Oto kolejny etap konkursu. Tym razem prezentujemy trzy propozycje kolejnego odcinka opowiadania. Zapraszamy do lektury oraz do głosowania na najlepszy waszym zdaniem ciąg dalszy Armagedonu.
Głosowanie będzie trwało do wtorku 22 czerwca - ankieta zamieszczona została na forum wspinanie.pl [Głosowanie].
Regulamin konkursu. |
Propozycje kolejnego odcinka:
- Dabro
- Monika Kopryna
- Sen
ARMAGEDON
Wstęp
Obudził go krzyk. Długi, przeciągły, pełen przerażenia. Przez chwilę siedział zastanawiając się, kto tak krzyczy. Potem zdał sobie sprawę, że to był jego własny głos. Obudził go jego własny krzyk. Kurwa. Potrząsnął zaspaną głową. Powoli docierało do niego, że to był tylko zły sen.
Znowu. Znowu ten koszmar. Ostatnio nachodził go coraz częściej, jednak schemat pozostawał zawsze ten sam. Zawsze ta sama, przerażająca sytuacja bez wyjścia. Kurwa. Siedział oszołomiony zastanawiając się czy wstawać, czy położyć się jeszcze na chwilę. Po chwili zdecydował, że i tak już nie zaśnie. Spojrzał na drugą połowę łóżka. Była pusta. Pozostawała pusta już od trzech tygodni. Kurwa.
Wstał i wykonał swój rutynowy poranny obchód. Zaczął od przejścia koło komputera i odpalenia go. Potem kuchnia i włączenie ekspresu. Następnie łazienka i ważenie. Fuck, znowu przybyło mu 0,75 kilo. Jakurwaniepierdolę, jak to możliwe, żeby tak się spasł, jak jakiś wieprzu - 67 kg przy 179 cm wzrostu, toż to jakaś patologia już jest, trzeba będzie pomyśleć o drastycznym suszeniu się.

Jeszcze szybki rzut oka w lustro w celu skontrolowania tonusa klaty - przynajmniej w tym przypadku nie czekał go zawód, ale te powiększające się opony wokół bioder, obrzydlistwo! Z powrotem do kuchni, kawa gotowa, filiżanka w dłoń i marsz do biurka z kompem. A teraz czekał na niego najważniejszy punkt dnia - puszki ze smakołykami: animal pakiem, bcaasami i syntetycznym hormonem wzrostu. Stał przez chwilę przyglądając się kilkunastu pękatym pilsom na swojej dłoni. Mniam.
Jak zawsze rozpoczął dzień w sieci od wejścia na wspinanie.pl. W sumie sam już nie wiedział po co wchodził na ten portal. Jak się mógł spodziewać nie pojawiło się nic ciekawego. Przybyło jedynie kilka nowych reklam i mocno pijarowy news o pewnej ambitnej gospodyni domowej, która wgramoliła się na szczyt jakiegoś ośmiotysięcznika o nazwie Kandżencośtamcośtam. Takie popclimbingowe czasy nastały. Ważniejsze są silikony i wylansowana buźka - że też im te syntetyczne piersi nie eksplodują na takich wysokościach.
Obecnie wejście na Everest to prawie jak wystąpienie w Playboyu, tyle tylko, że z sesji w Playboyu przynajmniej coś sensownego wynika. Armagedon, kurwa. Jeszcze szybki rzut oka na forum, gdzie kilku biznesmeneli rozpytywało się w jaki sposób mogą rozpocząć "swoją przygodę ze wspinaczką", no i oczywiście niezawodni prawicowi pederaści znowu głosili swoje teorie spiskowe. Wszystko się wali, wszystko się jebie.
Przełączył zakładkę i wszedł na swoją skrzynkę. Trochę spamu, jakieś topo od kumpla i dziwny mail zatytułowany: I STRĄCĄ ICH W CZELUŚĆ. Zaciekawiony kliknął na tę wiadomość zastanawiając się czy nie jest to przypadkiem jakaś nowa strategia spamerów od viagry. Jednak jak tylko przeczytał wiadomość, wiedział, że to coś zupełnie innego. Poczuł dziwne mrowienie w karku. Przez chwilę wpatrywał się w ekran zastanawiając się kto, jak, dlaczego? Wiadomość była bardzo krótka, składała się tylko z jednego zdania, tylko z trzech słów:
wiem co zrobiłeś...
