Z okazji 100-lecia TOPR - Na każde wezwanie Naczelnika
29 października 1909 roku został zatwierdzony przez władze administracyjne, a konkretnie - Galicyjskie Namiestnictwo we Lwowie - statut Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ten dzień, od którego minęło już 100 lat, przyjmuje się za oficjalną datę powstania pierwszej tatrzańskiej organizacji ratowniczej. Faktycznie TOPR działał już latem 1909 roku. Jego powstanie przyśpieszyła tragiczna śmierć w lawinie Mieczysława Karłowicza, który z Mariuszem Zaruskim od 2 lat planował zorganizowanie ratownictwa w Tatrach.
Mariusz Zaruski i pierwsi ratownicy
Z okazji 100-lecia powstania, w koprodukcji TOPR z firmą Artica Jerzy Porębski, powstał film "Na każde wezwanie Naczelnika". Realizacji filmu (reżyserii i montażu) według scenariusza Wojciecha Fuska podjęła się Anna Maria Filipow, która w swoim dorobku ma m.in. pięć filmów z kolekcji "Polskie Himalaje". Zdjęcia filmowe są autorstwa Łukasza Rzepki, Bartka Serafińskiego i Andrzeja Skoczylasa, a oprawę muzyczną stworzył Bartek Gasiul.
Dokument ukazuje historię najbardziej znanej w kraju, wręcz legendarnej formacji ratowniczej. Jest to barwna opowieść o pięknie polskich gór i niebezpieczeństwach, które niosą, o historycznych i współczesnych postaciach ratowników, bliskości śmierci, radości ocalonych, smutku rodzin ofiar. Autorom filmu udało się utrwalić wspomnienia tych, którzy TOPR tworzyli po wojnie, jak i tych, którzy zmienili go w nowoczesną, świetnie wyposażoną organizację ratowniczą.
Ujęcie z filmu "Na każde wezwanie Naczelnika"
Na początku doznałem pewnego zawodu. Można było oczekiwać, że film o ratownictwie w górach zacznie się jakąś spektakularną tragedią, a tu nic takiego. Ponad godzinną, barwną podróż w stuletnią historię TOPR rozpoczynamy wjeżdżając wyciągiem krzesełkowym na Kasprowy Wierch, słuchając opowieści wąsatego ratownika. Hitchcock się w grobie przewraca...
Ale niedługo potem oglądamy dramatycznie piękne obrazy Tatr z lotu ptaka, ćwiczenia na spasztach Mnicha i autentyczną akcję ratowniczą na stokach Kasprowego Wierchu. Film pokazuje fizyczny wysiłek i ryzyko, jakiego podejmują się ratownicy. Celnie oddają to słowa Naczelnika Jana Krzysztofa: "My zazwyczaj wychodzimy w góry wtedy, kiedy wszyscy chcą z nich uciec... działamy na granicy ryzyka i zagrożenia dla zdrowia lub życia".
Efektowne filmowe ujęcia i popisy techniki ratowniczej przeplatane są archiwalnymi zdjęciami z pierwszych lat działalności TOPR i opowieściami doświadczonych ratowników. Przez film przewijają się legendarne postacie z odległej przeszłości - pierwszy naczelnik Mariusz Zaruski, Klimek Bachleda, Józef Oppenheim, Tadeusz Pawłowski czy Zbigniew Korosadowicz, jak też żyjące legendy ratownictwa: Józef Uznański, Michał Gajewski, Michał Jagiełło, Tadeusz Augustyniak, Adam Marasek, Robert Janik i inni.
Józef Uznański i Maciej Gąsienica
Film oddaje hołd tym, którzy odeszli i pokazuje teraźniejszość, tak inną od pierwszych lat TOPR, gdy konopna lina i niesiony na ramionach "bambus", pod którym podwieszano ciało rannego, stanowiły jedyny sprzęt ratowników. Pokazuje rewolucyjne zmiany, gdy do akcji ratowniczych, także ścianowych, zaczęto stosować helikopter i technikę "długiej liny", szczególnie od momentu, gdy na początku lat 90. do użycia wszedł polski "Sokół".
W filmie znajdziemy chwile wzruszeń, ale są też momenty zabawne, niemal komediowe. Józek Uznański opowiada, jak po kilku godzinach akcji ratowniczej w Jaskini Nad Kotlinami Antek Janik miał halucynacje, twierdząc, że widzi jakąś babcię siedzącą w głębi jaskini. Artur Hajzer tuż po odkopaniu spod lawiniska wyciąga z kieszeni aparat fotograficzny i siedząc jeszcze w jamie śnieżnej prosi o pamiątkową fotografię... Uśmiech wzbudzają również sympatyczne przekomarzania Maćka Pawlikowskiego z kierownikiem wyprawy na Dhaulagiri i jego wieloletnim partnerem, Ryśkiem Gajewskim. Przedmiotem dyskusji jest słabość, jako przyczyna niepowodzenia wyprawy. Nie tyle słabość do czegoś, ale słabość w ogóle...
W przypadku tego ostatniego fragmentu filmu, chyba zamierzonym niedopowiedzeniem był wpływ wypadku Piotra Morawskiego na "psyche" uczestników wyprawy... Śmierć naszego czołowego himalaisty tuż przed decydującą fazą jubileuszowej wyprawy TOPR, nie mogła pozostać bez wpływu na końcowy efekt. Zresztą i tam, wśród szczelin i seraków himalajskich, w otoczeniu skrajnie różnym od rodzimych gór, toprowcy musieli dać dowód swojej sprawności ratowniczej.
W filmie opowiadającym o sytuacjach, które naprawdę się zdarzyły, i to stosunkowo niedawno, w którym przewija się wiele znanych mi osób, szukałem potknięć i przeinaczeń. Znalazłem tylko jedno. Gdy Krystyna Sałyga-Dąbkowska ("Kwakwa") wymienia wśród pierwszych "odważnych", pozwalających opuszczać się w ścianę w "szelkach Grammingera", nieżyjącego ojca Maćka Berbeki - Krzysztofa, na ekranie zamiast tego ostatniego widzimy zdjęcie jego młodszego brata - Ryszarda Berbekę.
W sumie otrzymaliśmy film barwny i pouczający, który wart jest znalezienia się w filmotece nie tylko każdego taternika, turysty czy innego miłośnika gór, ale nawet przeciętnego "zjadacza chleba", który z perspektywy fotela przed telewizorem nie musi liczyć na ratunek.
Wszystkie wspomnienia i obrazy ze stuletniej historii TOPR spięte są klamrą przysięgi, jaką składają kandydaci na ratowników:
Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego zastępcy, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie...