Wyłoniliśmy zwycięzcę ostatniego etapu konkursu Armagedon. Po tygodniowym głosowaniu czytelnicy wybrali 4 odcinek naszego opowiadania autorstwa Sherry. Zwycięzcy, jak również wszystkim autorom nadesłanych prac, dziękujemy za wspólną zabawę i gratulujemy pomysłów. Tym samym I edycja konkursu dobiegła końca, po wakacjach planujemy drugą odsłonę zabawy sponsorowanej przez firmy Climbing Technology oraz Ocun.
|
***
ARMAGEDON
Wstęp
Obudził go krzyk. Długi, przeciągły, pełen przerażenia. Przez chwilę siedział zastanawiając się, kto tak krzyczy. Potem zdał sobie sprawę, że to był jego własny głos. Obudził go jego własny krzyk. Kurwa. Potrząsnął zaspaną głową. Powoli docierało do niego, że to był tylko zły sen.
Znowu. Znowu ten koszmar. Ostatnio nachodził go coraz częściej, jednak schemat pozostawał zawsze ten sam. Zawsze ta sama, przerażająca sytuacja bez wyjścia. Kurwa. Siedział oszołomiony zastanawiając się czy wstawać, czy położyć się jeszcze na chwilę. Po chwili zdecydował, że i tak już nie zaśnie. Spojrzał na drugą połowę łóżka. Była pusta. Pozostawała pusta już od trzech tygodni. Kurwa.
Wstał i wykonał swój rutynowy poranny obchód. Zaczął od przejścia koło komputera i odpalenia go. Potem kuchnia i włączenie ekspresu. Następnie łazienka i ważenie. Fuck, znowu przybyło mu 0,75 kilo. Jakurwaniepierdolę, jak to możliwe, żeby tak się spasł, jak jakiś wieprzu - 67 kg przy 179 cm wzrostu, toż to jakaś patologia już jest, trzeba będzie pomyśleć o drastycznym suszeniu się.

Jeszcze szybki rzut oka w lustro w celu skontrolowania tonusa klaty - przynajmniej w tym przypadku nie czekał go zawód, ale te powiększające się opony wokół bioder, obrzydlistwo! Z powrotem do kuchni, kawa gotowa, filiżanka w dłoń i marsz do biurka z kompem. A teraz czekał na niego najważniejszy punkt dnia - puszki ze smakołykami: animal pakiem, bcaasami i syntetycznym hormonem wzrostu. Stał przez chwilę przyglądając się kilkunastu pękatym pilsom na swojej dłoni. Mniam.
Jak zawsze rozpoczął dzień w sieci od wejścia na wspinanie.pl. W sumie sam już nie wiedział po co wchodził na ten portal. Jak się mógł spodziewać nie pojawiło się nic ciekawego. Przybyło jedynie kilka nowych reklam i mocno pijarowy news o pewnej ambitnej gospodyni domowej, która wgramoliła się na szczyt jakiegoś ośmiotysięcznika o nazwie Kandżencośtamcośtam. Takie popclimbingowe czasy nastały. Ważniejsze są silikony i wylansowana buźka - że też im te syntetyczne piersi nie eksplodują na takich wysokościach.
Obecnie wejście na Everest to prawie jak wystąpienie w Playboyu, tyle tylko, że z sesji w Playboyu przynajmniej coś sensownego wynika. Armagedon, kurwa. Jeszcze szybki rzut oka na forum, gdzie kilku biznesmeneli rozpytywało się w jaki sposób mogą rozpocząć "swoją przygodę ze wspinaczką", no i oczywiście niezawodni prawicowi pederaści znowu głosili swoje teorie spiskowe. Wszystko się wali, wszystko się jebie.
Przełączył zakładkę i wszedł na swoją skrzynkę. Trochę spamu, jakieś topo od kumpla i dziwny mail zatytułowany: I STRĄCĄ ICH W CZELUŚĆ. Zaciekawiony kliknął na tę wiadomość zastanawiając się czy nie jest to przypadkiem jakaś nowa strategia spamerów od viagry. Jednak jak tylko przeczytał wiadomość, wiedział, że to coś zupełnie innego. Poczuł dziwne mrowienie w karku. Przez chwilę wpatrywał się w ekran zastanawiając się kto, jak, dlaczego? Wiadomość była bardzo krótka, składała się tylko z jednego zdania, tylko z trzech słów:
wiem co zrobiłeś...
