13 lipca 2010

 

ARMAGEDON - Napisz Prozę. Zasiej Grozę: propozycje zakończenia

Oto kolejny etap konkursu. Tym razem prezentujemy 5 propozycji ostatniego odcinka opowiadania. Zapraszamy do lektury oraz do głosowania na najlepszy waszym zdaniem zakończenie Armagedonu.

Głosowanie będzie trwało do środy, 21 lipca - ankieta zamieszczona została na forum wspinanie.pl [głosowanie].

Regulamin konkursu.

Propozycje ostatniego odcinka:

  1. Steeve
  2. Monika Kopryna
  3. Sen
  4. Leprechaun
  5. Sherry

ARMAGEDON

Wstęp

Obudził go krzyk. Długi, przeciągły, pełen przerażenia. Przez chwilę siedział zastanawiając się, kto tak krzyczy. Potem zdał sobie sprawę, że to był jego własny głos. Obudził go jego własny krzyk. Kurwa. Potrząsnął zaspaną głową. Powoli docierało do niego, że to był tylko zły sen.

Znowu. Znowu ten koszmar. Ostatnio nachodził go coraz częściej, jednak schemat pozostawał zawsze ten sam. Zawsze ta sama, przerażająca sytuacja bez wyjścia. Kurwa. Siedział oszołomiony zastanawiając się czy wstawać, czy położyć się jeszcze na chwilę. Po chwili zdecydował, że i tak już nie zaśnie. Spojrzał na drugą połowę łóżka. Była pusta. Pozostawała pusta już od trzech tygodni. Kurwa.

Wstał i wykonał swój rutynowy poranny obchód. Zaczął od przejścia koło komputera i odpalenia go. Potem kuchnia i włączenie ekspresu. Następnie łazienka i ważenie. Fuck, znowu przybyło mu 0,75 kilo. Jakurwaniepierdolę, jak to możliwe, żeby tak się spasł, jak jakiś wieprzu - 67 kg przy 179 cm wzrostu, toż to jakaś patologia już jest, trzeba będzie pomyśleć o drastycznym suszeniu się.

Jeszcze szybki rzut oka w lustro w celu skontrolowania tonusa klaty - przynajmniej w tym przypadku nie czekał go zawód, ale te powiększające się opony wokół bioder, obrzydlistwo! Z powrotem do kuchni, kawa gotowa, filiżanka w dłoń i marsz do biurka z kompem. A teraz czekał na niego najważniejszy punkt dnia - puszki ze smakołykami: animal pakiem, bcaasami i syntetycznym hormonem wzrostu. Stał przez chwilę przyglądając się kilkunastu pękatym pilsom na swojej dłoni. Mniam.

Jak zawsze rozpoczął dzień w sieci od wejścia na wspinanie.pl. W sumie sam już nie wiedział po co wchodził na ten portal. Jak się mógł spodziewać nie pojawiło się nic ciekawego. Przybyło jedynie kilka nowych reklam i mocno pijarowy news o pewnej ambitnej gospodyni domowej, która wgramoliła się na szczyt jakiegoś ośmiotysięcznika o nazwie Kandżencośtamcośtam. Takie popclimbingowe czasy nastały. Ważniejsze są silikony i wylansowana buźka - że też im te syntetyczne piersi nie eksplodują na takich wysokościach.

Obecnie wejście na Everest to prawie jak wystąpienie w Playboyu, tyle tylko, że z sesji w Playboyu przynajmniej coś sensownego wynika. Armagedon, kurwa. Jeszcze szybki rzut oka na forum, gdzie kilku biznesmeneli rozpytywało się w jaki sposób mogą rozpocząć "swoją przygodę ze wspinaczką", no i oczywiście niezawodni prawicowi pederaści znowu głosili swoje teorie spiskowe. Wszystko się wali, wszystko się jebie.

Przełączył zakładkę i wszedł na swoją skrzynkę. Trochę spamu, jakieś topo od kumpla i dziwny mail zatytułowany: I STRĄCĄ ICH W CZELUŚĆ. Zaciekawiony kliknął na tę wiadomość zastanawiając się czy nie jest to przypadkiem jakaś nowa strategia spamerów od viagry. Jednak jak tylko przeczytał wiadomość, wiedział, że to coś zupełnie innego. Poczuł dziwne mrowienie w karku. Przez chwilę wpatrywał się w ekran zastanawiając się kto, jak, dlaczego? Wiadomość była bardzo krótka, składała się tylko z jednego zdania, tylko z trzech słów:

wiem co zrobiłeś...

Zero podpisu, nadawca użył jakiegoś anonimowego konta na gmailu. Jednak był pewien, że nie jest to przypadkowy żart. Powoli ogarniała go fala strachu. KTOŚ WIEDZIAŁ!

Autor: K.O.

--------------------

Odc. 1 (wyłoniony w konkursie)

Pomyślał - kurwa, to niemożliwe! Wszystko było tak dokładnie przemyślane, dopracowane w najmniejszym szczególe. Każda minuta, sekunda przeanalizowana i wielokrotnie odtworzona, aby nie popełnić choćby najmniejszego błędu! Jego głowę zaczęły ogarniać obrazy z najczarniejszych scenariuszy. Nie, to nie mogło się wydarzyć. Tylko najbardziej złośliwy przypadek mógł sprawić, że cały misternie utkany plan poszedł się jebać!

Spokój, tylko spokój mógł go uratować. Myślami wrócił do wspomnień z dzieciństwa. Tata zawsze powtarzał. Jeśli złapią cię za rękę w trakcie kradzieży, mów, że to nie twoja ręka. Nie ma bata! Nie mógł się poddać tak łatwo, nie kiedy wszystko szło tak dobrze. Podstawa to alternatywny plan działania, który dość szybko zaczął zarysowywać się w wyobraźni. Szybko. Telefon do Mariusza. Wybiegł na ulicę do najbliższej budki telefonicznej. Zgodnie z ustalonymi zasadami nie dzwonili do siebie nigdy z prywatnych telefonów. Gdzieś w duchu starał się napawać się pseudooptymizmem wmawiając sobie, że poranna przebieżka do automatu odświeży jego psychę i wpłynie pozytywnie na kurczenie się zalegających komórek tłuszczowych. Karta. Słuchawka. Numer. Sygnał dzwonienia. Pierwszy, drugi, trzeci.. Nie odbierał!

- No rzesz kurwa mać! Nie rób mi tego, nie w tej chwili. Rusz dupę i odbierz ten zasrany telefon! - kłębiło się w głowie.

Panika powoli zaczynała wkradać się do jego świadomości. Wiedział, że tylko wspólnie ustalony plan działania umożliwi im wybrnięcie z tej lekko niezręcznej sytuacji. Nie mógł odpędzić myśli, że wszystko, co do tej pory udało im się osiągnąć, runie w jednej sekundzie. Musiał spróbować jeszcze raz. Dokładnie wyuczona i wyćwiczona sekwencja. Karta. Słuchawka. Numer. Tym razem się udało. Zaledwie dwa sygnały dzieliły go od połączenia z Mariuszem.

