26 października 2008

 

Australia - cz.2

Ufff, co nas podkusiło? Dobrze, że mamy to już za sobą: 10 dni w "siodle" od świtu do zmierzchu, średnio 500 km dziennie kluczenia między nadmorskimi klifami (z nienadających się do wspinu kruchych piasków), a kompletną pustynią. Przemierzamy w sumie ponad 5.000 km. W oceanie totalnego bezruchu notujemy jeden epizod wspinaczkowy i kilka podciągnięć na znakach drogowych.

Park Narodowy Grampians. Dawniej świętą ziemię Aborygenów, a dziś kultową miejscówkę wspinaczkową, witamy na kolanach usiłując rozprostować się z pozycji precel. Ale zacznijmy może od początku.

Z Perth ruszyliśmy na południe do Margaret River, świadomie nadkładając nieco drogi, aby zaliczyć choćby jeden dzień wspinu więcej przed drogą, której z perspektywy dnia dzisiejszego nie chciałbym więcej powtarzać. Wapienne formacje położone bezpośrednio przy oceanie (jedyna tego typu skała w całej Australii) kusiły nas bardzo i jako miłośnicy takiego wspinu bardzo chcieliśmy wyszukać tam ściany na nowe linie. Niestety bez efektu, tracąc za to kilka cennych dni.


Zabawy z oceanem (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

W strugach deszczu dobiliśmy do Esperanzy. Nie wiem, czy to ta sama Esperanza, którą znamy z płyty Mano Chao, ale zakładamy, że tak skoro leci w naszej bryce non stop, ustępując jedynie chwilami miejsca dla Czesia Niemena. Hitem tutejszej Esperanzy jest Przylądek Le Grande, gdzie kangury lubią wylegiwać się na plażach o niewyobrażalnym kolorze piasku. Takiej sceny nie udało nam się zaobserwować, za to widzieliśmy coś zupełnie niebywałego.

Pogoda spłatała nam miłego figla i tuż przed zmierzchem niebo odsłoniło się z ciężkich burzowych chmur, udostępniając nam niezwykły zachód słońca. Razem z parą hipisów zapoznaną przed chwilą (od roku w trasie 30-letnim VW terrorystą przemierzyli ponad 20.000 km bezdrożami wokół Australii - szacuneczek!) żwirową Gravel Road ruszyliśmy wprost w stronę zachodzącego słońca, nie mogąc uwierzyć w to, co widzimy.


Niebo się odsłania, początek nierealnego spektaklu (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Kangurze pary i całe rodziny wyszły na krawędź buszu i siedziały nieruchomo wzdłuż naszej drogi, wpatrując się w blask zachodzącej kuli (kto widział kangura ten wie, że nie jest to dla niego typowa pozycja). Torbacze były tak zafascynowane spektaklem (czy jak kto woli ogłupione mocnym światłem), że w ogóle nie zauważyły naszej mało dyskretnej obecności (2 busy i 6 osób). Nie opuszczając aut, w kompletnym bezruchu doczekaliśmy wspólnie zupełnej ciemności.

Ranek to kolejna niespodzianka przygotowana przez naturę - super lampa tak bardzo pożądana w tej fantastycznej scenerii. Jest hyper wcześnie, bo wypada zdążyć przed rangersem udając piknik, a nie nocleg -:)


Cap Le Grand, tłumu nie widać (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)


Pora na boulderki, bo już słonko świeci (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Rzucamy się na obłe granitowe głazy o nieprzyjaznej wspinaczkowo fakturze, póki światło i rześkość poranka dopisują. Po dwugodzinnej sesji Mateo wytycza nowego, mocno siłowego i psychicznego balda za 7b+. Krew broczy z paluchów, ale ponoć było warto:-)


Mateo na swoim psychicznym problemie "Esperanza" 7b+ (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Wypatrujemy skrótu, na mapie co prawda widnieje jak byk: 4x4 ONLY!, ale na zapinanej na kłódkę stacji benzynowej w buszu mówią, że powinniśmy przejechać. Tak też robimy, ale wertepy takie, że 200 km do Balladonii zajmuje nam cały dzień, a noże i widelce przebijają się z szafek na zewnątrz. Średnia nam mocno spada, mamy tylko nadzieję, że wypożyczalnia nam nie zamontowała jakiegoś GPS-a, bo teoretycznie nie możemy zjechać z asfaltu.


Początek drogi do Balladonii (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Jeszcze pełni optymizmu fotografujemy się przy znaku: " 146 km zupełnie prostego asfaltu -najdłuższa taka linia w całej Australii". To, co nastąpiło potem, to najnudniejsza i zarazem najsmutniejsza podróż, jaką  kiedykolwiek odbyliśmy. Cmentarzysko kangurzych ciał rozdziobywanych na miejscu przez tutejsze kruki nie nastraja dobrze. To blisko 40-metrowe ciężarówki, zwane drogowymi pociągami, i ich kierowcy - niewyobrażalnie opasłe karykatury ludzkie (przy których nasi tirowcy to anorektyczni królowie wdzięku i elegancji), walą nocą na oślep po swoje 18 dolców za godzinę.  

Pomyśleć, że my za jedyne 150 dolców mogliśmy oszczędzić sobie tej makabry i po 2 godzinach wysiąść z samolotu w Melbourne. Tymczasem mija kolejny dzień za kółkiem, w dodatku nasza nienasycona bryka wciąga dwudziesty bak paliwa, średnio obliczamy jej spalanie na 20l/100km. Cena benzyny na tym pustkowiu skacze z 1,5 dolara na 2, ale to nic w porównaniu z wodą, której butelka kosztuje tu 5 zamiast 1,5 dolca!

Bezkresna monotonia krajobrazu nie ma sobie równej. Co kilkadziesiąt kilometrów mijamy tabliczki, które ostrzegają: "zmęczony kierowca umiera", jak dla mnie lepiej by tu siadło słowo "znudzony". Jeszcze 40 lat temu za taki "wyczyn" trafilibyśmy na okładki lokalnych gazet, dziś plasujemy się w jednym szeregu, gdzieś między killerami z Road Train-ów, a dziadkami w campo-wozach rozpamiętującymi pionierskie czasy. Ufff, co nas podkusiło?


Last shop for 1000 km (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Zobacz: Pierwsze tygodnie w Australii - cz.1

***

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Brak komentarzy

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.