Znamy już zwycięzcę kolejnego etapu konkursu Armagedon. Po tygodniowym głosowaniu czytelnicy wybrali 3 odcinek naszego opowiadania autorstwa Moniki Kopryny. Monice, jak również wszystkim autorom nadesłanych prac, dziękujemy za wspólną zabawę i gratulujemy pomysłów.
Na propozycje kolejnego, ostatniego już w tej edycji konkursu, odcinka czekamy do piątku, 9 lipca.
Przed nami wakacyjna przerwa, a konkurs w nowej odsłonie, z nowym opowiadaniem powróci we wrześniu. Teksty prosimy nadsyłać na adres redakcji - pt@wspinanie.pl.
Regulamin konkursu. |
ARMAGEDON
Wstęp
Obudził go krzyk. Długi, przeciągły, pełen przerażenia. Przez chwilę siedział zastanawiając się, kto tak krzyczy. Potem zdał sobie sprawę, że to był jego własny głos. Obudził go jego własny krzyk. Kurwa. Potrząsnął zaspaną głową. Powoli docierało do niego, że to był tylko zły sen.
Znowu. Znowu ten koszmar. Ostatnio nachodził go coraz częściej, jednak schemat pozostawał zawsze ten sam. Zawsze ta sama, przerażająca sytuacja bez wyjścia. Kurwa. Siedział oszołomiony zastanawiając się czy wstawać, czy położyć się jeszcze na chwilę. Po chwili zdecydował, że i tak już nie zaśnie. Spojrzał na drugą połowę łóżka. Była pusta. Pozostawała pusta już od trzech tygodni. Kurwa.
Wstał i wykonał swój rutynowy poranny obchód. Zaczął od przejścia koło komputera i odpalenia go. Potem kuchnia i włączenie ekspresu. Następnie łazienka i ważenie. Fuck, znowu przybyło mu 0,75 kilo. Jakurwaniepierdolę, jak to możliwe, żeby tak się spasł, jak jakiś wieprzu - 67 kg przy 179 cm wzrostu, toż to jakaś patologia już jest, trzeba będzie pomyśleć o drastycznym suszeniu się.

Jeszcze szybki rzut oka w lustro w celu skontrolowania tonusa klaty - przynajmniej w tym przypadku nie czekał go zawód, ale te powiększające się opony wokół bioder, obrzydlistwo! Z powrotem do kuchni, kawa gotowa, filiżanka w dłoń i marsz do biurka z kompem. A teraz czekał na niego najważniejszy punkt dnia - puszki ze smakołykami: animal pakiem, bcaasami i syntetycznym hormonem wzrostu. Stał przez chwilę przyglądając się kilkunastu pękatym pilsom na swojej dłoni. Mniam.
Jak zawsze rozpoczął dzień w sieci od wejścia na wspinanie.pl. W sumie sam już nie wiedział po co wchodził na ten portal. Jak się mógł spodziewać nie pojawiło się nic ciekawego. Przybyło jedynie kilka nowych reklam i mocno pijarowy news o pewnej ambitnej gospodyni domowej, która wgramoliła się na szczyt jakiegoś ośmiotysięcznika o nazwie Kandżencośtamcośtam. Takie popclimbingowe czasy nastały. Ważniejsze są silikony i wylansowana buźka - że też im te syntetyczne piersi nie eksplodują na takich wysokościach.
Obecnie wejście na Everest to prawie jak wystąpienie w Playboyu, tyle tylko, że z sesji w Playboyu przynajmniej coś sensownego wynika. Armagedon, kurwa. Jeszcze szybki rzut oka na forum, gdzie kilku biznesmeneli rozpytywało się w jaki sposób mogą rozpocząć "swoją przygodę ze wspinaczką", no i oczywiście niezawodni prawicowi pederaści znowu głosili swoje teorie spiskowe. Wszystko się wali, wszystko się jebie.
Przełączył zakładkę i wszedł na swoją skrzynkę. Trochę spamu, jakieś topo od kumpla i dziwny mail zatytułowany: I STRĄCĄ ICH W CZELUŚĆ. Zaciekawiony kliknął na tę wiadomość zastanawiając się czy nie jest to przypadkiem jakaś nowa strategia spamerów od viagry. Jednak jak tylko przeczytał wiadomość, wiedział, że to coś zupełnie innego. Poczuł dziwne mrowienie w karku. Przez chwilę wpatrywał się w ekran zastanawiając się kto, jak, dlaczego? Wiadomość była bardzo krótka, składała się tylko z jednego zdania, tylko z trzech słów:
wiem co zrobiłeś...