- Halo? - odezwał się zaspany głos w słuchawce.

- Mariusz - kurwa, pomyślał - mieli nie używać swoich imion na wypadek założonego podsłuchu

- Chyba mamy problem. Podejrzewam, że jesteśmy w niezłej dupuwie!

- Spokojnie, mów co się stało - Mariusz ożywił się, zaniepokojony informacją.

- Dostałem maila. Wydaje mi się, że ktoś wie o tym, co zrobiliśmy.

- Ok. Stary. Ubieram się. Spotykamy się tam, gdzie zawsze, za pół godziny.

Dźwięk gwałtownie rzuconej słuchawki i przerwanego połączenia mimo wszystko pozwolił mu odetchnąć i zaznać chwili spokoju. W razie kryzysu zawsze spotykali się na ścianie, zwanej przez nich potocznie paździerzem. Las wiszących wędek i skupienie asekurujących zapewniały dyskrecję i pozbawiając obaw, że ktoś podsłucha ich rozmowę. To miejsce było doskonałym punktem kontaktu. Wierzyli w regułę, że najciemniej jest zawsze pod latarnią. Szybki powrót do domu, przesiadka na rower. Plecak z podstawowym szpejem zawsze w gotowości. Musieli zachowywać pozory. Pogoda jak na złość nie dopisywała. Zaczynało padać. Na szczęście poranny szczyt komunikacyjny już minął, a szosowe opony pozwalały na sprawne pokonanie dzielącego go od paździerzu dystansu.

Jako stały bywalec wylegitymował się karnetem na ścianę i szybko przeszedł do szatni, gdzie czekał już Mariusz. Wymienili się tylko spojrzeniami, ze zrozumieniem, że nie jest to jeszcze najlepsza chwila na rozmowę. Mała przestrzeń zawsze stwarzała ryzyko dekonspiracji. Gotowi, w pełnym rynsztunku wmieszali się w wyjątkowy tego ranka tłum. Nie wiedział od czego zacząć, ale i nie musiał też specjalnie motywować Mariusza do zagajenia.

- Jak wygląda temat? - zagadnął Mariusz.

- To był anonimowy mail o treści "wiem co zrobiłeś.". Nic więcej. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, jesteśmy kompletnie spaleni. Na zawsze!

- Dobra. Weź się kurwa w garść! Nie może być tak źle, żeby nie było gorzej. Chyba mam podejrzenia, kto mógł nas widzieć. Nie ma co srać ogniem. Nie będziemy tracić dzisiaj czasu na ładowanie na paździerzu. Jedziemy do domu, pakujemy się i uderzamy w skały. Biorę furę od starego i wracamy na miejsce zbrodni.

- Oszalałeś? Przecież ktoś może nas śledzić i skapnąć się, że kombinujemy. - wydawało mu się, że stara psychologiczna zasada, że złoczyńca wraca na miejsce zbrodni dotyczy również nich.

- Właśnie na to liczę. Zastanów się chwilę. Jeśli ktoś za nami pojedzie, to kto? Tylko ten, kto wie o całej sprawie. My najzwyczajniej w świecie zachowamy czujność i mamy go wystawionego jak na dłoni.

- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - na usta pocisnęła mu się parafraza - Jak Mariusz coś wymyśli, to nie ma chuja we wsi!

- Spoko, od tego właśnie ma się kumpli!

Nie pozostało im wiele czasu. Chociaż dzień o tej porze roku stawał się coraz dłuższy, to jednak musieli pokonać jeszcze sporo kilometrów zanim dotrą do celu. W najśmielszych snach nie spodziewali się, że już niedługo ich plany ulegną zmianie i mocno skomplikują sprawę. Najwyraźniej mieli do czynienia z inteligentnym i przebiegłym przeciwnikiem. Nasuwało się tylko jedno pytanie, czy działał on sam, czy może w porozumieniu z kimś jeszcze. Wpadł do domu. Komputer nadal pracował. Otwarta skrzynka odbiorcza poczty w firefoxie wskazywała pięć nowych wiadomości: trzy newslettery z najnowszymi ofertami sklepów turystycznych, jedno przypomnienie o zbliżającym się spotkaniu i. wiadomość od nieznajomego.

"Nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Spotkanie dzisiaj. Dwudziesta zero, zero. Tam gdzie cię widziałem. Bądź sam."

Wspólny plan wydawał się częściowo pokrywać z zamierzeniami szantażysty. Z szyderczym uśmiechem zarzucił plecak na plecy i wyszedł z domu. Pod klatką stał już zaparkowany zdezelowany VW Golf rodziców Mariusza.

Autor: TBC

--------------------

Odc. 2 (wyłoniony w konkursie)

Szyderczy uśmiech jak zawisł, tak wisiał. W tym momencie zwisało mu, czy zielony jak Groszek
Volkswagen Golf dociągnie jakoś do Karpat. Garbate szczęście. Wypad, o którym marzył, aby się
powtórzył, już się realizował. Adrenalina buzowała w wysportowanym, naszpikowanym
odżywkami ciałku. Lubił, gdy mówiły o nim: "Ciacho". Przygryzł język i momentalnie zerknął na
Mariusza, czy ten, jako Wampir, nie zwęszył krwi. Bez obaw - wczepiony w kierownicę pruł na
południe. Zdaje się, że dziś pił tylko piołun, ale czy można wygrać z Odwiecznym Pragnieniem
Krwi mętnie się niby deklarując, że nie zając, lecz marchewka jest cool pożywką? Wegetarianin
wampir!

Mariusz, noszący się z hrabiowska w czarnej pelerynie, z fularem, z fujarą etno boho folk, z nieco szpiczastym uśmiechem przycisnął gaz do dechy. O Tej, która 3 tygodnie temu opuściła łóżko, niejedno mógł powiedzieć, ale nie to, że była deską. Czasem z Nią był horror, czasem thriller erotyczny, nieraz sielanka. Jazda na maxa i może dlatego zeskoczyła w pełnym biegu z
rollerkostera, jakim była ich wzajemna relacja.

VW dawał radę. Drzewa umykały spod kół. Mariusz nieubłaganie zmierzał do Transylwanii.
Ciemny, jakby chory horyzont, przecinały srebrne błyskawice. Grzmociły pioruny! Chyba nie
przypierdoli w auto?