Zero podpisu, nadawca użył jakiegoś anonimowego konta na gmailu. Jednak był pewien, że nie jest to przypadkowy żart. Powoli ogarniała go fala strachu. KTOŚ WIEDZIAŁ!
Autor: K.O.
--------------------
Odc. 1 (wyłoniony w konkursie)
Pomyślał - kurwa, to niemożliwe! Wszystko było tak dokładnie przemyślane, dopracowane w najmniejszym szczególe. Każda minuta, sekunda przeanalizowana i wielokrotnie odtworzona, aby nie popełnić choćby najmniejszego błędu! Jego głowę zaczęły ogarniać obrazy z najczarniejszych scenariuszy. Nie, to nie mogło się wydarzyć. Tylko najbardziej złośliwy przypadek mógł sprawić, że cały misternie utkany plan poszedł się jebać!
Spokój, tylko spokój mógł go uratować. Myślami wrócił do wspomnień z dzieciństwa. Tata zawsze powtarzał. Jeśli złapią cię za rękę w trakcie kradzieży, mów, że to nie twoja ręka. Nie ma bata! Nie mógł się poddać tak łatwo, nie kiedy wszystko szło tak dobrze. Podstawa to alternatywny plan działania, który dość szybko zaczął zarysowywać się w wyobraźni. Szybko. Telefon do Mariusza. Wybiegł na ulicę do najbliższej budki telefonicznej. Zgodnie z ustalonymi zasadami nie dzwonili do siebie nigdy z prywatnych telefonów. Gdzieś w duchu starał się napawać się pseudooptymizmem wmawiając sobie, że poranna przebieżka do automatu odświeży jego psychę i wpłynie pozytywnie na kurczenie się zalegających komórek tłuszczowych. Karta. Słuchawka. Numer. Sygnał dzwonienia. Pierwszy, drugi, trzeci.. Nie odbierał!
- No rzesz kurwa mać! Nie rób mi tego, nie w tej chwili. Rusz dupę i odbierz ten zasrany telefon! - kłębiło się w głowie.
Panika powoli zaczynała wkradać się do jego świadomości. Wiedział, że tylko wspólnie ustalony plan działania umożliwi im wybrnięcie z tej lekko niezręcznej sytuacji. Nie mógł odpędzić myśli, że wszystko, co do tej pory udało im się osiągnąć, runie w jednej sekundzie. Musiał spróbować jeszcze raz. Dokładnie wyuczona i wyćwiczona sekwencja. Karta. Słuchawka. Numer. Tym razem się udało. Zaledwie dwa sygnały dzieliły go od połączenia z Mariuszem.

- Halo? - odezwał się zaspany głos w słuchawce.
- Mariusz - kurwa, pomyślał - mieli nie używać swoich imion na wypadek założonego podsłuchu
- Chyba mamy problem. Podejrzewam, że jesteśmy w niezłej dupuwie!
- Spokojnie, mów co się stało - Mariusz ożywił się, zaniepokojony informacją.
- Dostałem maila. Wydaje mi się, że ktoś wie o tym, co zrobiliśmy.
- Ok. Stary. Ubieram się. Spotykamy się tam, gdzie zawsze, za pół godziny.
Dźwięk gwałtownie rzuconej słuchawki i przerwanego połączenia mimo wszystko pozwolił mu odetchnąć i zaznać chwili spokoju. W razie kryzysu zawsze spotykali się na ścianie, zwanej przez nich potocznie paździerzem. Las wiszących wędek i skupienie asekurujących zapewniały dyskrecję i pozbawiając obaw, że ktoś podsłucha ich rozmowę. To miejsce było doskonałym punktem kontaktu. Wierzyli w regułę, że najciemniej jest zawsze pod latarnią. Szybki powrót do domu, przesiadka na rower. Plecak z podstawowym szpejem zawsze w gotowości. Musieli zachowywać pozory. Pogoda jak na złość nie dopisywała. Zaczynało padać. Na szczęście poranny szczyt komunikacyjny już minął, a szosowe opony pozwalały na sprawne pokonanie dzielącego go od paździerzu dystansu.
