|
Minione wakacje były dla mnie swego rodzaju krokiem na przód. Już zimą, w moim dziesiątym sezonie wspinaczkowym, postanowiłem zmienić trochę semantyczno - romantyczne podejście do wspinania na rzecz większej systematyczności.
Pierwszym efektem eksperymentu pod tytułem periodyzacja treningu była droga Guere d'usure 8c, którą przeszedłem w lutym we francuskim Claret, a która była moją pierwszą tak trudną drogą pokonaną podczas zimowego wyjazdu. Później uporałem się jeszcze z dwoma liniami 8c w słoweńskim Ospie [news] i ważną dla mnie drogą: Fred Feuerstein X+ (8b+/c), na której bezskutecznie walczyłem w zeszłym roku przez dwa tygodnie [news].

"Strelovod" 8c w Ospie (fot. Ela Miśkiewicz)
Najważniejsza próba weryfikacji wiosennego treningu, który zrealizowałem z ogromnym wsparciem Roberta Rokowskiego, nadeszła podczas wakacji - czyli niemal czteromiesięcznego objazdu po różnych rejonach Europy. Na samym wstępie, w lipcu, przyjechaliśmy z Elą do austriackiego Adlitzgraben, gdzie zmierzyłem się z linią, która miała stać się dla mnie kolejnym stopniem wtajemniczenia.
W ramach dwutygodniowego rozwspinania przeszedłem kilka dróg 8a oraz bulderowy pasaż Doublevorhead 11- (8c), po czym poczułem się gotowy do realizacji mojego głównego planu - przejścia drogi Erfolg ist trainierbar reclimbed XI (9a).
Pierwszą próbę na tej pięknej linii zaliczyłem już w maju tego roku, poznałem wtedy jej specyfikę, co było pomocne w doborze treningu. Wiedziałem, że mogę odłożyć na bok nielubiane przez mnie obwody i skupić się na tym, co wychodzi mi najlepiej - bulderingu. Pierwsze wakacyjne wstawki na Erfolgu wyglądały marnie, lecz dzięki cierpliwości asekurującej mnie Eli, mogłem po kilku godzinach żmudnych prób wykonać kluczowe sięgnięcie z podchwytu.

"Erfolg ist trainierbar reclimbed" 9a (fot. Ela Miśkiewicz)
Wtedy otworzyła się szansa prowadzenia całości - ponad trzydziestometrowego przewieszenia z wybitnym bulderem po środku. Oczywiście nie byłem pewien, czy stać mnie na tak trudną drogę, ponadto po połączeniu głównych trudności w ciąg nadal spadałem wyżej, a kapryśna pogoda nie ułatwiała mi całego zadania. Stres i frustracja towarzyszyły mi aż do momentu wpięcia liny do łańcucha. Wypracowanie właściwej wytrzymałości siłowej i pełna koncentracja okazały się kluczem do sukcesu na mojej pierwszej "dziewiątce a". Potrzebowałem ponad dwóch tygodni walki by móc cieszyć się z prowadzenia. Wiem, że nigdy w życiu nie byłem tak zbułowany wpinając linę do łańcucha, jak na próbie finałowej, najmniejszy podmuch wiatru mógł mnie wtedy zrzucić... Jest to jak dotąd najtrudniejsza droga w mojej karierze.

Ela na drodze 8+ w sektorze Zapfl (fot. Mateusz Haładaj)
Po realizacji głównego celu z wielką ulgą opuściliśmy Austrię i pojechaliśmy do Francji. Tutaj chciałem szybko przeprogramować swój organizm na wspinanie wytrzymałościowe, co ku memu zaskoczeniu nie przyszło łatwo. W zasadzie jeszcze przez dwa następne tygodnie, w St Leger i hiszpańskiej Bielsie, nie mogłem przestawić się na wspinanie onsajtem.

Jedna z dróg na południowej ścianie w St Leger
(fot. Krzysiek Rychlik)
Od dna odbiłem się dopiero po zaleczeniu kontuzji, której nabawiłem się na jednej z hiszpańskich dróg. Wtedy też, jak to zwykle bywa, nasz czas zaczął się szybko kurczyć. Dwa tygodnie prób na Los Inconformistas 9a zakończyłem bliski sukcesu, jednak w naszym sporcie blisko znaczy zazwyczaj tyle, co nic.
Cztery ostatnie dni września spędziłem w Polsce, myśląc o szybkim powrocie do Rodellar. Zaraz po tym, jak pożegnałem Elę wyjeżdżającą na półroczne stypendium do Włoch, wsiedliśmy z Gregiem do samolotu relacji Wrocław - Girona. W ten sposób szczęśliwie mogłem stanąć pod swoją drogą-porachunkiem, zaledwie tydzień po ostatniej wizycie. Tym razem wymagający, siłowy dach z najtrudniejszą sekwencją na końcu długości poddał się w trzeciej próbie wyjazdu. Nie mogę jednak powiedzieć, że z drogą uporałem się szybko. Dokładnie rok temu pierwszy raz próbowałem Inconformistas po przejściu sąsiedniej drogi 8c+. Wtedy czułem, że sukces jest tylko kwestią czasu. Niestety fala deszczu szybko zweryfikowała moje optymistyczne odczucia. Ilość czasu, jaką musiałem poświęcić na przejście wymagającego dachu pozwala mi ocenić drogę jako limit moich możliwości, jednocześnie zdaję sobie sprawę, że wspinanie w tak stromym terenie nie jest moją najmocniejszą stroną. O ile na Erfolga przyjechałem przygotowany, to w tym wypadku musiałem zafundować sobie trzytygodniowy trening na drodze.

