15 października 2008

 

Pierwsze tygodnie w Australii - cz.1

Po dwóch tygodniach od wylądowania na największej wyspie świata lub też jego najmniejszym kontynencie czujemy się świetnie, niczym jego rdzenni mieszkańcy, Aborygeni:-) - patrz Jacek Kudłaty w Australii.


Uczucie to nie towarzyszyło nam bynajmniej od początku, bowiem skołowani różnicą czasu (zachodnie wybrzeże to +6 godzin w stosunku do Polski) i klimatu (mamy właśnie wiosnę) kręciliśmy się po Perth, niczym po przepastnym wnętrzu czarnej dziury. A to urodziny królowej, a to początek tutejszych ferii, a to inne przedziwne zbiegi okoliczności, które nie pozwalały nam dopiąć najważniejszej na tym etapie sprawy, jaką niewątpliwie było wypożyczenie pięcioosobowego campervana (czyt. chaty na kółkach). Samochód mieliśmy zresztą zamiar oddać za dwa miesiące już po drugiej stronie kontynentu - w Sydney. Wreszcie padł konkretny termin: 6 października będzie na nas czekać wymarzona bryka. Do tej pory jesteśmy jednak bezradni.

Przygarnia nas pod swoje skrzydła nasz rodak niejaki Waldi Oblak, emigrant stanu wojennego i uczestnik wyprawy Śladami Strzeleckiego po australijskim outbacku autami 4x4, po prostu super ziomek, z którym mimo różnicy wieku łapiemy świetny kontakt. Na dodatek pochodzi z Wrocka.

Waldi zakochany po uszy w australijskim buszu od 25 lat testuje tutejsze warunki do życia, nie mogąc się pogodzić ze zmianami, które w ostatnich latach miłującym wolność Australijczykom serwuje ich rząd. Sam, będąc emerytowanym już wynalazcą oraz poszukiwaczem przygód i złota, zaczyna czuć nasz głód wspinu. Proponuje nam pokład swojego hand made pojazdu (najbliżej mu do amfibi) tzw. Arki Waldiego. Ruszamy z max. prędkością 80km/h na południe w kierunku Margaret River, gdzie znajdują się ponoć pierwsze rejony wspinaczkowe.


Ekipa na Arce Waldiego (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Podróż trwała cały dzień. 300 km to na warunki australijskie wielkie nic. Jednak siedząc na przykrytej kocykiem skrzynce od piwa udającej siedzenie (miała nawet swoje pasy) przyznam, że odczuliśmy nieco trudy podróży. Wolna niczym żółw na asfalcie, już w terenie 4x4 (czyt. buszu) Arka zamieniała się w demona prędkości, a strusie i kangury ledwo nadążały z ucieczką:-)


Kasia i polowanie na kangury (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Bobs Hollow to wapienna jaskinia otwarta na ocean. Miejsce klimatem i formacjami skalnymi przypomina azjatycką mekkę wspinaczy, plażę TonSai. Jednak w przeciwieństwie do niej nie ma tu żywego ducha. Jest za to akcent typowo australijski - wszędobylskie tabliczki ostrzegające niemal przed wszystkim, generalnie High Risk wszędzie.. Drogi startują z piaseczku, a z bujnej zieleni wychylają się białe kielichy potężnych kalii, które jak się okazuje są tu chwastem. Jest bajecznie, a pierwsze od tygodni wspinanie (przygotowania do wyprawy to na pewno nie trening) smakuje pysznie.

Przez kilka dni oprócz wielorybów i kangurów nie spotykamy nikogo, a nadciągający z pobliskiej Antarktydy zimny front, który ostatecznie przegania nas z tych idyllicznych miejscówek, przypomina nam o tym, że Australia to nie tylko tropiki.

Koniec niezwykłej podróży w Perth jest jednocześnie początkiem kolejnej. Przesiadamy się w przestrzeni i w czasie, a nasza przerobiona na campera Toyota Hiace wygląda przy Arce niczym prom kosmiczny. Z lekką nieśmiałością zasiadam za umieszczonymi po jej prawej stronie sterami. Obieramy kierunek do ciepłych skał, czyli na północ - w stronę równika. W Australii wszystko jest dokładnie na odwrót. Do tego mamy nadzieję uda nam się przywyknąć. Póki co bywa zabawnie, bo zacienione ściany to te południowe, a drogie wina mają zakrętki zamiast korków.

