Na przekór wszelkim zapowiedziom meteorologicznym i przestrogom płynącym z ust znajomych odnośnie nadchodzącego deszczowego kataklizmu, tegoroczną majówkę postanowiliśmy spędzić na Frankenjurze.
Paweł "Wiśnia" Wiśniewski na Motivation 7C w Bahratal - o tym przejściu na końcu...
Doprawdy, jak wiadomo każdemu miłośnikowi dziurek z tarciem, Frankonia rządzi się swoimi prawami! Z tą myślą, długo nie zastanawiając się, spakowaliśmy do "lazurowej strzały" 30 metrową linę i kilka zaczepików, zestaw płyt z dobrą muzą, nie zapominając oczywiście o craszpadach (wszakże balderki są wszędzie!) i pomknęliśmy w stronę frankońskich lasów.
Cel był prosty. Zwiedzić tyle klasyków ile się da, zgarniając z nich śmietankę, czyli sięgnąć topu. Zaczęliśmy od północy i powoli przemieszczaliśmy się na południe.
Na pierwszy ruszt poszedł sektor Rolandfels (okolice Holzgauer Wand), gdzie szybko przeszedłem jeden z klasyków - Infiziert IX+.
Niestety z dróg nie udało nam się wykonać żadnych fotek z prowadzeń, ponieważ w dwójkę ciężko się asekurować i robić jednocześnie zdjęcia. Tutaj Nelly Kudrova na "Witchkraft" (fot. Vojtěch Vrzba)
W związku z brakiem zdjęć dorzucam filmik z Frankenjury, na którym obejrzeć możemy co
poniektóre przejścia klasyków takich, jak Witchkraft, czy też Down Under:
Kierując się na południe miałem przed oczami kolejną "perełkę Frankonii", którą po prostu trzeba zrobić, czyli Witchkraft X-, znajdującą się w sektorze Neumuhle. Droga, widoczna z okiennic zamku Burg Rabenstein, oferuje niewielkie przewieszenie, długie ruchy po dobrych chwytach ze strzałami pod łańcuchem. Po prostu trzy kufelki!
Prognozy pogodowe zaczęły się sprawdzać, lecz były one lekko przekolorowane. Wszak na Franken padać może, ale drogi niekoniecznie bywają mokre nawet po obfitym deszczu.
Pomimo napotkanych ekip rodaków i ich zmizerniałych z powodu złej pogody min, my zachowując w pełni pogodę ducha i pewność co do trzymania małych chwytów uderzyliśmy na leżącą nieopodal Primeur de Luxe X-/X, oferującą dość wytrzymałościowy pasażyk z długimi ruchami oraz wiecznie wilgotną dwójeczką w cruxie.
Jednakże wedle przysłowia "Dobry koń to i po błocie pociągnie", postanowienie zrobienia drogi było silniejsze od zdrowego rozsądku.
Na koniec wyjazdu pozostawiłem sobie największy smaczek i ewenement Frankonii, jakim jest droga Down Under IX+? (Kaiserbachtaler Torbogen), biegnąca krawędzią niesamowitego łuku. Po tak pięknej i technicznej drodze już dawno nie miałem okazji się powspinać. Haczenie piętek, przerzucanie nóg w dachu, po prostu przednia zabawa!
Niejako przy okazji udało się zrobić sąsiadującą Romeo must die X-, jak się okazało kolejny pasażyk w dachu z zajefajnymi ruchami, które spowodowały uśmiech o ucha do ucha!
Nadszedł nieubłagany dzień opuszczenia tajemniczych lasów Frankonii. Gdy mknęliśmy autostradą z zawrotną i ekonomiczną prędkością 120 km/h w kierunku Ojczyzny, niedosyt wspinaczkowy mojego towarzysza wziął górę. On przemawiając nieludzkim głosem zażądał ostatniego zgięcia łokcia na "niemieckiej ziemi", czyli na balderkach w Bahratalu. Daliśmy się ponieść emocji i bez najmniejszego zastanowienia przed Dresden zjechaliśmy na Pirne, a dalej na Barhatal, by po raz ostatni zawalczyć na skale tym razem piaskowcowej. W inny sposób, ale wszakże wszelki wspin to przyjemność!
Każdy rejon ma swoje klasyki i Barhatal również posiada balderek, który moim zdaniem zasługuje na pięć gwiazdek. Mowa o Motivation 7c, przepięknej przewieszonej płycie z dalekimi ruchami po dobrych chwytach.
Szybka zabawa na kamykach i pora na prawdziwy powrót, który nieoczekiwanie zamienił się w epopeję z przygodami. Po paru kilometrach "lazurową strzałę" dosłownie ścięło z kół! Okazało się, że strzelił pasek rozrządu, co uniemożliwiło dalszą jazdę.
Błyskawiczny telefon do przyjaciela i za parę godzinek lecimy łamiąc wszelkie zasady, na holu po niemieckiej autostradzie holowani przez auto Vaisona. Jesteśmy oddzieleni tylko żółtą linką holowniczą, której bezpieczny odstęp zapewniał jedynie hamulec ręczny! Przełykamy ślinę kiedy z lewej strony mija nas niemiecki patrol. Chyba w totalnej zlewie nasz proceder był niedostrzegalny. Kto by pomyślał, że najtrudniejszą drogą na wyjeździe będzie druga powrotna:-).
Na koniec podziękowania dla kolegów na których można liczyć o każdej porze dnia i nocy!