Zero podpisu, nadawca użył jakiegoś anonimowego konta na gmailu. Jednak był pewien, że nie jest to przypadkowy żart. Powoli ogarniała go fala strachu. KTOŚ WIEDZIAŁ!
Autor: K.O.
--------------------
Odc. 1 (wyłoniony w konkursie)
Pomyślał - kurwa, to niemożliwe! Wszystko było tak dokładnie przemyślane, dopracowane w najmniejszym szczególe. Każda minuta, sekunda przeanalizowana i wielokrotnie odtworzona, aby nie popełnić choćby najmniejszego błędu! Jego głowę zaczęły ogarniać obrazy z najczarniejszych scenariuszy. Nie, to nie mogło się wydarzyć. Tylko najbardziej złośliwy przypadek mógł sprawić, że cały misternie utkany plan poszedł się jebać!
Spokój, tylko spokój mógł go uratować. Myślami wrócił do wspomnień z dzieciństwa. Tata zawsze powtarzał. Jeśli złapią cię za rękę w trakcie kradzieży, mów, że to nie twoja ręka. Nie ma bata! Nie mógł się poddać tak łatwo, nie kiedy wszystko szło tak dobrze. Podstawa to alternatywny plan działania, który dość szybko zaczął zarysowywać się w wyobraźni. Szybko. Telefon do Mariusza. Wybiegł na ulicę do najbliższej budki telefonicznej. Zgodnie z ustalonymi zasadami nie dzwonili do siebie nigdy z prywatnych telefonów. Gdzieś w duchu starał się napawać się pseudooptymizmem wmawiając sobie, że poranna przebieżka do automatu odświeży jego psychę i wpłynie pozytywnie na kurczenie się zalegających komórek tłuszczowych. Karta. Słuchawka. Numer. Sygnał dzwonienia. Pierwszy, drugi, trzeci.. Nie odbierał!
- No rzesz kurwa mać! Nie rób mi tego, nie w tej chwili. Rusz dupę i odbierz ten zasrany telefon! - kłębiło się w głowie.
Panika powoli zaczynała wkradać się do jego świadomości. Wiedział, że tylko wspólnie ustalony plan działania umożliwi im wybrnięcie z tej lekko niezręcznej sytuacji. Nie mógł odpędzić myśli, że wszystko, co do tej pory udało im się osiągnąć, runie w jednej sekundzie. Musiał spróbować jeszcze raz. Dokładnie wyuczona i wyćwiczona sekwencja. Karta. Słuchawka. Numer. Tym razem się udało. Zaledwie dwa sygnały dzieliły go od połączenia z Mariuszem.

- Halo? - odezwał się zaspany głos w słuchawce.
- Mariusz - kurwa, pomyślał - mieli nie używać swoich imion na wypadek założonego podsłuchu
- Chyba mamy problem. Podejrzewam, że jesteśmy w niezłej dupuwie!
- Spokojnie, mów co się stało - Mariusz ożywił się, zaniepokojony informacją.
- Dostałem maila. Wydaje mi się, że ktoś wie o tym, co zrobiliśmy.
- Ok. Stary. Ubieram się. Spotykamy się tam, gdzie zawsze, za pół godziny.
Dźwięk gwałtownie rzuconej słuchawki i przerwanego połączenia mimo wszystko pozwolił mu odetchnąć i zaznać chwili spokoju. W razie kryzysu zawsze spotykali się na ścianie, zwanej przez nich potocznie paździerzem. Las wiszących wędek i skupienie asekurujących zapewniały dyskrecję i pozbawiając obaw, że ktoś podsłucha ich rozmowę. To miejsce było doskonałym punktem kontaktu. Wierzyli w regułę, że najciemniej jest zawsze pod latarnią. Szybki powrót do domu, przesiadka na rower. Plecak z podstawowym szpejem zawsze w gotowości. Musieli zachowywać pozory. Pogoda jak na złość nie dopisywała. Zaczynało padać. Na szczęście poranny szczyt komunikacyjny już minął, a szosowe opony pozwalały na sprawne pokonanie dzielącego go od paździerzu dystansu.
