W wyniku pewnych zawirowań w życiu osobistym długo planowany miesięczny trip na west nie doszedł do skutku z braku partnera/partnerki do wspinu. Bezpłatny urlop na 4 tygodnie był już załatwiony i szkoda było go marnować na sączenie wina i dołowanie się w pustych czterech ścianach. Na polską Jurę zawsze jest blisko i zawsze spotka się kogoś znajomego, a i wspinać się jest po czym.
Tu mała dygresja. Na Jurze jest cała kupa fajnego wspinania i wciąż olbrzymie możliwości tworzenia nowych, łatwych i trudnych dróg. A już linii pokroju frankońskiego Downset czy Three Suns And One Star możemy mieć na pęczki. Potrzebna jest tylko wizja i trochę chęci.
Po poprowadzeniu kilku starych, otwartych projektów, przyszedł czas na coś swojego. Płyta, rozpoznana przy okazji prowadzenia Fatamorgany na Jastrzębniku, dawała jako takie szanse przejścia. Przy sprzętowej i technicznej pomocy Banana, Grześka i Lessera linia została ubezpieczona ślicznymi, błyszczącymi ringami firmy "Kotwa".
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Teraz już tylko pozostało napiąć mięśnie i powlec drogę do końca. Na dobry początek trudny startowy boulder. Kilka ruchów po małych chwytach na wyjściu z przewieszenia doprowadza do klamek z Fatamorgany, tu jest mały rest i wchodzi się w kluczową sekwencję po syfkach. Kilka sprężnych ruchów i przestrzałów (wysokim może być trochę łatwiej), a na koniec bańka z podchwytu i już jesteśmy w "łatwościach". Streamline można śmiało wycenić na VI.6+.
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Przy okazji, trochę z nudów, powstała jeszcze kombinacja o wymownej nazwie Droga do nikąd, czyli start Streamline i dalej Fatamorganą.
"Droga do nikąd" VI.5+/6
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Podczas szybkiej wizyty w Podzamczu pada Dezintegracja formy VI.6+. Droga sprowadzająca się do wykonania małej "sztuczki" w kluczowym miejscu. Z Podzamcza obieram kierunek na Kraków i gościnne progi redakcji Magazynu Górskiego.
Mimo niesprzyjającej aury wraz z Jackiem pielgrzymujemy do Dol. Brzoskwinki, gdzie dzięki patentom kustosza rejonu szybko padają Chiński porcelanowy czajniczek VI.6 - z tych łatwych, Sny na baterie VI.6/6+, Liposukces VI.6/6+.
Żeby trochę wygrzać kości po "mrocznej" stronie Dol. Brzoskwinki, jedziemy na Dupę Słonia. Tu w jeden dzień, w szóstej próbie rozprawiam się z Ogrodem rozkoszy ziemskich VI.6/6+. Jednak da się poprowadzić coś takiego w jeden dzień -;)
W również słonecznych, czasem nawet aż za bardzo, Kobylanach pada najpierw Turek w łazience VI.6, ale z tych łatwiejszych. Nieco później Pasja życia VI.5+/6, z tych trudniejszych. Wymowna nazwa, mimo kłopotów życie toczy się dalej, a wspinanie jest lekiem na wszystko. Pasję zaraz po mnie prowadzi Bogdan Rokosz, który pomimo długiego pobytu w Hiszpanii zachował szpona i nie przestraszył się jednopalcowych dziurek.
"Turek w łazience" VI.6
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Bogdan Rokosz na "Pasji życia" (fot. Maciek "Lesser" Gajewski)
Na koniec jeszcze powrót do Brzoskwinki. Zmotywowany przez Jacka prowadzę jego projekt Stopnie kolei żelaznej. Start po mikrochwytach, bańka do dobrej krawądki, kilka sprężających ruchów i wytrzymać ciąg do końca. Piękna linia, spokojnie zasługuje na wycenę VI.6/6+. Plan został zrealizowany. Dziesięć razy sześć.