Zero podpisu, nadawca użył jakiegoś anonimowego konta na gmailu. Jednak był pewien, że nie jest to przypadkowy żart. Powoli ogarniała go fala strachu. KTOŚ WIEDZIAŁ!
Autor: K.O.
--------------------
Odc. 1 (wyłoniony w konkursie)
Pomyślał - kurwa, to niemożliwe! Wszystko było tak dokładnie przemyślane, dopracowane w najmniejszym szczególe. Każda minuta, sekunda przeanalizowana i wielokrotnie odtworzona, aby nie popełnić choćby najmniejszego błędu! Jego głowę zaczęły ogarniać obrazy z najczarniejszych scenariuszy. Nie, to nie mogło się wydarzyć. Tylko najbardziej złośliwy przypadek mógł sprawić, że cały misternie utkany plan poszedł się jebać!
Spokój, tylko spokój mógł go uratować. Myślami wrócił do wspomnień z dzieciństwa. Tata zawsze powtarzał. Jeśli złapią cię za rękę w trakcie kradzieży, mów, że to nie twoja ręka. Nie ma bata! Nie mógł się poddać tak łatwo, nie kiedy wszystko szło tak dobrze. Podstawa to alternatywny plan działania, który dość szybko zaczął zarysowywać się w wyobraźni. Szybko. Telefon do Mariusza. Wybiegł na ulicę do najbliższej budki telefonicznej. Zgodnie z ustalonymi zasadami nie dzwonili do siebie nigdy z prywatnych telefonów. Gdzieś w duchu starał się napawać się pseudooptymizmem wmawiając sobie, że poranna przebieżka do automatu odświeży jego psychę i wpłynie pozytywnie na kurczenie się zalegających komórek tłuszczowych. Karta. Słuchawka. Numer. Sygnał dzwonienia. Pierwszy, drugi, trzeci.. Nie odbierał!
- No rzesz kurwa mać! Nie rób mi tego, nie w tej chwili. Rusz dupę i odbierz ten zasrany telefon! - kłębiło się w głowie.
Panika powoli zaczynała wkradać się do jego świadomości. Wiedział, że tylko wspólnie ustalony plan działania umożliwi im wybrnięcie z tej lekko niezręcznej sytuacji. Nie mógł odpędzić myśli, że wszystko, co do tej pory udało im się osiągnąć, runie w jednej sekundzie. Musiał spróbować jeszcze raz. Dokładnie wyuczona i wyćwiczona sekwencja. Karta. Słuchawka. Numer. Tym razem się udało. Zaledwie dwa sygnały dzieliły go od połączenia z Mariuszem.

- Halo? - odezwał się zaspany głos w słuchawce.
- Mariusz - kurwa, pomyślał - mieli nie używać swoich imion na wypadek założonego podsłuchu
- Chyba mamy problem. Podejrzewam, że jesteśmy w niezłej dupuwie!
- Spokojnie, mów co się stało - Mariusz ożywił się, zaniepokojony informacją.
- Dostałem maila. Wydaje mi się, że ktoś wie o tym, co zrobiliśmy.
- Ok. Stary. Ubieram się. Spotykamy się tam, gdzie zawsze, za pół godziny.
Dźwięk gwałtownie rzuconej słuchawki i przerwanego połączenia mimo wszystko pozwolił mu odetchnąć i zaznać chwili spokoju. W razie kryzysu zawsze spotykali się na ścianie, zwanej przez nich potocznie paździerzem. Las wiszących wędek i skupienie asekurujących zapewniały dyskrecję i pozbawiając obaw, że ktoś podsłucha ich rozmowę. To miejsce było doskonałym punktem kontaktu. Wierzyli w regułę, że najciemniej jest zawsze pod latarnią. Szybki powrót do domu, przesiadka na rower. Plecak z podstawowym szpejem zawsze w gotowości. Musieli zachowywać pozory. Pogoda jak na złość nie dopisywała. Zaczynało padać. Na szczęście poranny szczyt komunikacyjny już minął, a szosowe opony pozwalały na sprawne pokonanie dzielącego go od paździerzu dystansu.