Ciekawe było w historii to, że w trzydziestym dziewiątym, gdy przez Zaleszczyki większość
opuszczała ojczyznę, dziadkowie Mariusza poczuli potrzebę Krwawych Mocnych Wstrząsających
Faktów, opuścili Rumunię i faktycznie pod prąd pojechali w Wir Wydarzeń. Byli wynaturzeni od
pokoleń. Leń Mariusz kupował sobie nieraz kremik do twarzy, ale strosząc bródkę wspinał się na
półkę, niekoniecznie skalną, odkładał mazidło dla Prawdziwych Mężczyzn i coś seplenił o
"dobrych genach".

Genialnie od dziecka udawał strach przed cmentarzami, ale perwersyjnie lubił być zakopywany na szczycie kurhanu. Kury piały, a on jeszcze zwlekał pachnący złowieszczo drogim, stęchłym, duszącym, doprowadzającym do trupiej bladości z powodu ceny, zawyżonej upiorną modą na wampa/wampira, coraz droższym pachnidłem jak padło śmiedzidłem. Padały mu w objęcia wszystkie dziewice skałkowe w okolicy. Mariusz, cóż, jak sam o sobie mówił: " Zmar i
jusz".

Zanim rozpoczął swój flirt z wegetarianizmem, Drakul z czarnymi paznokciami zostawiał
malutką czarną plamkę na łabędzich szyjkach. Na forum wspinanie.pl przeczytał, że chłopaki też
mają ten problem, czy może powód do Samczej Dumy Samca Alfa - nauczyli wszystkie laski
wspinania i aż ich wypinało aby drapać się z następnymi. "Wspinanie" freudowsko kojarzyło im
się jednoznacznie z : "Wspaniały"!

Ach, te lube wypiętrzenia Karpat! Wodospady i sapanie na szczycie! Dzikość natury bez matury!
Armagedon z największego bestsellera wszechczasów, Biblii, wydawał się bajeczką o wampirku
Irku na rowerku w futerku, w porównaniu z tym co Miało Ich Spotkać. Obcy z maila, czy Obcy z
zaświatów? Ścierpł. Nie cierpiał cierpieć mąk o c z e k i w a n i a. Czuł się wykiwany - kumpel
instynktownie wyczuwał KREW!

Wraz z zachodem słońca autostrada przemieniała się w Road To Hell. Czy Bert Hellinger zdoła, jako dobrze ustawiony, Ocalić Ludzkość? Czy Hollywood kupi prawa do filmu i dlaczego ( łaaj, łaaj) znowu ten Robin Hood, Russel Krowa, ma zagrać? Joga, Joda, jod, tochę jadu - ciut, ciut - może coś pomoże? Może internauci? Kosmonauci?

Odpłynął we wspomnienia. Drimił, jak dobrą robiła karpatkę. Jeszcze ciepłą układała na wzgórku
Wenery, wyginała się w łuk a wówczas łapczywie zlizywał, zasysał okruszki z zakalcem. Są
rzeczy, o kórych się filozofom nie śniło. Śnił i marzył o tym, aby była teraz z nim. Na miotle i tak
by wymiatała te Trans(?)ylwanki. Teraz skutecznie odciągnęłaby uwagę Obcego. Straty w ludziach są zawsze, np. jego stracona miłość.

Może to głupie, ale spostrzegł, że Mariuszowi wyrosły racice, zgrubiał i poczerwieniał nos, po
czym kwiknął jak Renifer Rudolf. Zdezelowany, zdezorientowany jak na Golfa III, Groszek, co
gorsza wspiął się w powietrze i uleciał na wietrze. Mariusz był stuknięty, ale punktualny. Obcy z
maila się go nie spodziewał. Nie przypuszczał, że do rodzinnego gniazda Mariusza, tajemniczego, przerażającego zamku w Karpatach, przybędzie z zabójczo atrakcyjnym wampirem. O dwudziestej zero zero zdecydowanie będą na

CZAS.

Autor: Monika Kopryna

------------------------------------------------------------------------

PROPOZYCJE OSTATNIEGO ODCINKA

Autor: Steeve

Ze snu wyrwał go wstrząs. To golf podskakiwał na dziurawej drodze. Zza szyby samochodu widział zachodzące słońce, powoli zapadał zmierzch. A jego chyba coś zaćmiło, pomyślał, przypominając sobie swój sen. Wampiry? Marne posiłki i stres musiały źle wpłynąć na pracę jego mózgu. Prawie od miesiąca źle sypiał, zaczynał się nawet zastanawiać, czy jest sens zamykać oczy, skoro ani nocny sen, ani drzemka w ciągu dnia nie dają odpoczynku, a tylko wprowadzają większy niepokój.

Byli już niedaleko skał, które kiedyś pieszczotliwie przechrzcili na Transylwanię. Mariusz - obieżyświat - twierdził, że nie tylko formacje skalne, ale i jakość dróg dojazdowych przypomina mu Rumunię. Kolejny podskok golfa zdawał się mówić, że w każdym zakątku tej planety trzeba się nieźle namęczyć po drodze, żeby później w pełni docenić dotarcie do celu. Jednak miejsce do którego teraz zmierzali, od pewnego czasu nie kojarzyło mu się dobrze. Krzyk, który nocami brzmiał w jego głowie zakotwiczał się właśnie u podnóża ich Małej Transylwanii.

- Zaparkuję tutaj, mamy jeszcze trochę czasu. Ostatnie trzy kilometry przejdziemy z buta, od tej strony łatwiej jest przedrzeć się przez las.

Opanowany, chłodny głos Mariusza wyrwał go z mrocznych wspomnień. Teraz trzeba zastanowić się nad tym, co dalej.

- Stary, mówiłeś, że masz jakieś podejrzenia, kto mógł nas widzieć.. Kto? I w sumie co zrobimy, kiedy już staniemy z nim twarzą w twarz?
- Hm... Właściwie to nie z nim tylko z nią...
- Co ty pierdolisz?! - coś w głosie Mariusza sprawiło, że zrobiło mu się dziwnie niedobrze.

Miałem nadzieję, że do tego nie dojdzie i nie będę musiał ci o tym mówić. Tamtego dnia w skałach zdawało mi się, że widziałem tę twoją pannę.. Kiedy mi powiedziałeś później o 'awanturze bez powodu' i o tym, że odeszła, nabrałem pewności, próbowałem się z nią skontaktować, ale zniknęła.. A teraz to chyba właśnie ona próbuje ruszyć twoje sumienie.

Próbował jakoś przyswoić sobie słowa, które słyszał. Nie zwracał uwagi na gałęzie, które ześlizgując się z ciała idącego z przodu Mariusza uderzały go w twarz. Złożenie tej układanki zabierało mu całą energię. Kurwa. mina Anki, kiedy widział ją ostatni raz ze spakowanym plecakiem mogła znaczyć tak wiele - do głowy mu wtedy nie przyszło, że mogą myśleć o tym samym problemie. Tylko ich role w tej sytuacji całkowicie się różniły.