Jako stały bywalec wylegitymował się karnetem na ścianę i szybko przeszedł do szatni, gdzie czekał już Mariusz. Wymienili się tylko spojrzeniami, ze zrozumieniem, że nie jest to jeszcze najlepsza chwila na rozmowę. Mała przestrzeń zawsze stwarzała ryzyko dekonspiracji. Gotowi, w pełnym rynsztunku wmieszali się w wyjątkowy tego ranka tłum. Nie wiedział od czego zacząć, ale i nie musiał też specjalnie motywować Mariusza do zagajenia.
- Jak wygląda temat? - zagadnął Mariusz.
- To był anonimowy mail o treści "wiem co zrobiłeś.". Nic więcej. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, jesteśmy kompletnie spaleni. Na zawsze!
- Dobra. Weź się kurwa w garść! Nie może być tak źle, żeby nie było gorzej. Chyba mam podejrzenia, kto mógł nas widzieć. Nie ma co srać ogniem. Nie będziemy tracić dzisiaj czasu na ładowanie na paździerzu. Jedziemy do domu, pakujemy się i uderzamy w skały. Biorę furę od starego i wracamy na miejsce zbrodni.
- Oszalałeś? Przecież ktoś może nas śledzić i skapnąć się, że kombinujemy. - wydawało mu się, że stara psychologiczna zasada, że złoczyńca wraca na miejsce zbrodni dotyczy również nich.
- Właśnie na to liczę. Zastanów się chwilę. Jeśli ktoś za nami pojedzie, to kto? Tylko ten, kto wie o całej sprawie. My najzwyczajniej w świecie zachowamy czujność i mamy go wystawionego jak na dłoni.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - na usta pocisnęła mu się parafraza - Jak Mariusz coś wymyśli, to nie ma chuja we wsi!
- Spoko, od tego właśnie ma się kumpli!
Nie pozostało im wiele czasu. Chociaż dzień o tej porze roku stawał się coraz dłuższy, to jednak musieli pokonać jeszcze sporo kilometrów zanim dotrą do celu. W najśmielszych snach nie spodziewali się, że już niedługo ich plany ulegną zmianie i mocno skomplikują sprawę. Najwyraźniej mieli do czynienia z inteligentnym i przebiegłym przeciwnikiem. Nasuwało się tylko jedno pytanie, czy działał on sam, czy może w porozumieniu z kimś jeszcze. Wpadł do domu. Komputer nadal pracował. Otwarta skrzynka odbiorcza poczty w firefoxie wskazywała pięć nowych wiadomości: trzy newslettery z najnowszymi ofertami sklepów turystycznych, jedno przypomnienie o zbliżającym się spotkaniu i. wiadomość od nieznajomego.
"Nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Spotkanie dzisiaj. Dwudziesta zero, zero. Tam gdzie cię widziałem. Bądź sam."
Wspólny plan wydawał się częściowo pokrywać z zamierzeniami szantażysty. Z szyderczym uśmiechem zarzucił plecak na plecy i wyszedł z domu. Pod klatką stał już zaparkowany zdezelowany VW Golf rodziców Mariusza.
Autor: TBC
--------------------
Odc. 2 (wyłoniony w konkursie)
Szyderczy uśmiech jak zawisł, tak wisiał. W tym momencie zwisało mu, czy zielony jak Groszek
Volkswagen Golf dociągnie jakoś do Karpat. Garbate szczęście. Wypad, o którym marzył, aby się
powtórzył, już się realizował. Adrenalina buzowała w wysportowanym, naszpikowanym
odżywkami ciałku. Lubił, gdy mówiły o nim: "Ciacho". Przygryzł język i momentalnie zerknął na
Mariusza, czy ten, jako Wampir, nie zwęszył krwi. Bez obaw - wczepiony w kierownicę pruł na
południe. Zdaje się, że dziś pił tylko piołun, ale czy można wygrać z Odwiecznym Pragnieniem
Krwi mętnie się niby deklarując, że nie zając, lecz marchewka jest cool pożywką? Wegetarianin
wampir!
Mariusz, noszący się z hrabiowska w czarnej pelerynie, z fularem, z fujarą etno boho folk, z nieco szpiczastym uśmiechem przycisnął gaz do dechy. O Tej, która 3 tygodnie temu opuściła łóżko, niejedno mógł powiedzieć, ale nie to, że była deską. Czasem z Nią był horror, czasem thriller erotyczny, nieraz sielanka. Jazda na maxa i może dlatego zeskoczyła w pełnym biegu z
rollerkostera, jakim była ich wzajemna relacja.
