Książka najwybitniejszego polskiego taternika lat 50. i 60., przez blisko pół wieku uchodząca za kultową. Jan Długosz, ginąc w 33. roku życia na grani Zadniego Kościelca, pozostawił po sobie legendę oraz trzynaście opowiadań, których akcja rozrzucona jest pomiędzy Tatrami, Alpami i Kaukazem. Wydane po raz pierwszy przez Iskry w 1964 roku w zbiorze Komin Pokutników do dziś wygrywają czytelnicze plebiscyty na bestseller górski wszech czasów.
Komin Pokutników to książka szczególna; to dobra górska literatura, ale też niemal reporterski zapis wspinaczek o znaczeniu przełomowym dla historii taternictwa. Można ją czytać jako literacką opowieść o przygodzie, z wartką akcją i ujmującym dowcipem, bądź jako źródło faktograficzne - w tym pomaga komentarz historyczny dodany do obecnego wydania, stanowiący klucz do rozszyfrowania bohaterów oraz dokonanych przez nich przejść.
Tekstowi towarzyszy blisko setka unikalnych zdjęć, przeważnie dotąd niepublikowanych.
Dochodzi południe, z kominów nade mną sypią się mniejsze lub większe odłamki lodu i śnieżne bryłki. Wreszcie hak - francuska "łyżeczka" - wbity na centymetr jako chwyt. Podnoszę nogę, ale spiesznie stawiam ją z powrotem. Boję się: tak trudno o decyzję...
I wtedy, hen z dołu, dolatuje dalekie wołanie Zdziska, który już ponad dwie godziny stoi sobie spokojnie na dawnej platformie biwakowej:
- Heej, ojcowie! Jak leci?
- Doobrze! Janek kończy przewieszkę!
Ta podsłuchana rozmowa dodaje mi otuchy. Do diabła, ostatecznie to tylko dwa metry! Nie takie rzeczy się robiło...
W kilka sekund później raki zagłębiają się w twardy śnieg.
Kociołek ucieka stromo do zbiegu dwóch skośnych kominów. Jego lewa ścianka jest prosta, prawa lekko wgłębiona. "Tam założę stanowisko - myślę - w razie lawiny śnieg przyciśnie mnie do ściany". Niestety, znów nie ma szczelin na haki. "Trzeba wykopać jamę" - postanawiam.
- Ściągajcie Zdziska! - wołam.
Wkopuję się powoli; im głębiej, tym śnieg staje się coraz miększy. Wryłem się po pas, a potem prawie po barki. "No, będzie chyba dość" - myślę.
- Gotowe! Maciek może iś...
W ułamku sekundy następuje coś strasznego: rozpędzona, zbliżająca się lokomotywa, eksplozje bomb, jękliwy łomot walonego wichurą drzewa, warkot odrzutowca - wszystko prędzej niż myśl. Odruchowo kulę się w jamie i uderza mnie fala śniegu. Jestem już w samym sercu huku, rozpłaszczony, przybity do ściany; tony białego ciężaru zrywają mi czapkę z głowy, prą niepowstrzymanie w dół, mokry śnieg zasypuje mnie coraz wyżej, cementuje na stanowisku. "To dobrze - przemyka mi przez myśl - może mnie nie wyrwie". Huk trwa, pociągi śniegu przelatują dalej nad głową. Jest ciemno, nie wiem, co z pozostałymi, i ciągle czekam na straszną, wyszarpującą mnie siłę. Ale jeszcze stoję, czekan ani drgnie. Czuję się jak we wnętrzu apokaliptycznego potwora: to nie martwy śnieg, to ogromna, wściekła bestia!
Rzeka śniegu zaczyna topnieć. Hurkot milknie, nacisk maleje. Schodzą resztki lżejszego pyłu. Ze śniegu wystaje mi tylko głowa i lewa ręka, reszta zabetonowana tak, że trudno drgnąć. Szarpię się trochę i uwalniam drugą rękę. Przy ścianie wystaje rąbek zagrzebanej czapki. Wyjmuję ją, otrzepuję starannie i naciągam głęboko na uszy. Dopiero teraz jestem zdolny do normalnego myślenia. Dlaczego oni milczą?
- Heej! - wołam; mój głos dźwięczy dziwnie.
- Janek! Żyjesz? - dolatuje z dołu wątły chórek o nieco żałosnym brzmieniu.
- Jak tam? - pytam.
- Poszło górą. Co robimy?
- Nie wiem... Muszę się odkopać.
Trwa to długo. W końcu jama wraca do pierwotnych wymiarów. Mamy szczęście, to fakt. Lawina dwadzieścia minut wcześniej lub stanowisko w jakimkolwiek innym miejscu, a zginęlibyśmy bez ratunku. To był mokry, ciężki śnieg, o kolosalnej sile uderzenia. Z pól podszczytowych? Jestem prawie pewien, że nie. A więc grozi nam tylko prawy, umieszczony wprost nad głową komin. Uderzenie będzie jeszcze silniejsze. Jest źle, zjazdy w obliczu tej groźby to szaleństwo. Najlepiej byłoby przeczekać do wieczora i dopiero wcześnie rano iść dalej. Ale biwak tu, w zasypywanym lawinami żlebie, bez sprzętu i każdy osobno...