Góra dla leszczy. HiMountain Elbrus Winter Expedition
14 lutego br. ruszyła HiMountain Elbrus-Zimowa Wyprawa. W wyprawie udział wzięli: Paweł Szaniec (Świętokrzyski Klub Alpinistyczny), Asia Stasielak (KW Warszawa) i Aleksandra Dzik (KS Kandahar, Navigator Suunto, SKPB Katowice, HiMountain Team). Na szczyt Elbrusa (5642m) Ola i Paweł weszli 24 lutego. Poniżej relacja Oli Dzik.
***
Wejście na tę samą górę latem i zimą - jak ma się jedno do drugiego? Chyba można by to ująć tak: zimą czasem wyjście z namiotu za potrzebą jest większym wyczynem niż latem wejście na szczyt. I tak chyba jest z Elbrusem. Licznie odwiedzany i pogardliwie nazywany "górą dla leszczy", nawet w sezonie letnim potrafi pokazać pazury. Najbardziej jednak o należnym sobie szacunku przypomina zimą.
***
Wyjazd postanowiłyśmy potraktować jako trening przed letnią "Tien-Shan 2009 - Polish Female Expedition", a zarazem jako sprawdzenie, czy będąc kobietami mamy zimą w górach wysokich jakiekolwiek szanse działania. Ostatecznie w Kaukaz wyruszył skład trzyosobowy: Paweł Szaniec, Asia Stasielak z KW Warszawa oraz ja, reprezentując KS Kandahar. Nikt z nas nie znał góry z lata. I dobrze, bo byłoby za łatwo.
O dziwo w Mineralnych Wodach zaskoczyła nas... wiosna. Podobnie wiosenny krajobraz roztaczał się wokół nas podczas całej podróży busikiem z szalonym panem kierowcą do Azau u stóp Elbrusa. Ceny noclegów są tu dostosowane do zamożnej moskiewskiej klienteli, przyjeżdżającej na narty. Rozbiliśmy więc namiot niedaleko dolnej stacji kolejki. Była niedziela wieczór.
Jednak już w poniedziałek obudziliśmy się podduszeni. Na 2200 m n.p.m - co jest? Okazało się, że w nocy w Kaukaz wróciła zima. Byliśmy zasypani po dach. Słońce zaświeciło w środę.
Panorama w kierunku Uszby (fot. P. Szaniec)
Pojawił się dylemat, czy w imię czystości stylu iść nartostradami wzdłuż kolejki, czy może chcąc zmieścić się w oknie pogodowym skorzystać z niej, rozwiązał się sam. Dolna kolejka nie działała. Kolejny odcinek działał, jednak pogardziliśmy luksusem. Moskiewscy narciarze, dla których byliśmy atrakcją turystyczną, nie mogli zrozumieć, dlaczego idziemy pieszo niosąc po 30 kg. Tego dnia dotarliśmy w okolicę stacji Mir (3500m n.p.m.) i tam spaliśmy w namiocie. Znów zimno, szron w namiocie, mokre śpiwory - czyli po hotelowych luksusach wszystko wraca do normy.
Kolejny dzień to podejście do położonego na 4100m n.p.m. obok ruin Prijuta 11 schronu Walerego. Jak się później okazało, ta drewniana chatka, w której temperatura w dzień wahała się między -6 a -20 stopni, miała stać się naszym domem na kolejne sześć dni. W schronie spędziliśmy piątek, z krótką przerwą na aklimatyzacyjny spacer pod Skały Pastuchowa.
Wyjście na atak szczytowy zaplanowaliśmy na najbliższą noc. Po długich debatach i konsultacjach z przebywającymi w chatce Rosjanami oraz wymianie smsów z Polską, zrezygnowaliśmy z pomysłu rozbijania się przy Pastuchowie. Z prognoz wynikało, że trzydniowe okno pogodowe miało się skończyć właśnie teraz, kiedy tak bardzo go potrzebowaliśmy. Tak więc atak należało przeprowadzić stąd. Uda się albo nie. Wiedzieliśmy, że szans na biwak po drodze w tych warunkach nie ma. Przeciętny czas zdobywania szczytu zimą to 14 godzin.
Sobota, 21 luty
Sobota, godz. 1:00. Brutalny dźwięk budzika. Temperatura jak na zimę i wysokość 4100 całkiem znośna, wiatr też. Tylko widoczność kiepska, no i ciągły opad. A jednak wyruszamy. Przy Skałach Pastuchowa, w ostatnim miejscu, z którego można było w pojedynkę bezpiecznie sie wycofać, Asia postanowiła zawrócić. Paweł i ja poszliśmy dalej. Widoczności nie było żadnej, śnieg zaklejał oczy, ale pozostawał jeszcze GPS. Niestety rzetelnych map GPS Kaukazu nie ma. Ślad, wzdłuż którego szliśmy, biegł jakoś dziwnie. Na zmianę: czarny lód, połogi wprawdzie, ale tak twardy, że nie wchodziły w niego raki, nie mówiąc o jakiejkolwiek możliwości hamowania w razie lotu, lub ukryte pod śniegiem szczeliny.
Do dziś nie wiemy, gdzie dokładnie doszliśmy. Wycofaliśmy się z ok. 5100 m n.p.m., gdzieś spod przełęczy między zachodnim i wschodnim wierzchołkiem Elbrusa. I znów szczeliny, lód, szczeliny, lód. I strach, żeby nie zostać tu, na tej "górze dla leszczy". W końcu nad Skałami Pastuchowa trasery. A więc jednak są! Trzeba zapamiętać ich przebieg przed kolejnym atakiem.