Jako stały bywalec wylegitymował się karnetem na ścianę i szybko przeszedł do szatni, gdzie czekał już Mariusz. Wymienili się tylko spojrzeniami, ze zrozumieniem, że nie jest to jeszcze najlepsza chwila na rozmowę. Mała przestrzeń zawsze stwarzała ryzyko dekonspiracji. Gotowi, w pełnym rynsztunku wmieszali się w wyjątkowy tego ranka tłum. Nie wiedział od czego zacząć, ale i nie musiał też specjalnie motywować Mariusza do zagajenia.
- Jak wygląda temat? - zagadnął Mariusz.
- To był anonimowy mail o treści "wiem co zrobiłeś.". Nic więcej. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, jesteśmy kompletnie spaleni. Na zawsze!
- Dobra. Weź się kurwa w garść! Nie może być tak źle, żeby nie było gorzej. Chyba mam podejrzenia, kto mógł nas widzieć. Nie ma co srać ogniem. Nie będziemy tracić dzisiaj czasu na ładowanie na paździerzu. Jedziemy do domu, pakujemy się i uderzamy w skały. Biorę furę od starego i wracamy na miejsce zbrodni.
- Oszalałeś? Przecież ktoś może nas śledzić i skapnąć się, że kombinujemy. - wydawało mu się, że stara psychologiczna zasada, że złoczyńca wraca na miejsce zbrodni dotyczy również nich.
- Właśnie na to liczę. Zastanów się chwilę. Jeśli ktoś za nami pojedzie, to kto? Tylko ten, kto wie o całej sprawie. My najzwyczajniej w świecie zachowamy czujność i mamy go wystawionego jak na dłoni.
- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. - na usta pocisnęła mu się parafraza - Jak Mariusz coś wymyśli, to nie ma chuja we wsi!
- Spoko, od tego właśnie ma się kumpli!
Nie pozostało im wiele czasu. Chociaż dzień o tej porze roku stawał się coraz dłuższy, to jednak musieli pokonać jeszcze sporo kilometrów zanim dotrą do celu. W najśmielszych snach nie spodziewali się, że już niedługo ich plany ulegną zmianie i mocno skomplikują sprawę. Najwyraźniej mieli do czynienia z inteligentnym i przebiegłym przeciwnikiem. Nasuwało się tylko jedno pytanie, czy działał on sam, czy może w porozumieniu z kimś jeszcze. Wpadł do domu. Komputer nadal pracował. Otwarta skrzynka odbiorcza poczty w firefoxie wskazywała pięć nowych wiadomości: trzy newslettery z najnowszymi ofertami sklepów turystycznych, jedno przypomnienie o zbliżającym się spotkaniu i. wiadomość od nieznajomego.
"Nie wykonuj żadnych nerwowych ruchów. Spotkanie dzisiaj. Dwudziesta zero, zero. Tam gdzie cię widziałem. Bądź sam."
Wspólny plan wydawał się częściowo pokrywać z zamierzeniami szantażysty. Z szyderczym uśmiechem zarzucił plecak na plecy i wyszedł z domu. Pod klatką stał już zaparkowany zdezelowany VW Golf rodziców Mariusza.
Autor: TBC
------------------------------------------------------------------------
Autor: Dabro
Sfatygowany Volksvagen mknął A-4 w ogólnym kierunku skałek.
- No Mariusz, utrzymaj takie tempo i za godzinę jesteśmy na miejscu.
- Jasne - odpowiedział kwaśno kierowca, który od paru minut piłował silnik na maksymalnych obrotach usiłując przekroczyć dopuszczalną prędkość. Bezskutecznie.
Wkrótce i tak musieli zjechać z autostrady i już po chwili śmigali szosą dawno zapomnianą przez Boga i Zarząd Dróg.
- No, tu przynajmniej nie będą nas już wyprzedzać TIRy.
- Odwal się. Nie moja wina, że stary leje pół na pół oleju napędowego z olejem z Biedronki. - tłumaczył się Mariusz. Auto jego ojca było wśród znajomych znane jako "frytkownica" z racji roztaczanego zapachu.