VW dawał radę. Drzewa umykały spod kół. Mariusz nieubłaganie zmierzał do Transylwanii.
Ciemny, jakby chory horyzont, przecinały srebrne błyskawice. Grzmociły pioruny! Chyba nie
przypierdoli w auto?
Ciekawe było w historii to, że w trzydziestym dziewiątym, gdy przez Zaleszczyki większość
opuszczała ojczyznę, dziadkowie Mariusza poczuli potrzebę Krwawych Mocnych Wstrząsających
Faktów, opuścili Rumunię i faktycznie pod prąd pojechali w Wir Wydarzeń. Byli wynaturzeni od
pokoleń. Leń Mariusz kupował sobie nieraz kremik do twarzy, ale strosząc bródkę wspinał się na
półkę, niekoniecznie skalną, odkładał mazidło dla Prawdziwych Mężczyzn i coś seplenił o
"dobrych genach".
Genialnie od dziecka udawał strach przed cmentarzami, ale perwersyjnie lubił być zakopywany na szczycie kurhanu. Kury piały, a on jeszcze zwlekał pachnący złowieszczo drogim, stęchłym, duszącym, doprowadzającym do trupiej bladości z powodu ceny, zawyżonej upiorną modą na wampa/wampira, coraz droższym pachnidłem jak padło śmiedzidłem. Padały mu w objęcia wszystkie dziewice skałkowe w okolicy. Mariusz, cóż, jak sam o sobie mówił: " Zmar i
jusz".
Zanim rozpoczął swój flirt z wegetarianizmem, Drakul z czarnymi paznokciami zostawiał
malutką czarną plamkę na łabędzich szyjkach. Na forum wspinanie.pl przeczytał, że chłopaki też
mają ten problem, czy może powód do Samczej Dumy Samca Alfa - nauczyli wszystkie laski
wspinania i aż ich wypinało aby drapać się z następnymi. "Wspinanie" freudowsko kojarzyło im
się jednoznacznie z : "Wspaniały"!
Ach, te lube wypiętrzenia Karpat! Wodospady i sapanie na szczycie! Dzikość natury bez matury!
Armagedon z największego bestsellera wszechczasów, Biblii, wydawał się bajeczką o wampirku
Irku na rowerku w futerku, w porównaniu z tym co Miało Ich Spotkać. Obcy z maila, czy Obcy z
zaświatów? Ścierpł. Nie cierpiał cierpieć mąk o c z e k i w a n i a. Czuł się wykiwany - kumpel
instynktownie wyczuwał KREW!
Wraz z zachodem słońca autostrada przemieniała się w Road To Hell. Czy Bert Hellinger zdoła, jako dobrze ustawiony, Ocalić Ludzkość? Czy Hollywood kupi prawa do filmu i dlaczego ( łaaj, łaaj) znowu ten Robin Hood, Russel Krowa, ma zagrać? Joga, Joda, jod, tochę jadu - ciut, ciut - może coś pomoże? Może internauci? Kosmonauci?
Odpłynął we wspomnienia. Drimił, jak dobrą robiła karpatkę. Jeszcze ciepłą układała na wzgórku
Wenery, wyginała się w łuk a wówczas łapczywie zlizywał, zasysał okruszki z zakalcem. Są
rzeczy, o kórych się filozofom nie śniło. Śnił i marzył o tym, aby była teraz z nim. Na miotle i tak
by wymiatała te Trans(?)ylwanki. Teraz skutecznie odciągnęłaby uwagę Obcego. Straty w ludziach są zawsze, np. jego stracona miłość.
Może to głupie, ale spostrzegł, że Mariuszowi wyrosły racice, zgrubiał i poczerwieniał nos, po
czym kwiknął jak Renifer Rudolf. Zdezelowany, zdezorientowany jak na Golfa III, Groszek, co
gorsza wspiął się w powietrze i uleciał na wietrze. Mariusz był stuknięty, ale punktualny. Obcy z
maila się go nie spodziewał. Nie przypuszczał, że do rodzinnego gniazda Mariusza, tajemniczego, przerażającego zamku w Karpatach, przybędzie z zabójczo atrakcyjnym wampirem. O dwudziestej zero zero zdecydowanie będą na
CZAS.
