3 lipca 2008

 

Moja przygoda z Alpamayo

Alpamayo (5947 m) zostało nazwane "najpiękniejszą górą świata" na konkursie fotograficznym w Monachium. Od czasu, kiedy zobaczyłem zdjęcia w 2004 roku, myślałem o jej zdobyciu. Wreszcie nadszedł czas realizacji mojego marzenia. Niestety nie mogłem znaleźć partnera do wspinaczki i musiałem zasponsorować 3 Peruwiańczyków. Byli chętni do wyprawy, ale nie mieli funduszy. Kupiłem więc jedzenie, wypożyczyłem sprzęt i następnego dnia czekałem od 6 rano, tak jak się umówiliśmy. Dopiero o 6.40 pojawił się Ike i razem czekaliśmy na pozostałych dwóch. Nie czekałbym nawet minuty, ale to oni mieli cały prowiant.


Alpamayo o zachodzie słońca (fot. Mariusz Lewicki)

O 8.00 przyszedł Carlos i okazało się, że ten trzeci zrezygnował. Pojechaliśmy więc sami do wioski Cashapampa, gdzie wynająłem 2 osły oraz arriero. Po zapakowaniu tobołów na grzbiety stojących ze stoickim spokojem osłów, ruszyliśmy w górę doliny Santa Cruz. Nalegałem, żeby iść aż do zmroku, zły na spóźnienie i obecność Carlosa, który w ogóle nie był mi potrzebny. To z Ike miałem się wspinać. Rozbiliśmy namioty pod ogromnym głazem i zabrałem się do gotowania. Szukam zapałek - nie ma. Kupiłem 3 paczki razem z prowiantem, ale zniknęły. Co za porażka!

Już w zupełnej ciemności dotarła do obozu para z Limy, której udało się jakimś cudem zgubić. Cudem, bo przecież ścieżka wydeptana przez osły wygląda jak autostrada.  Pożyczyli nam ognia, dzięki czemu mieliśmy ciepłą kolację. Następnego dnia znalazły się zapałki, ktoś wrzucił je do owoców. Turysta z Limy zaczął wypytywać gdzie idziemy, oglądał sprzęt, pytał o nazwy i ceny, po czym wszystko notował. Na koniec stwierdził, że za 3 lata też zdobędzie Alpamayo! Policzył, że tyle czasu zajmie skompletowanie sprzętu, ale zapomniał, że jeszcze trzeba wiedzieć, co z tym wszystkim zrobić!

Spakowaliśmy plecaki, arriero przywiązał je do grzbietów swoich osłów i ruszyliśmy w górę doliny w stronę Alpamayo. Muszę przyznać, ze od strony południowej niczym się nie wyróżnia.  Po 1,5 godziny dotarliśmy do obozu Base Camp, gdzie nadszedł czas zapłaty za serwisy arriero i przejęcia naszych ciężarów. Ike, choć o wiele niższy i szczuplejszy ode mnie, zarzucił ponad 30-kilogramowy plecak na plecy i zaczął piąć się stromą ścieżką w górę. Ja podążałem za nim, Carlos został gdzieś w tyle.  Dojście do obozu na morenie pod lodowcem zajęło Ike 2, a mi 3 godziny. Natomiast Carlos dotarł po 6 godzinach, gdy już się ściemniało. Po drodze widoki na lodowe ściany Pucajirca i seledynowe jezioro u ich podnóża były przepiękne. Dopiero pod wieczór zaczął padać śnieg.



Widok na górę Pucajirca z przełęczy pod Alpamayo (fot. Mariusz Lewicki)

Rano obudziliśmy się w namiocie przykrytym 10 centymetrową warstwą śniegu. Zjedliśmy owsiankę na śniadanie i czekaliśmy do 10.00, bo lodowiec wciąż był w chmurach. W końcu wyruszyliśmy do Obozu I, po drugiej stronie przełęczy, pomiędzy Alpamayo a Quitaraju.  Po skałach i kamorach doszliśmy do lodowca, skąd Carlos wrócił do swojego namiotu, a Ike i ja kontynuowaliśmy, tyle że teraz przepasani liną i z czekanami w rękach. Szliśmy najpierw stromą ścieżką kluczącą pośród szczelin i seraków aż do pionowej, pięciometrowej ściany lodu.  Był to chyba najtrudniejszy odcinek całej wspinaczki, bo trzeba go pokonać z ciężkim plecakiem.

Słyszałem o tym miejscu od Douglasa, kolegi z Kolumbii, który był świadkiem tragicznej lawiny lodu kilka lat temu. Zginęła wtedy jedna osoba, a kilka zostało rannych, w tym pewna dziewczyna z Danii. Douglas przesiadywał z nią w szpitalu tak długo, aż w końcu skończyło się na ich ślubie! Nawiasem mówiąc, są już po rozwodzie, bo "jedyne, co mieli wspólnego, to góry". W każdym razie po pokonaniu tej przeszkody czekało nas kilkadziesiąt metrów stromego, zlodowaciałego śniegu. Ostatnie 50 m to również wspinaczka po stromym śniegu, po czym wreszcie ujrzeliśmy sławną ścianę Alpamayo. A właściwie jej dolną część, bo resztę przykrywały chmury.



Pierwsze kroki na lodowcu w drodze do obozu po drugiej stronie grzbietu
(fot. Mariusz Lewicki)


Przejście pod szczeliną brzeżną (fot. Mariusz Lewicki)

Rozbiliśmy namiot na lodowcu 50 m poniżej, gdzie stał już namiot włoskiej ekspedycji.  Kiedy my się wspinaliśmy, oni schodzili w dół, podobnie jak dwie inne pary.  Czekali przez 3 dni na sprzyjającą pogodę i w końcu dali za wygraną. Postanowili czekać w Base Camp. A muszę dodać, że szefem ekspedycji włoskiej był alpinista o jednej nodze, który pomimo tego potrafił dotrzeć do miejsc, o których większość zdrowych ludzi może tylko pomarzyć.