Po jakimś czasie skończyła się też kręta asfaltowa droga i należało wjechać w las, po uprzednim otworzeniu sobie szlabanu z zakazem wjazdu ufundowanego przez lokalne nadleśnictwo. Szlaban był przywiązany łańcuchem, na którym dyndała spora kłódka, ale jak zwykle dało się odplątać łańcuch bez uciekania się do przemocy - leśniczemu, który go zakładał widocznie nie chciało się nosić kluczy. Niemniej jednak były to chyba najtrudniej dostępne skałki w kraju.
- Kurwa, Mariusz, pamiętasz jak odkryliśmy to miejsce?
- Jasne, to były czasy.
W sumie było to całkiem niedawno. Dwa lata temu dostali od znajomego maniaka bezsensownych marszów przełajowych cynk o skałkach w jakiejś dzikiej głuszy. Dziewicze skały, nietknięte przez wspinaczy? W huk dużo dróg czekających tylko do wytyczenia? Po prostu marzenie. Niedługo potem wrzucili na stronę o wspinaczce pierwsze topo z paroma drogami. Mało komu udało się je powtórzyć, ale bynajmniej nie zdecydował o tym stopień ich trudności. Otóż po drodze ktoś się zarył, ktoś się zgubił, ktoś nawet urwał tłumik. Okazało się, że zdecydowanie najtrudniejszą z dróg nowoodkrytego rejonu była droga dojazdowa. Oczywiście do czasu, kiedy w następne wakacje zrobili z Mariuszem Wielkie Wciry, drogę, którą wyprowadziła ich na salony rodzimej wspinaczki.
Tym razem jechali w te skałki w zupełnie innym nastroju. Tu stawiali swoje pierwsze kroki wiodące na szczyt, a tymczasem nagle jakiś buc chce wszystko popsuć!
- Co to musi być za wał! - wybuchł Mariusz po dłuższej chwili ciszy, w której wspominali nie tak stare dzieje.
- No, ja pierdolę, zawiść ludzka nie zna granic.
- Ty, a może to jakaś laska cię wkręca? Jakieś zawiedzione nadzieje? Puknąłeś jakąś w Jurze pod namiotem i nie dałeś więcej znaku życia?
- E, nie, to poważna sprawa.
- No, jak cię pamiętam na obozie, wiesz kiedy, co pisałeś dla tej blondi wiersze, że jest jak Action Directe.
- Zamknij się.
- A okazało się, że była o wiele łatwiejsza.
- Zamknij się bo dostaniesz w ryj!
- Dobra, dobra. - przerwał Mariusz - No ale w takim razie kurwa kto to?
- Nie wiem ale już zaraz się przekonamy i przemodelujemy mu facjatę.
- No nie wiem czy to będzie takie proste. Może to jakiś lepszy cwaniak? Po co się chce tam spotykać, na odludziu? Żeby dostać kopa w dupę? Chyba taki głupi nie jest.
- Kurwa, a miało być tak pięknie.
- No, umowy ze sponsorami, kasa na wyjazdy.
Ech, kto by tak nie chciał. Powiedzieć parę razy, że od zawsze wspinało się w butach, których nigdy wcześniej nie miało się na nogach, koszulka z wielkim logo, a w zamian co miesiąc stała pensyjka i wspin, wspin i jeszcze raz wspin.
Rozmarzyli się. Mariusz przez chwilę to zbierał się, żeby coś powiedzieć, to rezygnował. W końcu jednak nie wytrzymał.
- A słyszałeś, że w TV będzie nowy program "Gwiazdy prowadzą VI.4"? Mają być zamknięte castingi na instruktorów.
- Pierdolisz.
- No właśnie kurwa nie. I słuchaj tego: mam cynk z pewnego źródła, że mamy szanse, jako młodzi, obiecujący, prawda, z sukcesami na koncie, no i rzecz jasna przystojni. Wspinaczka teraz taka modna.
- Kurwa mać, pierdolisz.
- Kurwa mać, nie. Miałem ci nie mówić dopóki nie będę miał jakiegoś konkretu, ale teraz.
Rozumiesz, jak to wyjdzie, to jesteśmy straceni dla świata. A sponsorów możemy szukać na dworcu.