Jako stały bywalec wylegitymował się karnetem na ścianę i szybko przeszedł do szatni, gdzie czekał już Mariusz. Wymienili się tylko spojrzeniami, ze zrozumieniem, że nie jest to jeszcze najlepsza chwila na rozmowę. Mała przestrzeń zawsze stwarzała ryzyko dekonspiracji. Gotowi, w pełnym rynsztunku wmieszali się w wyjątkowy tego ranka tłum. Nie wiedział od czego zacząć, ale i nie musiał też specjalnie motywować Mariusza do zagajenia.
- Jak wygląda temat? - zagadnął Mariusz.
- To był anonimowy mail o treści "wiem co zrobiłeś.". Nic więcej. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, jesteśmy kompletnie spaleni. Na zawsze!
- Dobra. Weź się kurwa w garść! Nie może być tak źle, żeby nie było gorzej. Chyba mam podejrzenia, kto mógł nas widzieć. Nie ma co srać ogniem. Nie będziemy tracić dzisiaj czasu na ładowanie na paździerzu. Jedziemy do domu, pakujemy się i uderzamy w skały. Biorę furę od starego i wracamy na miejsce zbrodni.
- Oszalałeś? Przecież ktoś może nas śledzić i skapnąć się, że kombinujemy. - wydawało mu się, że stara psychologiczna zasada, że złoczyńca wraca na miejsce zbrodni dotyczy również nich.
- Właśnie na to liczę. Zastanów się chwilę. Jeśli ktoś za nami pojedzie, to kto? Tylko ten, kto wie o całej sprawie. My najzwyczajniej w świecie zachowamy czujność i mamy go wystawionego jak na dłoni.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - na usta pocisnęła mu się parafraza - Jak Mariusz coś wymyśli, to nie ma chuja we wsi!
- Spoko, od tego właśnie ma się kumpli!
Nie pozostało im wiele czasu. Chociaż dzień o tej porze roku stawał się coraz dłuższy, to jednak musieli pokonać jeszcze sporo kilometrów zanim dotrą do celu. W najśmielszych snach nie spodziewali się, że już niedługo ich plany ulegną zmianie i mocno skomplikują sprawę. Najwyraźniej mieli do czynienia z inteligentnym i przebiegłym przeciwnikiem. Nasuwało się tylko jedno pytanie, czy działał on sam, czy może w porozumieniu z kimś jeszcze. Wpadł do domu. Komputer nadal pracował. Otwarta skrzynka odbiorcza poczty w firefoxie wskazywała pięć nowych wiadomości: trzy newslettery z najnowszymi ofertami sklepów turystycznych, jedno przypomnienie o zbliżającym się spotkaniu i. wiadomość od nieznajomego.
"Nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Spotkanie dzisiaj. Dwudziesta zero, zero. Tam gdzie cię widziałem. Bądź sam."
Wspólny plan wydawał się częściowo pokrywać z zamierzeniami szantażysty. Z szyderczym uśmiechem zarzucił plecak na plecy i wyszedł z domu. Pod klatką stał już zaparkowany zdezelowany VW Golf rodziców Mariusza.
Autor: TBC
--------------------
Odc. 2 (wyłoniony w konkursie)
Szyderczy uśmiech jak zawisł, tak wisiał. W tym momencie zwisało mu, czy zielony jak Groszek
Volkswagen Golf dociągnie jakoś do Karpat. Garbate szczęście. Wypad, o którym marzył, aby się
powtórzył, już się realizował. Adrenalina buzowała w wysportowanym, naszpikowanym
odżywkami ciałku. Lubił, gdy mówiły o nim: "Ciacho". Przygryzł język i momentalnie zerknął na
Mariusza, czy ten, jako Wampir, nie zwęszył krwi. Bez obaw - wczepiony w kierownicę pruł na
południe. Zdaje się, że dziś pił tylko piołun, ale czy można wygrać z Odwiecznym Pragnieniem
Krwi mętnie się niby deklarując, że nie zając, lecz marchewka jest cool pożywką? Wegetarianin
wampir!
Mariusz, noszący się z hrabiowska w czarnej pelerynie, z fularem, z fujarą etno boho folk, z nieco szpiczastym uśmiechem przycisnął gaz do dechy. O Tej, która 3 tygodnie temu opuściła łóżko, niejedno mógł powiedzieć, ale nie to, że była deską. Czasem z Nią był horror, czasem thriller erotyczny, nieraz sielanka. Jazda na maxa i może dlatego zeskoczyła w pełnym biegu z
rollerkostera, jakim była ich wzajemna relacja.
VW dawał radę. Drzewa umykały spod kół. Mariusz nieubłaganie zmierzał do Transylwanii.
