10 czerwca 2008

 

7summits.pl Everest 2008 - sport po chińsku

Od kilku lat przygotowywaliśmy się do wyprawy na Everest od strony północnej - dokładnie przestudiowaliśmy opisy trasy, oglądaliśmy zdjęcia, filmy, rozmawialiśmy ze wspinaczami, którzy byli z tamtej strony. Agencja nepalska organizująca naszą wyprawę zapewniała do ostatniej chwili, że nie będzie żadnego problemu z chińskim zespołem wnoszącym znicz olimpijski na Everest - w zeszłym roku też byli na górze i doskonale układała się z nimi współpraca, więc nie ma powodów do obaw.


Duch szczytu (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

  • Nieoczekiwane zmiany w ostatniej chwili

Jednak 10 marca powód do obaw pojawił się, ponieważ chińskie władze zdecydowały, że zamkną w tym roku Everest od strony Tybetu. Próbowały też wywierać naciski na rząd nepalski, żeby i on zamknął górę dla wspinaczy, ale skończyło się na restrykcjach i obostrzeniach. Dla nas ta nieoczekiwana zmiana oznaczała konieczność podjęcia szybkiej decyzji, czy nadal jedziemy i dopłacamy dodatkowe kilka tysięcy dolarów do permitu, - jak wiadomo od strony nepalskiej jest zdecydowanie droższy. Szczęśliwie udało się powiązać koniec z końcem i zdecydowaliśmy się jechać. Po tylu miesiącach przygotowań, szkoda nam było odpuścić sobie ten rok.

  • Kathmandu - uda się, czy nie?

I tak 28 marca znaleźliśmy się w Kathmadu. Zbyt wiele do roboty tam już nie mieliśmy - do dokupienia pozostały drobiazgi, natomiast jeden z nich był wyjątkowo istotny - nadal nie mieliśmy permitu. Ministerstwo Turystyki Nepalu robiło przez kilka dni różne zwody - a to chcieli wydać promesę permitu (nikt nie wiedział, czy miałaby ona jakiekolwiek znaczenie praktyczne), a to permit właściwie już miał być, tylko ktoś musiał go jeszcze podpisać - zawsze prawie już był. Wszystkie wyprawy były w takiej samej sytuacji i w końcu stało się jasne, że nie ma sensu czekać w Kathmandu. Wszyscy zdecydowali się ruszyć do base campu, mając nadzieję, że w międzyczasie permity zostaną wydane i wszystko wróci do normy. Wiadomo było już tylko, że Chińczycy w tym sezonie nikogo nie zamierzają wpuszczać do Tybetu. Przestali wydawać wizy i nie było szans na zrealizowanie planu 'B', który przewidywał aklimatyzację na innej górze i powrót na Everest na sam atak szczytowy.

  • A więc jednak do bazy

1kwietnia wyruszyliśmy do bazy, gdzie dotarliśmy 9 kwietnia. Nie było się, po co spieszyć - wszystko w tym roku było opóźnione. Nawet Icefall Doktorzy nie mieli przez dłuższy czas pozwolenia na prowadzenie działalności. Wszyscy czekali na uprzejmą zgodę chińskich oficjeli. Tymczasem w bazie panowały również dość nietypowe warunki. Wkrótce po zainstalowaniu się tam większości ekspedycji, przybyło także wojsko z karabinami, utworzony został punkt kontrolny, odbywały się niemalże codzienne zebrania wojskowych, oficerów łącznikowych i liderów ekspedycji. Kilkakrotnie rozrywki dostarczał nam także przylot helikopterów z niezwykle ważnymi osobami w randze ministrów i generałów na pokładzie. Reprezentowali zarówno stronę nepalską, jak i chińską.