- Nie wierzę, kurwa, stary, spójrz mi w oczy i powtórz.
- Jak chcesz, mówię ci, że nie zalewam. - Mariusz odwrócił się do niego i patrząc prosto w oczy powtarzał - Imaginuj sobie, że będzie nowy program "Gwiazdy".
Nagle coś łupnęło i widok przez przednią szybę został całkowicie przysłonięty. Mariusz wcisnął z całej siły hamulec i po chwili coś, co blokowało widok zsunęło się po masce i stoczyło na ziemię.
- Ja pierdolę, Mariusz, przejechałeś kurwa człowieka!
Wyskoczyli z auta. Zbliżał się już wieczór, a w samym środku lasu, gdzie się znajdowali, zaczynało się robić ciemno. Mariusz przejęty doskoczył do ofiary, jego kompan próbował zadzwonić na 112, ale w tej głuszy i tak nie było zasięgu. Potrąconym był jakiś na oko 30-letni facet. Nawet nie bardzo pokiereszowany, ale nie dawał znaków życia.
- Oddycha. - z ulgą stwierdził Mariusz i wstał - Ale co on tu kurwa robił?
- Zobacz, tutaj upadł jego plecak, to jeden z naszych. - pokazał Mariuszowi plecak, który poturlał się nieopodal. Była do niego przytroczona lina.
- Co, wspinać się szedł? Akurat teraz?
- Ej. Mariusz, kurwa, czekaj.
- Co?
- Zobacz. Wspinacz. Tutaj. O tej godzinie. Wspinać się na pewno nie szedł, bo przecież jak? Po omacku?
- No co ty? Mówisz że.
- Że to musi być nasz pacjent. - spojrzał na komórkę. Zegarek wskazywał wpół do ósmej.
- Mówisz, że to może być ten palant?
- Może? Nie. Stary, musi. Tylko się zastanów.
- Kurwa, racja. To on. Znasz go?
- Pierwszy raz widzę.
- Na pewno? Wiesz, może jak go ostatnio widziałeś to stał i na przykład żył i się ruszał?
- E, raczej nie.
- No to mamy bratka. Patrz, chciał zniszczyć ci życie, a teraz. - Mariusz urwał
- A teraz mamy go w garści. I żadnych świadków w tym lesie.
- No, chyba wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie. Zabieramy go do auta i wieziemy na pogotowie.
- No, kurwa, racja. Ale mi wstyd.
- No raczej brachu. - zganił go Mariusz.
- Pewnie, przecież gdzie nasza wspinaczkowa etyka. Poświęcenie dla innego wspinacza, który jest ranny. A on, jak się dowie, że uratowaliśmy mu życie, przecież z samej wdzięczności da nam spokój. To jest wyjście, z honorem i w ogóle. Kurczę, ty masz łeb, naprawdę mi wstyd. - kajał się.
- Albo wiesz co, - zastanowił się Mariusz - może lepiej go zakopiemy?
- Dobra!
-----------------------------------
Autor: Monika Kopryna
Szyderczy uśmiech jak zawisł, tak wisiał. W tym momencie zwisało mu, czy zielony jak Groszek
Volkswagen Golf dociągnie jakoś do Karpat. Garbate szczęście. Wypad, o którym marzył, aby się
powtórzył, już się realizował. Adrenalina buzowała w wysportowanym, naszpikowanym
odżywkami ciałku. Lubił, gdy mówiły o nim: "Ciacho". Przygryzł język i momentalnie zerknął na
Mariusza, czy ten, jako Wampir, nie zwęszył krwi. Bez obaw - wczepiony w kierownicę pruł na
południe. Zdaje się, że dziś pił tylko piołun, ale czy można wygrać z Odwiecznym Pragnieniem
Krwi mętnie się niby deklarując, że nie zając, lecz marchewka jest cool pożywką? Wegetarianin
wampir!
Mariusz, noszący się z hrabiowska w czarnej pelerynie, z fularem, z fujarą etno boho folk, z nieco szpiczastym uśmiechem przycisnął gaz do dechy. O Tej, która 3 tygodnie temu opuściła
łóżko, niejedno mógł powiedzieć, ale nie to, że była deską. Czasem z Nią był horror, czasem thriller
erotyczny, nieraz sielanka. Jazda na maxa i może dlatego zeskoczyła w pełnym biegu z
rollerkostera, jakim była ich wzajemna relacja.