Pod wieczór zaczęło sie przejaśniać i Ike chciał atakować tej samej nocy, ale ja wystraszyłem się potężnej lodowej ściany Alpamayo i wolałem odpocząć jeden dzień.  Rano obudziliśmy się i zobaczyliśmy błękitne niebo bez jednej chmurki! Cały dzień spędziliśmy jedząc, pijąc, odpoczywając i przygotowując sprzęt. I gotując oczywiście, bo topienie śniegu to czasochłonny proces. Po południu przyszło dwóch Basków z przewodnikiem i tragarzem. Rozbili się obok. Wszyscy podziwialiśmy przepiękną ścianę Alpamayo, mieniącą się w świetle zachodzącego słońca, a gdy tylko zniknęło, zaszyliśmy się w śpiwory. Na wysokości 5400 m noce są bardzo zimne, nawet gdy nie ma wiatru.



Obóz u podnóża Alpamayo na 5400 m (fot. Mariusz Lewicki)

O 1.00 w nocy zmusiłem się do wyjścia z ciepłego śpiwora na kilkunastostopniowy mróz i zacząłem przygotowania do wspinaczki.  Przed 2.00 wyruszyła grupa z sąsiedniego namiotu i pół godziny później podążyliśmy za nimi. Początkowo ścieżka prowadziła w dół, a potem trawersowała w górę stromego, ośnieżonego zbocza. Doszliśmy do potężnej, 10-metrowej szczeliny pod samą ścianą i wspięliśmy się na nią po coraz bardziej stromym śniegu. Tam zaczęła się właściwa wspinaczka. W poprzednich latach wspinano się drogą Ferrari, ale od kiedy na grzbiecie uformował się ogromny nawis, nie ma możliwości wdrapania się na grzbiet.  Więc wspinaliśmy się drogą Francuską Bezpośrednią, o wiele dłuższą i trudniejszą.  Ma ona 450 m, a jej stopień trudności to D+.  W 2007 roku na szczyt weszło prawdopodobnie tylko około 150 osób.


Na ścianie widać trzech wspinaczy (fot. Mariusz Lewicki)

Ike wspinał się pierwszy, bez ubezpieczenia, by nie tracić czasu. Pierwsze 3 liny były stosunkowo łatwe, twardy śnieg o 60 stopniach. Następnie zrobiło się bardziej stromo, a w miejsce śniegu pojawił się lód. W czasie wspinaczki odmarzały mi palce u rąk, ale powracały do życia, kiedy odpoczywałem, czekając aż Ike pokona następne 60 m (tyle mierzyła lina). Niebo zaczęło powoli zmieniać kolor, wkrótce szczyty pobliskich gór zaczerwieniły się w świetle wschodzącego słońca. My jednak kontynuowaliśmy wspinaczkę po zachodniej ścianie, po lodzie o nachyleniu pomiędzy 70 a 80 stopni. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie należało przejść przez mały grzbiet do sąsiedniej rynny. Od celu dzieliło nas już tylko 30 m zlodowaciałego śniegu. Wreszcie o 8.30 rano stanęliśmy na szczycie Alpamayo, najpiękniejszej górze świata!!! Niesamowite widoki, radość i uczucie satysfakcji były obezwładniające. Nasze zmarznięte ciała rozgrzały ciepłe promienie słońca oraz gorąca czekolada z termosu.



Ostatnie metry wspinaczki (fot. Ike Gonzales)


Mariusz Lewicki i Ike Gonzales na szczycie Alpamayo (fot. Pablo)

Oczywiście nie obeszło sie bez zdjęć, po czym zabraliśmy się do zejścia. Do tego mieliśmy 2 liny o długości 60 m każda. Alpamayo to popularna góra i na ścianie jest już wiele punktów, gdzie można umocować linę. Zazwyczaj są to 2 dziury wywiercone śrubą w lodzie pod takim kątem, aby się połączyły i wtedy przewleczona jest linka. Problem w tym, ze po jakimś czasie taka linka albo lód nie wytrzymuje i puszcza. Najlepiej robić nowe, ale to jest czasochłonne. Schodziliśmy więc delikatnie, starając się nie szarpać liną. Słońce grzało coraz mocniej i zejście ze ściany oznaczało nie tylko bezpieczeństwo, ale też możliwość zdjęcia zbędnych warstw odzieży.


Zejście (fot. Ike Gonzales)

Wkrótce byliśmy już przy namiocie. Od razu spakowaliśmy się, aby wrócić do Base Camp. Mieliśmy przed sobą jeszcze 3 zejścia po linie, po czym długi marsz w dół lodowca, następnie skały i wreszcie kręta ścieżka na samo dno doliny. Znów minęliśmy się z Włochami, którzy wracali do Obozu I, zapewne zazdroszcząc nam szczęścia. Trafiliśmy w perfekcyjną pogodę, nie tylko bez chmur, ale co równie ważne, bez wiatru! Przemęczeni 15- godzinną wspinaczką dotarliśmy wreszcie do Base Camp. Dopiero wtedy mogłem odetchnąć i powiedzieć: "Alpamayo zdobyte!"


Zaznaczona linia wspinaczki - Droga Bezpośrednia Francuska
(fot. Mariusz Lewicki)

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Moja przygoda z Alpamayo [6]
respect;)
  3-07-2008
kaziulek

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.