półfinałów we wspinaniu z liną. Za to ten rok przyniósł mi również miłą niespodziankę, a właściwie dwie - Mistrzostwo Polski w drugiej ze wspinaczkowych konkurencji oraz awans do boulderowego półfinału Pucharu Świata.

Na "Kalea Borroka" 8b+, Siurana (fot. M. Wiswedel)
To właśnie w Hiszpanii wspina ci się najlepiej? Swoje najmocniejsze przejście zrobiłaś w tym roku w właśnie w Siuranie (wspomniana przez ciebie Kalea Borroka 8b+), potem był maraton ósemkowy w Rodellar, w tym życiowy onsajt.
Hmm... lubię bardzo Hiszpanię jako kraj, lubię tamtejszą kulturę, panujący klimat, ilość rejonów wspinaczkowych oraz dobre i tanie połączenia lotnicze z Polską. Jest to dla mnie zdecydowanie najłatwiej dostępna dobra wspinaczkowa miejscówka. Np. cała podróż z Torunia do Siurany (połączenie Poznań - Reus) trwa ok 6 godzin, czyli tyle samo ile potrzebuję, żeby dojechać w polskie skały, a jednocześnie kosztuje niewiele więcej.
Co do jakości wspinania w Hiszpanii, to oczywiście wśród wielu rejonów każdy tam znajdzie coś dla siebie. Moim ulubionym miejscem jest zdecydowanie Siurana. Z kolei typ wspinania w Rodellarze nie należy może do moich ulubionych. Uważam natomiast, że aby wspinać się naprawdę dobrze trzeba wspinać się w różnych formacjach, po drogach o różnym charakterze i w różnych rodzajach skał. Ponadto zawsze wychodziłam z założenia, że żeby się rozwijać (i to w czymkolwiek) należy ćwiczyć swoje słabe strony. Dlatego właśnie za cel ostatniego wyjazdu skalnego przed tegorocznymi Mistrzostwami Polski obrałam Rodellar, ale łapania ścisków ani techniki klinowania kolanek, bioder i wszystkiego, co tylko się tam jeszcze zmieści nie mam zamiaru w najbliższym czasie już ćwiczyć.

Na "Adios Pepito" 8a OS, Rodellar (fot. Mateusz Haładaj)
To jeszcze powiedz na koniec, co Agata Wiśniewska chciałaby zrobić w skałach w przyszłym sezonie? :)
Jeśli chodzi o te trudniejsze drogi, bo pewnie o takie głownie pytasz :), to na przełomie lutego i marca, po odpowiednim przygotowaniu w Toruniu, chciałabym pojechać do Siurany. Już w kwietniu tego roku, tuż po zrobieniu Kalea Borroka, wybrałam sobie tam kolejne wspinaczkowe cele: Ramadan 8b w sektorze Siuranella North, znajdująca się naprzeciwko niej, na El Pati, rzadko chodzona Pati pa mi 8b oraz 2x30 8c - sąsiadka La Rambli.
Do Ramadana i do 2x30 już wstawiłam się w zeszłym roku, a ślicznie wyglądająca Pati pa mi będzie dla mnie niespodzianką, na którą już bardzo się cieszę. Zapewne nie uda mi się uporać z tym wszystkimi jeszcze zimą, więc będę musiała wrócić na te realne cele już tradycyjnie, w kwietniu.
Przełom marca i kwietnia planuję natomiast spędzić, jeśli tym razem pogoda pozwoli, na drogach wielowyciagowych na Sardynii. Jeśli nie pozwoli - to w sardyńskiej pizzerii :) W czerwcu i może we wrześniu chciałabym jeszcze pojechać do Céüse, gdzie w te wakacje również przymierzyłam się do dwóch bardzo ładnych i trudnych dla mnie dróg - L'arcademicien 8c i Radote joli pépere 8b, obie znajdują się w sektorze Demi Lune. Jeśli się zdecyduję, jeśli będę miała możliwość pojechać gdzieś jeszcze w październiku lub listopadzie to na pewno skupię się, tak jak w tym roku, na łatwiejszych drogach. Oto co bym chciała, a co będzie zobaczymy :)
Bardzo dziękuję Ci za rozmowę i trzymam (trzymamy z całą redakcją wspinanie.pl:) mocno kciuki za zrealizowanie planów!
***
|