Trąba powietrzna nad zboczami Elbrusa (fot. O. Dzik)
Wtorek, 24 luty
Standardowo pobudka o pierwszej. O 2:30 wyruszyliśmy ze schronu. Podobnie jak ostatnim razem Asia wycofała się przy Pastuchowie. Paweł i ja napieraliśmy dalej. Znaleźliśmy pierwsze trasery. Niestety śnieg sypał coraz mocniej. Ciemność, zamarzające na rzęsach wielkie kawałki lodu - przez to wszystko niewiele widzieliśmy i najtrudniejszy odcinek, gdzie niektórzy zimą wkręcają śruby, przeszliśmy z... kijkami. Ostrożnie, wyrąbując rakami każdy krok, przeszliśmy czarny lód, aż wreszcie podłoże stało się lepsze, a trasa zaczęła skręcać. Świt zastał nas na trawersie tuż przed przełęczą między dwoma wierzchołkami. Najzimniejszy czas przed wschodem słońca był dla mnie jednym wielkim kryzysem. Każda operacja - ubieranie puchówki, zgaszenie czołówki, zdjęcie czy założenie plecaka, wymagała zdjęcia wierzchnich łapawic i powodowało utratę czucia w palcach.
Widok na Elbrus ze schronu Walerego(fot. O. Dzik)
Na przełęcz doszliśmy powoli. Byliśmy tak zmęczeni i wychłodzeni, że postanowiliśmy odpocząć w naturalnej jamie, o której mówili Rosjanie. Wydobywa się z niej gaz wulkaniczny, a wewnątrz panuje podobno upał +8 stopni! Niestety jama była zasypana. Na przełęczy znaleźliśmy za to szczątki namiotów. Nie było mowy o ich odkopaniu, były "zabetonowane" śniegiem. Batony konsystencją przypominały cegłówki, a termosy zamarzły. Ale warto było się pomęczyć. Trochę ożyliśmy. Zrobiło się też nieznacznie cieplej. Ruszyliśmy do góry.
I tutaj pojawił się kolejny problem. Wydychane powietrze z masek windstopperowych leciało w górę wprost na szkła okularów, gdzie w momencie zamarzało. Na szczyt poszliśmy więc, o zgrozo, bez okularów. Szliśmy powoli. W końcu aklimatyzację mieliśmy do 4100m, a Elbrus ma 5642. Przewyższenie jak na całkiem porządnych zawodach skialpinistycznych, tyle że trochę wyżej.
Wreszcie na szczycie. Szybki rzut oka na piękno gór dookoła, krótka sesja zdjęciowa i jak najszybciej w dół. W chatce Walerego byliśmy ok. 13:00 - 10,5 godziny to czas jak latem. Ale wolniej się nie dało, zamarzlibyśmy. Wchodząc do schronu zobaczyliśmy, jak nad wierzchołkiem kotłują się ciemne chmury. Dostaliśmy swój czas i wykorzystaliśmy go.
Paweł na szczycie (fot. O. Dzik)
Ola na szczycie (fot. P. Szaniec)
***
Nie da się zaprzeczyć, iż nie byliśmy wielką, przełomową, poważną wyprawą. To była raczej namiastka tego, czym jest zima w górach wysokich. Namiastka, która wystarczyła, abyśmy do Polski wracali z poczuciem wykonania dobrej roboty. I z jeszcze większym niż dotąd szacunkiem dla wszystkich tych, którzy zimą atakują szczyty najwyższe. Bo zimy z latem nie da się porównać.
Aleksandra Dzik (KS Kandahar)
Wyjazd stał się częścią szerszego projektu ekspedycyjnego Kandaharu, objętego patronatem honorowym PZA oraz Krakowskiej AWF. Jego głównym wydarzeniem będzie letnia wyprawa na Chan Tengri i Pik Pobiedy.
Zimowa wyprawa na Elbrus mogła dojść do skutku przede wszystkim dzięki firmie HiMountain, która wyposażyła nas w odzież, śpiwory i namiot, jak również dzięki pozostałym sponsorom całego projektu: Centrum Wspinaczkowemu Reni Sport, które umożliwiło nam uczęszczanie na sekcję wspinaczkową, firmie Xann Design, która wsparła nas finansowo, Inhead - twórcy naszej strony internetowej, Olympus Polska, który wyposażył nas w aparaty fotograficzne, Rakiety.pl - firmie, która wypożyczyła nam rakiety śnieżne oraz Lufthansa City Center, które wsparło nas przy zakupie biletów lotniczych.
O rozgłos projektu dbają patroni medialni: Radio Kraków, TVP Kraków, magazyn National Geographic Traveler, magazyn Góry oraz portale: Onet.pl Podróże, Wspinanie.pl, Turnia.pl, Ceneria.pl, E-gory.pl, Trekandmore.pl, NEWW Polska oraz krakowski Klub Podróżników i magazyn Obywatel.
Gratuluje[5]
Dobrze sie czyta. Fajna
relacja i na pewno super
wyjazd.
Takie pytanko czy Paweł
Szaniec jest (albo
przynajmniej czuje się)
kobietą
Ekspedycja miała w nazwie
"female" - dlatego sie pytam
:)
11-03-2009 mihu
Góra dla leszczy.[13]
Z tekstu wynika, że Panie
ostro trenują przed letnim
wyjazdem w Tien-Shan. Asia nie
daje sobie rady z Elbrusem tak
jak będzie zdobywać góry
trochę wyższe. Pozostają
jeszcze dwie Aleksandra i
Pawełka.
Ambitne sportowo zespoły
wspinaczkowe powinny ...
12-03-2009 Rezerwowy
Pytanie do Oli[10]
Co wy mieliście w tych
plecakach, że ważyły aż po 30
kilogramów?