Autor: Monika Kopryna
--------------------
Odc. 3 (wyłoniony w konkursie)
Czas... Spojrzał na zegarek. Punktualnie o dwudziestej wjechali w bramę starego zamczyska.
- Jak to cholerstwo się nie rozpadło? Mariuszek potrafi zawsze rozpierdolić cokolwiek mu wpadnie w ręce..., a rodzinka jakimś cudem utrzymała w całości taką "stertę kamieni" - myślał, wysiadając z Golfa.
Zbliżali się do drzwi wejściowych. Stara drewniana konstrukcja otworzyła się zanim jeszcze zdążył położyć rękę na klamce. Mariusz uderzył racicami w wycieraczkę, po czym zaprosiła kolegę do środka. Odkąd był tu ostatnio, trzy tygodnie temu wnętrze zmieniło się całkowicie. W środku panował porządek. Szli długim hallem. Rozejrzał się. Jego uwagę przykuł wielki obraz, wiszący po prawej stronie. Widział na nim mały domek. Na pierwszym planie była piękna kobieta o czarnych włosach. Przytulał siedzącego na krześle starszego od niej mężczyznę. Jego siwe włosy w nieładzie wystawały spod czapki z charakterystyczną literą "M". W końcu dotarli do głównego pomieszczenia. Na ścianach paliły się świeczki. Mariusz ucieszony podbiegł do siedzącego na fotelu starszego mężczyzny.
- Możesz już przestać pisać tego maila, dotarł - zwrócił się w kierunku kanapy.
Chłopak zaciekawiony podszedł kilka kroków i powoli wychylił się, patrząc w tą samą stronę. Nagle zobaczył wielkiego kota, siedzącego na podłodze i uderzającego łapami w klawisze laptopa. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zamknął je, potrząsnął głową i otworzył jeszcze raz. Kot siedział dalej. Tym razem jednak jedną z łap przesuwał po podłodze mysz. Zawiesił na niej wzrok na dłużej. Po chwili podniósł ją, trzymając paznokciami za kabel i uniósł, próbując włożyć ją do gardła. Przerwało mu złowrogie chrząknięcie siedzącego w fotelu mężczyzny.
- Przepraszam, Messer... stare przyzwyczajenia - odrzekł kot.
- Ja pierdolę! - wyrwało się obserwatorowi. - Mało, że kot pisze na laptopie, to jeszcze mówi!
- Wypraszam sobie! - odkrzyknął czarny kocur - wódki razem nie piliśmy! Dla ciebie Pan Kot!
- To jest sen, to się nie dzieje... - przetarł oczy. Sekundę potem oparł się o ścianę.
- Pokaż naszemu gościowi, ze to nie jest sen - powiedział cicho siedzący na fotelu, po czym skinął na kota.
Ten wziął rozpęd i wyskoczył Gdy znów jego łapy dotknęły ziemi, na twarzy Sebastiana ukazała się pokaźnej wielkości rysa. Rozcięcie zaczęło bardzo powoli zaczęło napełniać się krwią. Mariusz aż syknął.
- Cisza! - uspokoił wszystkich starzec. Poprawił marynarkę i wstał z fotela. W ręku miał ozdobną laskę. Sebastian spostrzegł, że był znacznie wyższy od niego. Spojrzał na jego twarz. Nie mógł powiedzieć o niej nic, oprócz tego, że była dziwna. Wzrok starca był przeraźliwie spokojny.
- Dość już tej maskarady! Zdaje się, że doskonale wiesz kim jestem. Mariusz wykonał swoje zadanie. Teraz czas na ciebie - zaczął niemal grobowym tonem.
- Jakie zadanie? Gościu, co tu się dzieje? Wyślij mnie w tej chwili do domu. Poza tym - tak, domyślam się kim jesteś. Ale ty nie istniejesz.
Messer uśmiechnął się do swego rozmówcy, po czym zwrócił twarzą do kota.
- Ludzie, nie jestem w stanie pojąc tego gatunku. Tyle tysięcy lat rozwoju technologii, poszerzania wiedzy. Podróże w kosmos, rozszyfrowanie DNA, a mimo to nie potrafią pojąć najprostszych prawd. Jeżeli ja nie istnieję, to jaki sens ma wasze życie? Nie ma w was za grosz logiki. Umiecie tylko się kłócić i przekonywać innych do swoich błędów.