- Ale jaki ty masz plan, co zrobimy jeśli to faktycznie będzie ona? - Dziwny niepokój zaczął w nim narastać. Spojrzał na stojącego Mariusza, rozejrzał się i zdenerwowany stwierdził, że są już na miejscu.
- Spoko, bez nerwów, na razie musimy wejść na górę. Wolisz poćwiczyć szpona i wspiąć się tu jeszcze raz, czy idziemy naokoło? - Rzucił pozornie żartobliwie Mariusz.
- Nigdy już się tu nie wespnę... - biała jak papier twarz była wystarczająco wymowna.

Zaczęli powoli okrążać skałę i piąć się w górę. Jeszcze chwila i zobaczę TO miejsce z perspektywy która pojawia się w  moich koszmarach - pomyślał i zaczął żałować zjedzonej w trasie zapiekanki. Minęli kilka głazów, krzaczory...

- Miałeś być sam! - Kobiecy głos sprawił, że przestał patrzeć pod nogi. Gapił się na nią, stała w pobliżu skalnej krawędzi.
- Aniu, to nie tak... ja nie wiedziałem.
- Zamknij się! - warknięcie Mariusza nie było skierowane do dziewczyny. Coś w wyrazie twarzy kumpla sprawiło, że zaczęło mu się robić na przemian zimno i gorąco. Mariusz przeniósł lodowaty wzrok na Ankę.
- Myślałaś, że beze mnie uda ci się go zmiękczyć? Że popsujesz wszystko, co udało nam się ostatnio zrobić?

Mariusz zamilkł. Zrobił krok w kierunku poważnej, teraz trochę wystraszonej dziewczyny. Zdawało się, że pozostała dwójka doznała nagle paraliżu. Stali nieruchomo, bladzi, prawie nie oddychali. Tylko oczy wyrażały narastający niepokój i zdziwienie. Kolejny krok Mariusza. Jeszcze jeden. Jego  mina coś zaczęła przypominać.. przed trzema tygodniami wyglądał dokładnie tak samo.

- Nieeee! - w chwili gdy oboje zorientowali się, co zamierza, Mariusz rzucił się w kierunku dziewczyny.

Trzy szamoczące się osoby na krawędzi skały zostały oświetlone przez ostatnie promienie zachodzącego słońca. Po chwili cała trójka z krzykiem runęła w dół. Nienaturalnie wygięte ciała wylądowały 20 metrów niżej. Na ciemnej ziemi i jasnych kamieniach powoli powiększała się czerwona plama. Wiatr szumiał delikatnie wśród drzew, niebo stawało się coraz ciemniejsze. Skały milczały.

------------------------------------------------------------------------

Autor: Monika Kopryna

Zamki? Zamknięte być powinny, bo niby honor w nich pomieszkiwać, ale zakotwiczyć na dłuuużej,
niewskazane. Fajnie było zwiedzać i pałacować w Eskurialu, ale jako upiorne odebrał emocje
towarzyszące przy zwiedzaniu białego "tortu" z ułożonych w krypcie dziecięcych trumienek hiszpańskiej Błękitnej Krwi. Spojrzał w dól, zaczynali schodzić do lądowania, bo zamajaczył w dole słynny słowacki zamek w Karpatach, Pani na Czachtcicach, krwawej hrabiny, Elżbiety Batory. Zastanowił się, czy nie skorzystać ze SPA, w końcu chyba coś zostało z siedemnastowiecznych 600 dziewcząt, które wtulały się w żelazną lalkę z podstępnie wysuwającymi się nożami i kap kap kap kąpiel gotowały hrabinie odmładzającą...

A Ona? Tak wiekowo to się plasowała pomiędzy młódkami tryskającymi energią życiową, a dojrzałą hrabiną. A może po prostu prysnęła mu z łóżka w górach Do Wód? Sanatorium trwa trzy tygodnie!

Klepsydra na tablicy rozdzielczej VW Groszka wskazywała, że za parę chwil Mariusz wyląduje. Szklana góra, nieowłosiona, czyli łysa, już przed nimi widniała o zmierzchu. Świstak już przestawił swój cień na Huculszczyźnie, czyli krwawy blask konającego dnia sięgnął dna doliny. Wyostrzyły się kontury Zamku Draculi i zęby Mariusza. Groszek hycnął na glebę, Mariusz zwampirzoczłowieczał i zaparkowali. GeBOJde zamczyska czaiło się przed nimi. Garbaty karzeł złapał zwinnie i chciwie kluczyki i obleśnie się obliznął. Był sowicie opłacany - zarabiał po 18 latach jako magister starszy truposz 1666 sów brutalnie bez wysługi lat. UPIORNIE MAŁO! Jarała go ta końcówka 666. Diable szczęście mu przyniosły te arabskie cyfry pochodzące z Uniwersytetu w Fezie, bo zalicytował rower kozę i się poszczęściło! Przykręci pedały i będzie gotowy depresyjny holenderski góral!

Zamek rodziny Mariusza był rozkojarzony.

- Czeeeść ! - piękna Wampirzyca rozciemniła się w mrocznym uśmiechu. Diamenciki zalśniły złowrogo na przydługich ząbkach.

Mariusz przełknął brokuła i zaczął się czulić. Zrobił to za szybko, bo dopiero teraz ślimak zwinniczek zeskoczył w uprzęży w czeluść jej dekoltu. Długim wytatuowanym jęzorkiem rozdwojonym na koniuszku szybko jak żmijka złapała nieszczęśnika w swe głębokie gardło. Och, te romańskie języki! I ta zboczona skłonność do wciągania ślimaków!

Już Gall Anonim należał do Anonimowych Ślinniczków i ganiał po Europie (start w dzisiejszych Włoszech, nie Francji) w poszukiwaniu lepkiego szczęścia. Poza tym się umartwiał i zamartwiał, że jest niezalogowany na ślimanie.pl.

Ślamazarnie Mariusz próbował bajeru z filmu Machulskiego, wampirzego :"Bo po księdzu kupa dobra", gdy dostrzegli zjeżdżającą karą trumną Gnijącą Pannę Młodą. Ostatnio prowadzała się z czeskim Rumburakiem i niepocieszony Rumcajs nadużywał rumu w Żacholeckim Lesie. Drakula w czarnej, szkarłatną krwią i strachem maluczkich podszytej pelerynie, zmaterializował się znikąd. Adwokat diabła siorbnął rumuńskiego winka i obwinił wszystkich. Nucił blutgotliwie motyw z filmu Gatlifa "Transylvania". Wiedzieć czemu osinowym kołkiem wskazał przemyconego przez szwajcarską granicę reżysera "Nieprzestraszonych pogromców wampirzów". Chociaż miał być sam, przybyli wszyscy. Jęki potępionych, zgrzyt odsuwanych wiek trumien i specyficzny smrodek towarzyszył wydarzeniu. ARMAGEDON! Hałas lądującego helikoptera z USA i wichura
za pajęczynami zamkowych okien, zapowiedziały nadejście Obcego z maila. Zwierzył się nieopatrznie Kleopatrze, że chyba jest jedynym nie zwierzoczłekoupiorem w Sali Balowej. Przy dźwiękach nieśmiertelnego "Thrillera" wkroczył Obcy, czyli amerykański odtwórca pozytywnie zakręconych wampirów elfickich, Edward Zamierzchły i Zaciemniony, nie mylić z Nożycorękim. Hollywoodzko zakrzyknął: "YOU!" i przeszedł na płynny niezakrzepły polski.