VW dawał radę. Drzewa umykały spod kół. Mariusz nieubłaganie zmierzał do Transylwanii.
Ciemny, jakby chory horyzont, przecinały srebrne błyskawice. Grzmociły pioruny! Chyba nie
przypierdoli w auto?
Ciekawe było w historii to, że w trzydziestym dziewiątym, gdy przez Zaleszczyki większość
opuszczała ojczyznę, dziadkowie Mariusza poczuli potrzebę Krwawych Mocnych Wstrząsających
Faktów, opuścili Rumunię i faktycznie pod prąd pojechali w Wir Wydarzeń. Byli wynaturzeni od
pokoleń. Leń Mariusz kupował sobie nieraz kremik do twarzy, ale strosząc bródkę wspinał się na
półkę, niekoniecznie skalną, odkładał mazidło dla Prawdziwych Mężczyzn i coś seplenił o
"dobrych genach".
Genialnie od dziecka udawał strach przed cmentarzami, ale perwersyjnie lubił być zakopywany na szczycie kurhanu. Kury piały, a on jeszcze zwlekał pachnący złowieszczo
drogim, stęchłym, duszącym, doprowadzającym do trupiej bladości z powodu ceny, zawyżonej
upiorną modą na wampa/wampira, coraz droższym pachnidłem jak padło śmiedzidłem. Padały mu
w objęcia wszystkie dziewice skałkowe w okolicy. Mariusz, cóż, jak sam o sobie mówił: " Zmar i
jusz".
Zanim rozpoczął swój flirt z wegetarianizmem, Drakul z czarnymi paznokciami zostawiał
malutką czarną plamkę na łabędzich szyjkach. Na forum wspinanie.pl przeczytał, że chłopaki też
mają ten problem, czy może powód do Samczej Dumy Samca Alfa - nauczyli wszystkie laski
wspinania i aż ich wypinało aby drapać się z następnymi. "Wspinanie" freudowsko kojarzyło im
się jednoznacznie z : "Wspaniały"!
Ach, te lube wypiętrzenia Karpat! Wodospady i sapanie na szczycie! Dzikość natury bez matury!
Armagedon z największego bestsellera wszechczasów, Biblii, wydawał się bajeczką o wampirku
Irku na rowerku w futerku, w porównaniu z tym co Miało Ich Spotkać. Obcy z maila, czy Obcy z
zaświatów? Ścierpł. Nie cierpiał cierpieć mąk o c z e k i w a n i a. Czuł się wykiwany - kumpel
instynktownie wyczuwał KREW!
Wraz z zachodem słońca autostrada przemieniała się w Road To Hell. Czy Bert Hellinger zdoła, jako dobrze ustawiony, Ocalić Ludzkość? Czy Hollywood kupi prawa do filmu i dlaczego ( łaaj, łaaj) znowu ten Robin Hood, Russel Krowa, ma zagrać? Joga, Joda, jod, tochę jadu - ciut, ciut - może coś pomoże? Może internauci? Kosmonauci?
Odpłynął we wspomnienia. Drimił, jak dobrą robiła karpatkę. Jeszcze ciepłą układała na wzgórku
Wenery, wyginała się w łuk a wówczas łapczywie zlizywał, zasysał okruszki z zakalcem. Są
rzeczy, o kórych się filozofom nie śniło. Śnił i marzył o tym, aby była teraz z nim. Na miotle i tak
by wymiatała te Trans(?)ylwanki. Teraz skutecznie odciągnęłaby uwagę Obcego. Straty w ludziach są zawsze, np. jego stracona miłość.
Może to głupie, ale spostrzegł, że Mariuszowi wyrosły racice, zgrubiał i poczerwieniał nos, po
czym kwiknął jak Renifer Rudolf. Zdezelowany, zdezorientowany jak na Golfa III, Groszek, co
gorsza wspiął się w powietrze i uleciał na wietrze. Mariusz był stuknięty, ale punktualny. Obcy z
maila się go nie spodziewał. Nie przypuszczał, że do rodzinnego gniazda Mariusza, tajemniczego, przerażającego zamku w Karpatach, przybędzie z zabójczo atrakcyjnym wampirem. O dwudziestej
zero zero zdecydowanie będą na
CZAS.