Ciemny, jakby chory horyzont, przecinały srebrne błyskawice. Grzmociły pioruny! Chyba nie
przypierdoli w auto?
Ciekawe było w historii to, że w trzydziestym dziewiątym, gdy przez Zaleszczyki większość
opuszczała ojczyznę, dziadkowie Mariusza poczuli potrzebę Krwawych Mocnych Wstrząsających
Faktów, opuścili Rumunię i faktycznie pod prąd pojechali w Wir Wydarzeń. Byli wynaturzeni od
pokoleń. Leń Mariusz kupował sobie nieraz kremik do twarzy, ale strosząc bródkę wspinał się na
półkę, niekoniecznie skalną, odkładał mazidło dla Prawdziwych Mężczyzn i coś seplenił o
"dobrych genach".
Genialnie od dziecka udawał strach przed cmentarzami, ale perwersyjnie lubił być zakopywany na szczycie kurhanu. Kury piały, a on jeszcze zwlekał pachnący złowieszczo drogim, stęchłym, duszącym, doprowadzającym do trupiej bladości z powodu ceny, zawyżonej upiorną modą na wampa/wampira, coraz droższym pachnidłem jak padło śmiedzidłem. Padały mu w objęcia wszystkie dziewice skałkowe w okolicy. Mariusz, cóż, jak sam o sobie mówił: " Zmar i
jusz".
Zanim rozpoczął swój flirt z wegetarianizmem, Drakul z czarnymi paznokciami zostawiał
malutką czarną plamkę na łabędzich szyjkach. Na forum wspinanie.pl przeczytał, że chłopaki też
mają ten problem, czy może powód do Samczej Dumy Samca Alfa - nauczyli wszystkie laski
wspinania i aż ich wypinało aby drapać się z następnymi. "Wspinanie" freudowsko kojarzyło im
się jednoznacznie z : "Wspaniały"!
Ach, te lube wypiętrzenia Karpat! Wodospady i sapanie na szczycie! Dzikość natury bez matury!
Armagedon z największego bestsellera wszechczasów, Biblii, wydawał się bajeczką o wampirku
Irku na rowerku w futerku, w porównaniu z tym co Miało Ich Spotkać. Obcy z maila, czy Obcy z
zaświatów? Ścierpł. Nie cierpiał cierpieć mąk o c z e k i w a n i a. Czuł się wykiwany - kumpel
instynktownie wyczuwał KREW!
Wraz z zachodem słońca autostrada przemieniała się w Road To Hell. Czy Bert Hellinger zdoła, jako dobrze ustawiony, Ocalić Ludzkość? Czy Hollywood kupi prawa do filmu i dlaczego ( łaaj, łaaj) znowu ten Robin Hood, Russel Krowa, ma zagrać? Joga, Joda, jod, tochę jadu - ciut, ciut - może coś pomoże? Może internauci? Kosmonauci?
Odpłynął we wspomnienia. Drimił, jak dobrą robiła karpatkę. Jeszcze ciepłą układała na wzgórku
Wenery, wyginała się w łuk a wówczas łapczywie zlizywał, zasysał okruszki z zakalcem. Są
rzeczy, o kórych się filozofom nie śniło. Śnił i marzył o tym, aby była teraz z nim. Na miotle i tak
by wymiatała te Trans(?)ylwanki. Teraz skutecznie odciągnęłaby uwagę Obcego. Straty w ludziach są zawsze, np. jego stracona miłość.
Może to głupie, ale spostrzegł, że Mariuszowi wyrosły racice, zgrubiał i poczerwieniał nos, po
czym kwiknął jak Renifer Rudolf. Zdezelowany, zdezorientowany jak na Golfa III, Groszek, co
gorsza wspiął się w powietrze i uleciał na wietrze. Mariusz był stuknięty, ale punktualny. Obcy z
maila się go nie spodziewał. Nie przypuszczał, że do rodzinnego gniazda Mariusza, tajemniczego, przerażającego zamku w Karpatach, przybędzie z zabójczo atrakcyjnym wampirem. O dwudziestej zero zero zdecydowanie będą na
CZAS.
Autor: Monika Kopryna
Na propozycje kolejnego, ostatniego odcinka czekamy do piątku 7 lipca. Opowiadania prosimy nadsyłać na adres redakcji - pt@wspinanie.pl.
Sponsorzy Konkursu


Nagrody Konkursu
Uprząż Ocun TWIST BASIC
Przyrząd asekuracyjny Climbing Technology CLICK- UP
Karabinek HMS Climbing Technology
|