Następny dzień za kółkiem (niestety tutaj będzie to norma) i przybijamy do Parku Narodowego Kalbarri - kolejnej sekretnej miejscówki na naszej liście. Położony 600 km na północ od Perth piaskowcowy kanion wżyna się w bezkresną pustynię i powoduje suchość w ustach na sam widok. Ale to nie wszystko. Po wyjściu z auta dopada nas stado much, którego w żaden sposób nie da się opanować i przegonić. Czujemy się gównianie. Wspominamy słowa Waldiego, który jako znawca australijskiego interioru przestrzegał nas przed tą plagą, której jednak do tej pory nie traktowaliśmy poważnie. Natychmiast wyjmujemy siatki na głowę (Waldi na siłę nas w nie wyposażył) i smętnym krokiem ruszamy na wspin. 


Podejście pod sektor krawędzi kanionu (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Schodzimy skalnymi żlebami na dno kanionu. Kolory kosmiczne. Czerwień piaskowca aż razi w oczy. Szukamy Promenady - najbardziej znamienitego sektora wspinaczkowego, słynącego z trudnych dróg wiodących w sporym przewieszeniu. Muchy nie odpuszczają - czy tak już będzie w całej Australii? Czy będziemy w stanie zdziałać coś w ścianie w tych pieprzonych siatkach, przez które nie tylko źle widać, ale i ledwo co się oddycha? Mimo księżycowego krajobrazu dalecy jesteśmy od euforii. 


Rozgrzewka w towarzystwie wszędobylskich much (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Promenada to wspinaczkowy raj, fantastycznej jakości lity piaskowiec. Nawet najmniejsze krawądki to pewne chwyty. Jednak wspin tutaj to głównie obłe półki kojąco działające na nasze niewytrenowane ostatnio palce. Za to wszystkie drogi przewieszone i w miarę trudne - od australijskiego 25 (7b) wzwyż.


Sławek na rozgrzewkowym "Fuck the Law" 25 (7b)
(fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Przez kilka najbliższych dni naszym domem będzie to niegościnne dla człowieka dno kanionu, gdzie temperatura 50 st. C latem to standard. Na szczęście dopiero mamy wiosnę, więc  jakieś 30 st. C. Ale co z tymi muchami?  A może rozbijemy nasze namioty bez tropików? To genialny i banalny zarazem pomysł, aby ukryć się przed szarańczą! W pośpiechu zakładamy obóz pod samymi ścianami, gdzie płaska skalna półka, aż prosi się o zamieszkanie. To niewiarygodne, ale muchy odpuściły - nie zgadniecie z jakiej przyczyny, ale to znowu banalne: w naszym kanionie zaczęło wiać. Dopiero teraz jesteśmy w raju. Szkoda, że na koniec, ale to zawsze coś.


Sławek nie może uwierzyć, że to koniec much (fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Niestety przemierzając kanion wzdłuż i wszerz nie znajdujemy potencjalnych super ścian na nowe drogi, które są celem naszego tripa. Powtarzamy więc od strzału mega klasyki z Root Canal 26 (7b+) i She Magic 26 (7b+), a po kilku dniach pracy Mateo sieka tą pierwszą w swoim stylu, czyli bez użycia nóg. Tym razem ma powód - to przecież na potrzeby filmu:-)


Mateo w swoim stylu pokonuje "Root Canal" 26 (7b+)
(fot. Jacek Kudłaty/SIGMA/Pro)

Wracamy kompletnie zakwaszeni po atletycznym wspinaniu w Kalbarri i już za nim tęsknimy. Im bliżej jesteśmy Perth, tym muchy wydają się mniej zjadliwe, a wspomnienie rozgwieżdżonego australijskiego nieba widzianego z naszej skalnej półki przez kontury ścian jest bardziej magiczne. Chociaż sam już nie wiem, bo wieczorne ognisko z drzewa eukaliptusa kręciło lepiej od wina.

Ruszamy z Perth, czeka nas dłuższa przerwa we wspinie wymuszona kilkoma tysiącami kilometrów do przebycia w kierunku kolejnych rejonów w drodze do Melbourne. Trzymajcie kciuki, bo postanowiliśmy na tym wyjeździe nie przejechać żadnego kangura, co przy tutejszych statystykach i tym, co widać na poboczach, na pewno nie będzie łatwe.

Komplet zdjęć z pierwszej części pobytu ekipy w Australii wkrótce w galerii.

***

Sponsor główny:

Sponsorzy sprzętowi:

Patronat:

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Pierwsze tygodnie w Australii - cz.1 [3]
Dobre foty.
  16-10-2008
Albeert

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.