-----------------------------------
Autor: Sen
Samolot zbliżał się do lotniska. Pozornie powoli schodził poniżej linii chmur tak, by pilot mógł zobaczyć asfaltową płytę.
- Tu wieża, podejście zgodnie z planem? - nawiązał kontakt kontroler lotu, po czym podał wszystkie konieczne parametry.
- Ta, wszystko normalnie. Nuda - odpowiedział pilot, poczym przygotował maszynę do lądowania.
Kilka chwil potem potężny boeing stał nieruchomo. Pasażerowie zaczęli tłoczyć się w kierunku wyjścia. Wśród nich była młoda dziewczyna. Sprawiała wrażenie zmęczonej lotem, chociaż kurs z Barcelony nie należał do szczególnie długich. Było jednak coś, co podtrzymywało ją na duchu: po długich trzech tygodniach rozłąki miała wreszcie spotkać się ze swoim ukochanym. W końcu mogła opuścić samolot. Wiatr rozwiewał jej blond włosy, podobnie jak granatową, jeansową bluzę. Nie przeszkadzało jej to zbytnio - wiedziała, że za dosłownie kilka minut ważne będzie zupełnie co innego.
Dotarła wreszcie do ogromnej hali. Dokładnie obejrzała wszystkich oczekujących na swoich bliskich. Potrząsnęła głową. Ogarnęła raz jeszcze cały tłum tłoczący się przy barierkach.
- Oczywiście. nie byłby sobą. Musiał zapomnieć! Nigdy nie będzie taki jakim go poznałam. Mam nadzieje, że chociaż powód będzie miał niezły. - mówiła sama ze sobą, przechodząc przez metalowe bramki.
- Karolina?
Nagle tuż obok siebie zobaczyła nieznanego mężczyznę. Był nieco wyższy od niej. Miał czarno-rudą bródkę i ciemne włosy. Odwróciła się w jego kierunku.
- Nie poznajesz mnie? Cóż, Twój chłopak wiele mi o Tobie opowiadał, ale widzieliśmy się tylko raz. Arek przysłał mnie na lotnisko, żebym Cię odebrał. Niestety, wypadło mu coś i nie mógł być tu osobiście. - powiedział z rozbrajającym uśmiechem nieznajomy.
- Dlaczego więc nie powiadomił mnie o tym? Gdy widziałam go ostatnio, całkiem nieźle obsługiwał komórkę. - spytała podejrzliwym tonem.
- Do ostatniej chwili myślał, że uda mu się zdążyć. Dostałem od niego telefon dopiero 15 minut temu, mieszkam blisko lotniska więc nie było problemu, żeby Cię odebrać.
- No dobra, zawieź więc mnie do niego. Mam nadzieje, że ma jakieś logiczne usprawiedliwienie, czemu sam nie przyjechał.
Nieznajomy zamyślił się. - Nawet dokładnie powiedział mi, dlaczego nie może przyjechać, ale niestety, wyleciało mi z głowy. Cóż, sam Ci się wytłumaczy. Choć do samochodu. Dla przypomnienia - jestem Krzysiek - powiedział, po czym oboje zniknęli na parkingu.
***
Arek z Mariuszem dojeżdżali do miejsca zbrodni. Przez cały czas w samochodzie panowała martwa cisza.
- Kurwa, ciśnij ten złom! Mamy kilka godzin, ale jest jeszcze jedna, bardzo istotna sprawa - krzyknął w końcu Arek.
- Co znowu? Jest 16, masz 4 godziny. Mam nadzieje, gdy tak myślałeś zawzięcie, ogarnąłeś jakiś plan, co dalej?
Arek zaśmiał mu się w twarz. - Wątpisz we mnie? Pewnie, że jest plan! Ale przed nim jeszcze jedna rzecz. Kurwa! Od rana nic nie jadłem! Opierdoliłbym coś na ciepło. Lepiej znasz to miejsce. Znajdź coś!