Chwila relaksu - naleśnikożerca w akcji (fot. Mateusz)
Jako, że Grzesiek zaczynał się rozkręcać, postanowiliśmy zostać w Rodeo nieco dłużej i korzystając z warunków wbiłem się w kolejny zeszłoroczny porachunek - wybitną linię odległego sektora Piscineta. Cosi fan tutte 8c+ to niesamowita wspinaczka, jedna z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek przeszedłem, a jednocześnie najbardziej powietrzna. 50 metrowe wydupienie startuje wprost z półki nad wodą, do tego trudny dostęp i przepiękne widoki tworzą tu niepowtarzalny klimat. Po prostu musiałem znów spróbować, mimo że w zasadzie cały czas nie dotykałem dróg wytrzymałościowych. Za ten fakt słono zapłaciłem, bowiem walka, jaką musiałem stoczyć ze samym sobą i z drogą-potworem przerosła moje oczekiwania. Trzykrotny lot spod łańcucha na połogiej płytce, która wydawała mi się niemożliwa do pokonania w ciągu sprawił, że już chciałem odpuścić sobie walkę. Dzięki motywacji Grega w dniu umówionego wyjazdu przyszliśmy rano do Piscinety i tym razem dosłownie cudem utrzymałem wyjeżdżające dwójki na feralnej płytce. Z dzisiejszej perspektywy oceniam Cosi jako najpiękniejszą, po Biographie [news], linię w mojej karierze!
W połowie września pożegnaliśmy Rodeo i ruszyliśmy do rozsławionego Margalef, co okazało się później kolejnym błędem taktycznym. Otoczenie i klimat rejonu spodobał nam się na wstępie, ale płytowe formacje po małych dziurkach stały się trudną do pokonania barierą. Greg co prawda pokonał tu życiowy OS (brawo!), ale mi z kolei dwa tygodnie wspinu w zlepieńcu nie pozwoliły na osiągnięcie zadowalającego poziomu.

Jedna z dróg 7c w sektorze Raco de las Ternebes w Margalef
(fot. Steini Grastveit)

Jedna z najpiękniejszych dróg wyjazdu 7b+ w sektorze Raco de missa,
w Montsant (fot. Steini Grastveit)
Po wyjeździe Grześka do Polski postanowiłem wraz z zaprzyjaźnionym Norwegiem ewakuować się do Terradets. Tutaj poczułem się znowu jak w domu, wszędobylskie kaloryfery i - co najważniejsze - brak dziurek, ukoiły moją psychę. Już pierwszego dnia w sektorze Regina poprowadziłem więcej trudnych dróg niż w dwa tygodnie w Margalef...
Głównym celem naszej działalności był oczywiście piękny Les Bruixes, gdzie wraz ze Steinim wybraliśmy sobie projekty. Najbardziej zaimponowała mi linia forsująca najbardziej stromą część sektora, uważana za wytrzymałościową. Przy pierwszej próbie prowadzenia zorientowałem się jednak, że jest to pasaż wybitnie bulderowy - przynajmniej takim okazał się dla mnie. W drugiej lub trzeciej próbie poleciałem na kluczowym sięgnięciu na końcu drogi i tak już było przez następny tydzień. Narastające zmęczenie i nieustanne myśli o dobrym obiedzie, który czeka na mnie w domu, nie sprzyjały progresowi na drodze. Nie wiem, jakim cudem znowu doświadczyłem syndromu dnia ostatniego i La esencja de la resistencia 8c+ padła jako ostatni łup wakacji i jednocześnie prezent urodzinowy...

Przewis drogi "La esencia de la resistencia" 8c+ (fot. Stein Grastveit)

"La esencia de la resistencia" 8c+ (fot. Steini Grastveit)
O moim sezonie 2009 możecie przeczytać również na blogu oraz w styczniowym numerze Gór. Więcej zdjęć można obejrzeć w galerii na wspinanie.pl.
***
Za wsparcie dziękuję głównie Eli oraz wspierającym mnie rodzicom i przyjaciołom, a zwłaszcza Rokowi. Sprzętowo wspierają mnie niezawodni sponsorzy.

***
|