Piąta edycja zawodów BoulderRes przeszła do historii. Najważniejsza wspinaczkowa impreza Podkarpacia zgromadziła blisko setkę zawodników, którzy bawili się na przystawkach ułożonych przez Tomka Oleksego.
Frekwencji na zawodach, które odbyły się w sobotę 23 października na ścianie Rzeszowskiego Klubu Wysokogórskiego, nie zaszkodziły nawet idealne warunki do napierania w pobliskich Skałach Czarnorzeckich. Nic dziwnego - podczas pięcioletniej historii impreza zdążyła wyrobić sobie niemałą renomę. Na starcie eliminacji stanęło więc 89 pań i panów, a na pokonanie czekało trzynaście ciekawych problemów. W tym roku miało być lepiej, więcej, ładniej i fajniej. I było.
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Tylko najstarsi podkarpaccy górale pamiętają pionierskie czasy, kiedy pojawił się pomysł organizacji zawodów na kultowej ściance na strychu w wieży kościoła, gdzie ładowała cała rzeszowska śmietanka. Impreza ochrzczona bezkompromisowo mianem "Tower of Power" od początku cieszyła się powodzeniem w podkarpackim oraz lubelskim środowisku. Do dziś z rozrzewnieniem wspominamy czasy worków ze starymi szmatami służącymi za crashpady, ubikacje na plebanii czy drewnianą belkę imitującą skomplikowaną naciekową rzeźbę skalną. W tych pionierskich czasach zróżnicowanie większości boulderów kończyło się na dalekim sięgnięciu w dach, a na przystawkach dominowały dwa rodzaje chwytów - okrągłe oblaki i krawądki samoróbki.
Czasy wesołych improwizacji odeszły w cień wraz z przeprowadzką na nową ściankę, którą wybudowano w pomieszczeniach rzeszowskiego MPEC-u. W tym roku do Rzeszowa zawitał wspinaczkowy hajlajf, wielcy sponsorzy i najważniejsze media. Zadanie przygotowania areny zawodów po raz pierwszy powierzono osobnikowi spoza układu (co by miejscowi mogli wreszcie się ponapinać osobiście;) Oficjalnym routesetterem imprezy został Tomek Oleksy. Jak już pisałem, zawodnicy nie zawiedli. Blisko sto osób zjechało z Krakowa, Tarnowa, Lublina oraz całego Podkarpacia, żeby się sprawdzić, powspinać i dobrze zbawić.
Jako, że arena BoulderResu nie należy do największych wprowadzono pewne limity i w eliminacjach wystartowały 4 grupy wspinaczy. Na pokonanie trzynastu bulderów wspinacze mieli półtorej godziny. Trzeba koniecznie wspomnieć, że w odróżnieniu od ubiegłorocznych zawodów, poziom eliminacyjnych boulderów został tak dobrany, żeby umożliwić "powspinanie się" i dobrą zabawę większej ilości wspinaczy. Spora w tym zasługa Tomka, który przywiózł ze sobą mnóstwo chwytów i ciekawych struktur. Względnie łatwe eliminacje stały się więc polem do popisu dla najlepszych, którzy po prostu przebiegli się po wszystkich trzynastu przystawkach (czas Krzyśka Szalachy - 13 minut).
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Tak skonstruowane eliminacje wygenerowały dosyć gromadny, bo aż siedemnastoosobowy finał. Zanim go rozegrano, została podsumowana klasyfikacja pań, które tradycyjnie rywalizują tylko w eliminacjach. Otóż wśród reprezentantek płci pięknej najlepsze okazały się zawodniczki trenujące na co dzień w krakowskim Reni-Sporcie. Zawody wygrała Kasia Ceran, tuż za nią uplasowała się Zosia Bernasik. Nieco mniej punktów zebrała reprezentantka gospodarzy Paulina Kalandyk i Gosia Rudzińska z Lubelskiej Skarpy.
Kasia Ceran (fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Przejdźmy jednak do finału męskiego, w którym na zawodników czekało pięć efektownych problemów. Punktowano podobnie jak na lubelskim Boulderfeście - w ostatecznym rozrachunku decydowała suma punktów osiągniętych za postęp na przystawce (chwyt dalej - punkt więcej), a przy miejscach ex aequo decydowała ilość topów. Po tym, jak wszyscy zaliczyli topy na pierwszym, dogrzewkowym balderku, chłopcy zaczęli szturmować cztery pozostałe propozycje. Dosyć szybko zobaczyliśmy dwa topy na balderze numer trzy - testujący ścięgna krawądkowy pasaż w średnim przewieszeniu przepuścił tylko dwóch Krzyśków - Juszczyka z Kielc i Szalachę z Rzeszowa. Jak się okazało, to właśnie ta przystawka zapewniła im prowadzenie - wyniki na reszcie problemów były podobne. Drugi, dosyć krótki boulder charakteryzowały bardzo dalekie ruchy po oblakach, które zatrzymały większość stawki, z wyjątkiem zawodników dysponujących największym ape indexem. Dosyć długo trwała walka na najbardziej efektownym problemie numer cztery. Po skoku ze ściany na ścianę i czujnym trawersie po obłych strukturach następował crux, czyli utrzymanie bardzo dalekiego ruchu do topu i dołożenie ręki. Trudna i techniczna podmianka nóg udała się dwóm zawodnikom, Bartkowi Zasadnemu i Łukaszowi Rogowskiemu. Ostatnia z wieczornych przystawek, która jako jedyna nie doczekała się pogromcy, oferowała wyjście z dużego przewieszenia po dużej strukturze i mało finezyjnym, ale bardzo palczastym trawersie w stronę nieodległego już wierzchołka. Niestety większość finalistów zakończyła zabawę na obłej krawądce, która tego wieczoru okazała się nie do utrzymania...
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Oczywiście nie można nie wspomnieć o publiczności, która zgodnie i głośno nagradzała wspinaczy za każdy postęp na przystawkach. Ostatecznie zwyciężył Krzysiek Juszczyk z Kielc, który jako jedyny zaliczył trzy topy. Na drugim miejscu wylądował szesnastoletni Krzysiek Szalacha z Rzeszowa, znany reszcie Polski chociażby ze zwycięstwa w ostatniej edycji Pucharu Polski Juniorów. Krzyś w imponującym stylu i charakterystyczną dynamiką "rozwalił" eliminacje i skutecznie przedzielił stawkę bardziej doświadczonych boulderowców w finale. "W końcu to się musiało kiedyś stać" - tak skwitował wydarzenie jeden z miejscowych mentorów. Trzymamy więc kciuki za przyszłe starty. Na trzecim miejscu ex aequo znalazło się aż trzech panów - Maciek Bedrejczuk (Rzeszów), Michał Ginszt i Paweł Pietrzak (obaj z lubelskiej Kotłowni).
Jak czytamy w relacji na stronie RKW, dzień zawodów zakończył Finał B, rozegrany hucznie w rzeszowskim Klubie Andromeda. I jak to na Podkarpaciu, było bardzo hucznie i gościnnie :) Podsumowując trzeba pogratulować ekipie RKW za zaangażowanie i przygotowanie klimatycznej i profesjonalnej imprezy.