Kilka chwil potem stali pod starą kempingową przyczepą, w której kobieta o wyglądzie emerytowanej zawodniczki podnoszącej ciężary sprzedawała zapiekanki. Z braku innych perspektyw postanowili jednak zaryzykować. - Nie wierzę, że cokolwiek zamówiłem tu na trzeźwo. -szepnął Aro.
- Nie bój się - zaśmiał się kolega. - Jeżeli ten mail jest prawdziwy, bardzo prawdopodobne, że to Twój ostatni posiłek w życiu. A myślę, że to zasadniczo wszystko jedno, z czym będą Cię kłaść do piachu.
- Twój optymizm mnie przeraża. Kończ jeść to ścierwo, idziemy tam, gdzie nasze miejsce - krzyknął, po czym wyrzucił resztkę zapiekanki 'z szynką' i ruszył w kierunku skał.
- Ale przecież cmentarz jest w zupełnie drugą stronę - zaśmiał się Mariusz kończąc wątpliwej jakości posiłek. Po chwili wytarł łapy o spodnie i ruszył za kolegą.
***
Rozstawili sprzęt. Słońce powoli chowało się za niedalekie góry. Do godziny zero zostawało coraz mniej czasu. Mariusz zaczął niepokoić się planem swojego kolegi.
- Jesteś pewien, że czekamy na nich na górze? A jeśli zrzuca nas z tej półki?
- Kurwa, przed chwilą bałeś się jeść tą pierdoloną zapiekankę! A jak będziesz na dole i gość przyjdzie z gunem to będzie to samo, może tylko mniej spektakularnie. Zobaczymy co będzie.
Przygotowali wszystko do szybkiej wspinaczki. Mariusz uważnie obserwował kolegę - z ich dwóch to on był lepszym. Arek zbyt często popełniał błędy. I właśnie przez jeden z nich mieli teraz nieplanowaną wycieczkę na skałki, co obu było wybitnie nie na rękę. Tym razem jednak wszystko było przygotowane zajebiście. Kiwając głową popatrzyła na kumpla. Rozpoczęli wycieczkę w górę.
Po kilku chwilach znaleźli bezpieczną pozycję na skalnej półce. Zaczynał padać deszcz. Błyskawicznie zbunkrowali cały sprzęt, chroniąc go przed deszczem i okiem nieznajomego. Sami także skryli się pod kawałkiem ortalionu. Zastygli w bezruchu, czekając na to, co miało się wydarzyć.
Mariusz wyciągnął z kieszeni zegarek. Dwudziesta minęła już piętnaście minut temu. Pokazał koledze czas. Ten natychmiast poderwał się ze schronienia.
- Co jest kurwa! Taki kozak byłeś a nie ma Cię! Widzisz! To ja wygrałem!
W tym momencie Mariusz trącił go lekko w ramię.
- Arek. tej kartki tu nie było - mówił, pokazując koledze zafoliowany kawałek papieru, wiszący tuż obok ich schronienia. Arek szybciej odczytał treść umieszczoną na pokrytej kroplami wody wiadomości. "Sprawdź schowek".
Błyskawicznie uchylił się i zaczął odgrzebywać miejsce ukryte nieco niżej. Nie tak dawno sam układał w nim kamienie tak, by nikt nie znalazł ich tajnej skrytki. Przysiągłby, że każdy kamień leżał tak samo jak wtedy, gdy je poprzednio zostawiał. Po kilku minutach zdołał w końcu odsypać wszystkie kamienie maskujące i sięgnąć ręką do skalnej szczeliny. Wyciągnął z niej plastikowe pudełko po lodach. Zerwał przykrywkę. Oczom obu ukazało się zdjęcie chłopaka i dziewczyny. Arkowi zaschło w gardle.
- Kiedy wraca Karolina? - spytał drżącym głosem Mariusz.
- Dzisiaj. - szepnął Arek. - Ten mail to była podpucha. Dopiero teraz zjebaliśmy - powiedział, po czym oparł się o skałę i osunął na ziemię.
Sponsorzy Konkursu


Nagrody Konkursu
Uprząż Ocun TWIST BASIC
Przyrząd asekuracyjny Climbing Technology CLICK- UP
Karabinek HMS Climbing Technology
|