- Wiem, co zrobiłeś! Trzy tygodnie temu napisałeś, a nie wyssałeś z cudzego palca, niesamowity ciąg dalszy "Nieprzestraszonych pogromców wampirzów"! Widziałem wszystko z helikoptera, a tera nie padnij z wrażenia! Oto twoja She! Sziszę paliła, ale to jedyne, co do ust wzięła!Wylaszczyła się w sanatorium wSPAniale i jako anorektyczny anioł zagra wtrąconą w czeluść komercji! Romek aż się pali do scenariusza z Mariuszem! Zasiejemy grozę, szybko się przyjmie! Poruszymy Jury i po czerwonym dywanie nie przepychając się każdy otrzyma podługowatą figurkę z faciem podobnym do Wuja Oskara! Szykuj mowę trawę na ściągach i glicerynowe łzy! A po wszystkim zagramy na nosie wyrzeźbionych w skałach prezydentów! Kałach się nie przyda, jeno szpej! Mam topo, aby zrobić zadymę i ostatniego z Białkowanego
Domu oczernić! W razie czego powiem, że mam go zagrać!

Wpatrywał się w Nią jak zahisteryzowany. Zasiali górale ze wspinania.pl grozę i o dwudziestej zero zero poczuł się jak zero. Jak mógł rano w kompie Jej nie poznać! Dyskretne szwy po silikonach już się po 3 tygodniach zabliźniły i dlatego piersi nie eksplodowały podczas wspinaczki na szczyt jakiegoś ośmiotysięcznika o nazwie Kandżencośtamcośtam. Komórka wpadła jej w czeluść, ona skoczyła również i pochwycił ją przelatujący kilka tysięcy kilometrów niżej wywyższający się Edward.

Potem islandzki wulkan Eyjafjallajökull aż do dzisiejszego lotu uniemożliwił powrót w jego stęsknione ramiona tudzież opustoszałe łóżko. Wcześniej widział, że przywitała się z Mariuszem i chyba coś za długo rzekomy wampir wegetarianin przechylony szeptał jej do uszka, bo zauważył uszkodzenie: malutką czarną plamkę na Jej łabędziej szyjce...

W świetle najświeższych wydarzeń, już wiedział kogo obsadzić w filmie. Będą żyli(?) dłuuugo i górnolotnie. Zadba o to, aby studia filmowe nie kapnęły się, dlaczego kręci wyłącznie od zmierzchu do świtu. Pojadą do Kołobrzegu na Sunset, niech się w transowych rytmach techno zabawią w nocy. Trochę pudru na Jej nosek i szyjkę (nie macicy) i LOVE FOREVER!

------------------------------------------------------------------------

Autor: Sen

Jazda dłużyła mu się coraz bardziej. Spojrzał na Mariusza. Kolega patrząc przed siebie ocierał pot z czoła. Długa jazda wyraźnie go wykańczała. Spojrzał na drogą. Ujrzał potężnego TIR-a pędzącego wprost na nich. Odruchowo szarpnął kierownice. Cudem uniknęli wypadku.

- Mariusz! Co Ty odpierdalasz? Chcesz nas obu zabić?
- Spoko, spoko - odpowiedział wampirowaty kierowca. - Wszystko jest w jak najlepszym porządku - mówił, patrząc na kolegę.

W tej samej chwili dał się słyszeć głośny huk. Mariusz uderzył w kierownicę. Jego towarzysz nie miał tyle szczęścia. Czuł jakby czas zwolnił. Spojrzał w lewą stronę - jego pas był rozpięty. Leciał teraz do przodu, uderzając głową w przednią szybę samochodu. Wokół siebie widział rozpadające się na drobinki szkło. Spojrzał przed siebie - kilka metrów przed nim była potężna betonowa ściana. W tym momencie czas przyspieszył. Dopiero teraz poczuł prędkość, z jaką wyskoczył z fotela w starym Golfie. Z pełnym impetem uderzył w beton. Zamknął oczy.
Nie wiedział, jak długo leżał na chodniku tuż obok miejsca, w które uderzył. Z kursu pierwszej pomocy pamiętał, że teraz pod żadnym pozorem nie może się ruszyć. To, że żył już wydawało mu się mało prawdopodobne. Jeżeli wyszedłby z wypadku bez uszkodzeń kręgosłupa, to byłoby wprost niewiarygodne. Bojąc się poruszyć leżał na chodniku i czekał. Pomoc jednak nie nadchodziła.

Nie wiedział, ile czasu już minęło. Nie chciał ruszyć głową, by spojrzeć na słońce. Na dworze było jednak jasno. Myślał, że dla niego czas znów zwolnił - "To niemożliwe, by słońce przez tyle czasu nie zachodziło." Ledwo skończył formułować w głowie tę myśl jego twarz zasłonił cień. Nie ruszał głową, jedynie przesunął wzrok na sylwetkę stojącego obok niego człowieka. Ubrany był w jasny, długi płaszcz. Pod jego pomarszczoną twarzą widział średniej długości szarą brodę.

- Wydaje mi się, że nie masz uszkodzenia kręgosłupa. Spróbuj ruszyć palcami u stóp.

Lekko skinął głową, po czym wykonał zalecenie Nieznajomego. Poczuł, że palce w butach drgnęły.

- Pan jest lekarzem? Dlaczego nie widziałem pogotowia? Co jest ze mną? - pytał, wyrzucając słowa z ust niczym kule z karabinu maszynowego.
- Spokojnie młody człowieku. Można powiedzieć, że jestem kimś w rodzaju lekarza. Tyle, że jestem lepszy w tym co robię.

Starzec jęknął i schylił się nad leżącym. Jedną ręką dotknął jego mostka, drugą natomiast wsadził pod plecy, sięgając kręgosłupa. Poszkodowany poczuł przypływ ciepła.

- Uwierz mi, możesz teraz wstać - powiedział, po czym pogładził się po brodzie.

Leżący chłopak prawie nie użył własnej siły do znalezienia się w pozycji pionowej. Zaskoczony spojrzał w twarz Nieznajomego.

- Nic nie jest takie, jakie Ci się wydaje.
- To znaczy? - zapytał nadal zadziwiony obrotem spraw.
- Zastanawiałeś się, skąd się biorą dziwne maile, wampiry, ogólnie fatalny stan psychiczny? Skąd natłok tych wszystkich dziwnych rzeczy?