Sebastian robił się coraz bardziej wkurwiony.
- Dosyć! Mówiłeś o zadaniu. Co masz na myśli, chcę konkretów!
Uśmiech znów wykrzywił twarz Messera. Odwrócił się do swojego rozmówcy.
- Chodzi o krótki wspin. Trzy tygodnie temu byłeś w tym miejscu, ale spieprzyłeś. To, że żyjesz to cud... chociaż, biorąc pod uwagę moją reputacje, to raczej coś przeciwnego do cudu. Ona wtedy powiedziała, że ma dość człowieka, który bezsensownie ryzykuje życie.
- Odeszła - przerwał mu. - Zanim zdążyłem wrócić do domu zawinęła wszystkie swoje rzeczy. I, jak to mówią, oddaliła się w nieznanym kierunku.
- Tobie nieznanym - wtrącił ostro jego rozmówca. - Wiem gdzie ona jest. Możemy zawrzeć zakład. Uda ci się odzyskać moją własność - wrócisz do niej. A jeżeli nie - cóż, tym razem zbiegu okoliczności łagodzących nie będzie. Czeka cię Armagedon, twój prywatny Armagedon. Teraz odejdź. Mariusz przyjdzie po ciebie rano.
Nie zdążył zastanowić się nad odpowiedzią. Spojrzał raz jeszcze na ogromnego kota i osobę, którą nazywał "Messer". Prowadzony nieznaną siłą wszedł na piętro, gdzie szybko znalazł sypialnie. Rzucił się na łóżko.
- Ja pierdolę! Co to za poroniony pomysł! Kurwa, ja jestem od wspinaczki a nie pierdolonych wampirów! Niech to wszystko się skończy, bo to nie ma sensu! -krzyknął, po czym nakrył głowę kocem.
Rankiem nie wiedział, jak znalazł się przed pionową ścianą. Przyjrzał się dokładnie - przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło, nadal nie było czego się łapać. Spojrzał na stojącego nieopodal Mariusza. Ten wskazał mu gestem niewielką szczelinę.
- Kurwa, teraz albo nigdy! Trzeba spróbować!
Szybko natarł na prawie gładką powierzchnię. Szczelina okazała się przydatna. Co więcej, ciągnęła się prawie do skalnej półki, do której miał dotrzeć. Mijały kolejne sekundy. Cel był coraz bliżej. Nagle jego stopa osunęła się i zawisła w powietrzu. Napiął mięśnie rąk. Poczuł, że wszystkie ścięgna napięły się do granic możliwości.
- MUSZĘ! -wrzasnął i podciągnął się resztkami sił.
Jeszcze kilka ruchów i był już na miejscu. Kilka kroków od krawędzi dostrzegł gniazdo orła. Zbliżył się ostrożnie. Na jego szczęście, właściciel musiał opuścić to miejsce dawno temu. Ręką odgarnął pióra walające się wśród gałęzi. Na samym dnie leżał mały, pozłacany kielich. Zadowolony uniósł swoją zdobycz.
- Mam! Odzyskałem twój puchar! Teraz czas na moją nagrodę - krzyknął, podchodząc do krawędzi półki skalnej. Spojrzał w dół. Nie było tam nikogo.
- Dziękuję - przerażony usłyszał głos zza pleców. Odwrócił się. Tuż za nim stał Messer.
- Mogłeś sam tu przyjść? Zagrałeś ze mną!
Messer wyciągnął rękę i zabrał Sebastianowi kielich. - Musisz pamiętać, że życie to gra. Mie mogłem sam wyjąc kielicha z tego gniazda - takie są zasady. Reguł należy przestrzegać.
Sebastian spojrzał na niego wymownie.
- Tak, pamiętam - Messer sięgnął do kieszeni marynarki i podał mu bilet lotniczy.
- Spiesz się. Za trzy godziny wylatujesz z Bukaresztu.
- Dokąd to bilet?
- Czy to ważne? Ważne jest to, że gdy opuścisz samolot, na lotnisku będzie już ONA.
Autor: Sherry
-----------------------------------------
Sponsorzy Konkursu


Nagrody Konkursu
Uprząż Ocun TWIST BASIC
Przyrząd asekuracyjny Climbing Technology CLICK- UP
Karabinek HMS Climbing Technology
|