Pokręcił przecząco głową. Czuł w głowie przeraźliwą pustkę.

- Zastanów się nad sobą. Nic już nie jest logiczne. Zadam Ci kilka pytań. Jeżeli potrafisz, odpowiedz.

Tym razem dał znak, że się zgadza.

- Jaki jest dziś dzień tygodnia?

Pytanie było banalne. Chciał otworzyć usta, by szybko odpowiedzieć, lecz nie był w stanie odszukać w swej głowie odpowiedzi.

- To zbyt banalne pytanie, bym się nad tym zastanawiał. Strzelaj dalej.
- Jak masz na imię?

Pytanie wydawało się konkretniejsze. Ale odpowiedzi także na nie był w stanie udzielić. Sięgnął do kieszeni, próbując znaleźć podpowiedź w dowodzie osobistym, lecz i jego nie był w stanie odnaleźć.

- Dlaczego nie potrafię odpowiedzieć na Twoje pytania? Przecież nie pytasz o fizykę kwantową, a o absolutne podstawy... Co jest nie tak? - wrzeszczał zdenerwowany, zbliżając się do starca.

Ten spokojnie spojrzał na niego i podszedł na odległość wyciągniętej ręki. Położył dłoń na jego czole. Rozpoczęła się wizja. Na początek zobaczył kalendarz. Data sprzed trzech tygodni. Następnie zobaczył siebie, przygotowującego się do wspinaczki. To zdarzenie akurat pamiętał. Kolejny obraz pokazywał jego zbliżającego się już do szczytu wielkiego komina. Przypomniał sobie ten zakład. Jednak to, co zobaczył w kolejnej sekundzie zmroziło mu krew w żyłach. Oderwał się od pionowej ściany. Odruchowo machnął ręką, lecz nie miał najmniejszych szans na ratunek. Mimo sporej wysokości lot był bardzo krótki. Spojrzał teraz na sytuację z góry. Leżał nieruchomo u podstawy komina ciepłowniczego. Z jego głowy wyciekała krew. Czaszka była nienaturalnie wklęsła. W oczach zapanowała pustka. Przerażony zamknął swoje oczy. Wizja zniknęła. Znów widział starca.

- Rozumiesz to, co zobaczyłeś? - zapytał Nieznajomy.
- Wydaje mi się, że nie chcę tego rozumieć...
- Rozumiem Cię. Wiele lat temu przechodziłem przez to samo. Musisz jednak przyjąć do wiadomości, że to, co się stało, nie da się odwrócić. Tak naprawdę, to już Twój koniec. Zostałeś tu. Ale tak naprawdę, to już tylko siła przyzwyczajenia. Czas na to, co jest dalej. Co jest po przejściu przez bramę wieczności.
- Dalej nie ma nic. Możesz mi opowiadać bajki, ja jednak wiem swoje. Liczy się tylko życie na tej pieprzonej planecie!
- Cóż, według mnie, mylisz się. Może istnieć inna forma życia. Coś innego, niż to, czego doświadczałeś do tej pory. Światem, a właściwie światami, rządzi jednak jedno prawo: każdy dostaje to, w co wierzy. Kto chce życia "wiecznego" - zwykle je w jakiejś formie dostaje. Kto uważa, że jego rola kończy się na Ziemi - także dostaje to, czego chce - ciągnął swój długi wywód Starzec, przechadzając się powoli wzdłuż betonowej ściany.
- Przecież ja nie wierzę w życie po życiu! Zatem, co ja tu robię?
- No właśnie? - zapytał Nieznajomy.

Chłopak wyjął z kieszeni telefon. Zanim rzucił nim o ziemię zdążył spojrzeć na zegarek. Właśnie minęła dwudziesta. Spojrzał w twarz Nieznajomego. Ten zamknął oczy. Chłopakowi telefon wypadł z ręki. A właściwie z miejsca, gdzie ta ręka jeszcze przed chwilą była. Rozpłynął się w powietrzu. Starzec podniósł telefon. Zegar wskazywał 20:01. Schował komórkę do kieszeni po czym odszedł.

------------------------------------------------------------------------

Autor: Leprechaun

Poczuł uderzenie pod żebra. Najpierw otworzył jedno oko, lecz nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Obraz był zamazany. Otworzył drugie.

- Kurwa, możesz już wstawać. Dojechaliśmy - krzyczał do niego Mariusz. - Przespałeś całą drogę a ja musiałem zapierdalać za kółkiem...

Otrzepał się i mrugnął oczami... Spojrzał na Mariusza. Nie dowierzał temu, co widział.

- Kurwa! A gdzie się podziały twoje kopyta?

Mariusz uderzył łapą w jeden z niewielu prostych fragmentów karoserii Golfa. Spojrzał na to miejsce - na szczęście udało mu się nie wgnieść przerdzewiałej blachy.

- Kopyta... Co może jeszcze powiesz, że jestem wampirem? Odpierdala tobie, naprawdę... Mówię, powtarzam, ale nie, ty dalej swoje. Ile razy mówiłem ci już, że masz nie kupować tej wódki od ruskich? Zobaczysz, a właściwie nie zobaczysz, bo oślepniesz kiedyś od takich wynalazków!
- Dobra, dobra - machnął ręką Peter. - Już nie czepiaj się. Było zrobić coś konkretnego, a tak byłem zostawiony sam sobie. Barek był pusty, trzeba było coś zadziałać.

Spojrzał na tylne siedzenie samochodu. Zdziwiony podniósł fioletową puszkę, która musiała wypaść z którejś torby.

- Co to ma być? Mamy pić śliwkowe piwo? Czy ty się na pewno dobrze czujesz?

Mariusz podszedł do niego i schował puszkę z powrotem do torby podróżnej.

- Spoko. To jest popita. Konkrety są w bagażniku, chodź za mną - powiedział Mariusz.
- Zaaaaraaaaz - ziewnął jego kolega, próbując się przeciągnąć. W tym momencie uderzył nadgarstkiem w sufit auta.

Mariusz zaśmiał się. Poszedł na tył samochodu i otworzył wypchany bagażnik.

- Mam nadzieje, że wszystko jest całe. Chodź tu, jesteś wypoczęty to podźwigasz trochę!

Peter wygramolił się z siedzenia pasażera, po czym podszedł do kolegi. W bagażniku zobaczył wielki, fioletowy plecak ze stelażem.

- Ten kolorek to też jest kurwa udany - rzucił pod nosem. Mariusz uśmiechnął się.
- A czy nigdy nie uczyli cię, że nie liczy się to, jaki jesteś na zewnątrz? Liczy się, to co ma się w środku. Uwierz, że wnętrze baaardzo ci się spodoba - mówił, zakładając bagaż na plecy Petra. Gdy puścił dłonie i plecak trzymał się tylko na szelkach, dało się słyszeć bardzo ciche brzęknięcie.
- No, chyba, że tak! - zadowolonym głosem podsumował Peter i poprawił swój cenny bagaż.

Obładowani sprzętem dość szybko dotarli do celu. Tego miejsca nie było chyba w żadnym przewodniku. Od dawna nie obsiewane pole na skraju lasu, zaledwie kilkaset metrów od bardzo przyjemnego kompleksu skałek. Postawili rzeczy i przystąpili do przygotowań.

Kilka chwil później siedzieli w namiocie, czekając na rozwój wydarzeń. Na dworze wiatr wiał coraz mocniej, lecz na skraju lasu nie musieli się tym szczególnie przejmować. Nagle usłyszeli głośne kroki i trzask łamanych gałęzi. Peter sięgnął do kieszeni po telefon - dochodziła dwudziesta. Postać gwałtownie zbliżyła się do namiotu rękami uderzając w jego ściany. Uderzenia stawały się coraz głośniejsze. Mariusz nerwowo rozglądając się szukał czegoś, czym mógłby zaatakować napastnika. Nagle cień postaci zbliżył się do wejścia.

- Wiem, co zrobiłeś! - krzyknął, po czym rozsunął wejście do namiotu. Przygotowani do ataku Mariusz i Peter zastygli w bezruchu. Po kilku sekundach zobaczyli twarz napastnika i opadli na ziemię.

- Pako?! Co ty robisz na tym zadupiu!?

Potężnej postury chłopak wbił się do namiotu, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Usiadł obok w dalszym ciągu zdziwionych kolegów i położył obok swój plecak.
- Co robisz, co robisz... Jakbym się kurwa z wami nie umawiał.

Obaj spojrzeli na siebie z szeroko otwartymi oczami. Szczęka Petra niemalże uderzyła o podłogę.

- To ten mail był od ciebie? - zapytał, gdy tylko zdołał się pozbierać.

Pako zrobił minę jeszcze bardziej zaskoczoną, niż jego koledzy.

- Pewnie, że ode mnie. Ostatnio przecież podałeś mi go i kazałeś się odezwać, gdybym miał ochotę znów popłynąć, tak jak wtedy. Z tego co wiem, po ostatnim balecie miałeś jakieś akcje z Kaśką?
- Ta, Kaśka powiedziała, że albo picie, albo ona. Doszedłem do wniosku, że pannę jeszcze znajdę. A jak teraz nie popije, no to raczej już nie wtedy jak będę miał żonę i dziecko. Na wszystko jest czas. Teraz jest na chlanie. Swoją drogą, musiałem być nieźle napierdolony, kiedy dałem ci tego maila, bo nic nie pamiętam.
- Ta, wyglądałeś wtedy już dość konkretnie - zaśmiał się Pako. - Ale muszę docenić, że twoje pismo było całkiem niezłe. Skoro jednak nie wiedzieliście, że to ja, dlaczego tu przyjechaliście?
- Myślałem, że chodzi o coś, co zrobiliśmy podczas wspinania na skałkach. Wtedy... nieważne. Cieszę się, że to był jednak mail od ciebie. A ty co miałeś na myśli - "wiem, co zrobiłeś?"

Pako pokiwał głową na boki i cmoknął głośno.
- Wiesz... miałem taką cichą nadzieje, że zrobiłeś... kilka butelek tej cytrynówki, którą tu ostatnim razem piliśmy - powiedział, raz jeszcze cmokając ze smakiem.

Peter zrobił poważna minę.

- Nie mam żadnej cytrynówki. Musiałeś mnie z kimś pomylić.
- Zaraz, jak pomylić... to było takie dobre... szkoda, że tym razem jej nie zrobiłeś - powiedział smutnym głosem Pako, spuszczając głowę.
- Pewnie, że jej nie zrobił. On zna się tylko na piciu. Cytrynówkę mam JA - krzyknął Mariusz, otwierając plecak ze stelażem. Oczom wszystkim będących w namiocie ukazała się zawartość iście bajeczna. Kilkanaście butelek, każda opisana odpowiednią nalepką. Cytrynówka, miętówka, aroniówka, wszystko własnej roboty. Mariusz wyciągał butelka po butelce a jego kolegom oczy świeciły się coraz bardziej.
- Chłopaki wiecie co, na was to można liczyć! Chyba z nikim nie pije mi się tak dobrze, jak z wami. Tylko jeden problemik. Jak już tu jesteście, to pewnie będziecie chcieli jutro się wspinać?
- Spokojnie - uśmiechnął się Peter. - Jak to mówią, alkohol pity z umiarem, nie szkodzi nawet w dużych ilościach. Jeżeli jutro będzie siła na wspinaczkę, damy rade. No kto jak kto, ale my damy! A z drugiej strony, to te góry nam raczej nie spierdolą, a nie wiem, kiedy będzie następna okazja, żeby się porządnie napić. Panowie - zdrowie! - skończył, unosząc polany w międzyczasie kieliszek cytrynówki.

------------------------------------------------------------------------

Autor: Sherry

Czas... Spojrzał na zegarek. Punktualnie o dwudziestej wjechali w bramę starego zamczyska.

- Jak to cholerstwo się nie rozpadło? Mariuszek potrafi zawsze rozpierdolić cokolwiek mu wpadnie w ręce..., a rodzinka jakimś cudem utrzymała w całości taką "stertę kamieni" - myślał, wysiadając z Golfa.

Zbliżali się do drzwi wejściowych. Stara drewniana konstrukcja otworzyła się zanim jeszcze zdążył położyć rękę na klamce. Mariusz uderzył racicami w wycieraczkę, po czym zaprosiła kolegę do środka. Odkąd był tu ostatnio, trzy tygodnie temu wnętrze zmieniło się całkowicie. W środku panował porządek. Szli długim hallem. Rozejrzał się. Jego uwagę przykuł wielki obraz, wiszący po prawej stronie. Widział na nim mały domek. Na pierwszym planie była piękna kobieta o czarnych włosach. Przytulał siedzącego na krześle starszego od niej mężczyznę. Jego siwe włosy w nieładzie wystawały spod czapki z charakterystyczną literą "M". W końcu dotarli do głównego pomieszczenia. Na ścianach paliły się świeczki. Mariusz ucieszony podbiegł do siedzącego na fotelu starszego mężczyzny.

- Możesz już przestać pisać tego maila, dotarł - zwrócił się w kierunku kanapy.

Chłopak zaciekawiony podszedł kilka kroków i powoli wychylił się, patrząc w tą samą stronę. Nagle zobaczył wielkiego kota, siedzącego na podłodze i uderzającego łapami w klawisze laptopa. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zamknął je, potrząsnął głową i otworzył jeszcze raz. Kot siedział dalej. Tym razem jednak jedną z łap przesuwał po podłodze mysz. Zawiesił na niej wzrok na dłużej. Po chwili podniósł ją, trzymając paznokciami za kabel i uniósł, próbując włożyć ją do gardła. Przerwało mu złowrogie chrząknięcie siedzącego w fotelu mężczyzny.

- Przepraszam, Messer... stare przyzwyczajenia - odrzekł kot.
- Ja pierdolę! - wyrwało się obserwatorowi. - Mało, że kot pisze na laptopie, to jeszcze mówi!
- Wypraszam sobie! - odkrzyknął czarny kocur - wódki razem nie piliśmy! Dla ciebie Pan Kot!
- To jest sen, to się nie dzieje... - przetarł oczy. Sekundę potem oparł się o ścianę.
- Pokaż naszemu gościowi, ze to nie jest sen - powiedział cicho siedzący na fotelu, po czym skinął na kota.

Ten wziął rozpęd i wyskoczył Gdy znów jego łapy dotknęły ziemi, na twarzy Sebastiana ukazała się pokaźnej wielkości rysa. Rozcięcie zaczęło bardzo powoli zaczęło napełniać się krwią. Mariusz aż syknął.

- Cisza! - uspokoił wszystkich starzec. Poprawił marynarkę i wstał z fotela. W ręku miał ozdobną laskę. Sebastian spostrzegł, że był znacznie wyższy od niego. Spojrzał na jego twarz. Nie mógł powiedzieć o niej nic, oprócz tego, że była dziwna. Wzrok starca był przeraźliwie spokojny.
- Dość już tej maskarady! Zdaje się, że doskonale wiesz kim jestem. Mariusz wykonał swoje zadanie. Teraz czas na ciebie - zaczął niemal grobowym tonem.
- Jakie zadanie? Gościu, co tu się dzieje? Wyślij mnie w tej chwili do domu. Poza tym - tak, domyślam się kim jesteś. Ale ty nie istniejesz.

Messer uśmiechnął się do swego rozmówcy, po czym zwrócił twarzą do kota.

- Ludzie, nie jestem w stanie pojąc tego gatunku. Tyle tysięcy lat rozwoju technologii, poszerzania wiedzy. Podróże w kosmos, rozszyfrowanie DNA, a mimo to nie potrafią pojąć najprostszych prawd. Jeżeli ja nie istnieję, to jaki sens ma wasze życie? Nie ma w was za grosz logiki. Umiecie tylko się kłócić i przekonywać innych do swoich błędów.

Sebastian robił się coraz bardziej wkurwiony.

- Dosyć! Mówiłeś o zadaniu. Co masz na myśli, chcę konkretów!

Uśmiech znów wykrzywił twarz Messera. Odwrócił się do swojego rozmówcy.

- Chodzi o krótki wspin. Trzy tygodnie temu byłeś w tym miejscu, ale spieprzyłeś. To, że żyjesz to cud... chociaż, biorąc pod uwagę moją reputacje, to raczej coś przeciwnego do cudu. Ona wtedy powiedziała, że ma dość człowieka, który bezsensownie ryzykuje życie.
- Odeszła - przerwał mu. - Zanim zdążyłem wrócić do domu zawinęła wszystkie swoje rzeczy. I, jak to mówią, oddaliła się w nieznanym kierunku.
- Tobie nieznanym - wtrącił ostro jego rozmówca. - Wiem gdzie ona jest. Możemy zawrzeć zakład. Uda ci się odzyskać moją własność - wrócisz do niej. A jeżeli nie - cóż, tym razem zbiegu okoliczności łagodzących nie będzie. Czeka cię Armagedon, twój prywatny Armagedon. Teraz odejdź. Mariusz przyjdzie po ciebie rano.

Nie zdążył zastanowić się nad odpowiedzią. Spojrzał raz jeszcze na ogromnego kota i osobę, którą nazywał "Messer". Prowadzony nieznaną siłą wszedł na piętro, gdzie szybko znalazł sypialnie. Rzucił się na łóżko.

- Ja pierdolę! Co to za poroniony pomysł! Kurwa, ja jestem od wspinaczki a nie pierdolonych wampirów! Niech to wszystko się skończy, bo to nie ma sensu! -krzyknął, po czym nakrył głowę kocem.

Rankiem nie wiedział, jak znalazł się przed pionową ścianą. Przyjrzał się dokładnie - przez te trzy tygodnie nic się nie zmieniło, nadal nie było czego się łapać. Spojrzał na stojącego nieopodal Mariusza. Ten wskazał mu gestem niewielką szczelinę.

- Kurwa, teraz albo nigdy! Trzeba spróbować!

Szybko natarł na prawie gładką powierzchnię. Szczelina okazała się przydatna. Co więcej, ciągnęła się prawie do skalnej półki, do której miał dotrzeć. Mijały kolejne sekundy. Cel był coraz bliżej. Nagle jego stopa osunęła się i zawisła w powietrzu. Napiął mięśnie rąk. Poczuł, że wszystkie ścięgna napięły się do granic możliwości.

- MUSZĘ! -wrzasnął i podciągnął się resztkami sił.

Jeszcze kilka ruchów i był już na miejscu. Kilka kroków od krawędzi dostrzegł gniazdo orła. Zbliżył się ostrożnie. Na jego szczęście, właściciel musiał opuścić to miejsce dawno temu. Ręką odgarnął pióra walające się wśród gałęzi. Na samym dnie leżał mały, pozłacany kielich. Zadowolony uniósł swoją zdobycz.

- Mam! Odzyskałem twój puchar! Teraz czas na moją nagrodę - krzyknął, podchodząc do krawędzi półki skalnej. Spojrzał w dół. Nie było tam nikogo.
- Dziękuję - przerażony usłyszał głos zza pleców. Odwrócił się. Tuż za nim stał Messer.
- Mogłeś sam tu przyjść? Zagrałeś ze mną!

Messer wyciągnął rękę i zabrał Sebastianowi kielich. - Musisz pamiętać, że życie to gra. Mie mogłem sam wyjąc kielicha z tego gniazda - takie są zasady. Reguł należy przestrzegać.

Sebastian spojrzał na niego wymownie.

- Tak, pamiętam - Messer sięgnął do kieszeni marynarki i podał mu bilet lotniczy.
- Spiesz się. Za trzy godziny wylatujesz z Bukaresztu.
- Dokąd to bilet?
- Czy to ważne? Ważne jest to, że gdy opuścisz samolot, na lotnisku będzie już ONA.

-----------------------------------------

Sponsorzy Konkursu

 

Nagrody Konkursu


Uprząż Ocun TWIST BASIC
Przyrząd asekuracyjny Climbing Technology CLICK- UP
Karabinek HMS Climbing Technology

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Brak komentarzy

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.