Wizyta chińska w bazie (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

Po każdej półgodzinnej wizycie w bazie, poza nowymi wrażeniami estetycznymi (nie da się ukryć, że każda taka wizyta stanowiła dla nas ciekawy przerywnik monotonii życia obozowego i za każdym razem ściągała tłumy gapiów), przychodziły też nowe obostrzenia i restrykcje. Początkowo nie można było używać następujących sprzętów: laptopów, palmtopów, telefonów satelitarnych, kamer, a także aparatów fotograficznych. Chińczycy chcieli zapewnić sobie całkowity brak przecieków informacji spod Everestu na wypadek dalszych akcji pro Wolny Tybet. Po kilku dniach zdecydowano, że aparaty fotograficzne są jednak dopuszczalne, a zakaz używania pozostałego sprzętu elektronicznego przestał obowiązywać dopiero 10 maja.

Nasz permit pojawił się około połowy kwietnia, ku naszej wielkiej uldze. Jednak wcześniejsza promesa nie była zbyt przekonywującym dowodem na to, że będziemy mogli się wspinać. Icefall Doktorzy zostali wpuszczeni na lodospad i prowadzili działalność, opóźnienie nie było zbyt duże. Nabraliśmy otuchy, że może jakoś wszystko wróci do normy. Na permicie widniała jedynie adnotacja, że nie wolno prowadzić działalności powyżej obozu drugiego do 10 maja. Uznaliśmy jednak, że to i tak już lepsza sytuacja i że trzeba zacząć coś robić, mając nadzieję, że dalej też jakoś pójdzie.

  • Stój, bo będę strzelał!

20 kwietnia poszliśmy więc przez Lodospad Khumbu do jedynki, a około 27 kwietnia do dwójki. Owiany złą sławą lodospad, który w przeszłości niejednokrotnie był przyczyną wypadków i tragedii, w tym roku podobno był łatwiejszy do przejścia. Co mogę powiedzieć na jego korzyść to to, że jest niezwykle malowniczy, za każdym przejściem był trochę inny i dostarczał nowych wrażeń. No i generalnie nie był taki zły, jeśli udało się go opuścić, zanim doszło do niego słońce. Jeśli ktoś wybrał wersję ze słońcem, musiał liczyć się z warunkami iście tropikalnymi, nasłonecznieniem ze wszystkich stron, jak w solarium i skutkami ubocznymi w postaci skóry obłażącej z całej twarzy po powrocie.


Maciek na lodospadzie (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

O ile lodospad był w tym roku łagodniejszy niż dawniej, o tyle szczeliny na lodowcu prowadzącym do jedynki i dwójki były gigantyczne. Rekordowa drabinka składała się w tym sezonie z czterech części, była chybotliwa i dość niepewna - nigdy nie udało jej się porządnie przymocować i przejście nią zawsze dostarczało wielu emocji. Położona na kamienistej morenie dwójka była regularnie nawiedzana przez lawiny schodzące z pobliskiego lodowca. Na szczęście zatrzymywały się w ogromnej szczelinie przed obozem. Lodowiec ten był niezwykle aktywny i dostarczał nam z kolei wrażeń akustycznych - trzaski w nocy przypominały dźwięk pękającego szkła.


Wyjątkowo głęboka szczelina (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

Dwójka kończyła się na około 6400 m. Dalej nie można się było ruszyć ani na krok w kierunku Ściany Lhotse, ponieważ granic obozu pilnowali uzbrojeni żołnierze, którzy nie pozostawiali żadnych wątpliwości, że Chińczycy zdecydowali się w tym roku na politykę całkowitej izolacji. Żołnierze-strażnicy obozu drugiego karabinem wskazywali kierunek powrotny tym, którzy zapuścili się w ich pobliże - przez dłuższy czas nie było, więc możliwości prowadzenia akcji górskiej powyżej 6400 m. - nie powstała trójka, nic nie zostało wyniesione, nie zostały założone poręczówki. Obowiązywał całkowity zakaz zbliżania się do Przełęczy Południowej i do szczytu. Co chiński zespół miał do ukrycia, tego nie wie nikt - w tym roku nie było żadnych świadków ich triumfalnego wejścia na szczyt Everestu.

  • Nieplanowane wczasy

Po naszym powrocie do bazy okazało się, że wbrew wcześniejszym zapowiedziom Chińczykom nie udało się zdobyć szczytu 28 kwietnia i w związku z tym co najmniej do 10 maja nie będzie można wejść powyżej dwójki. To oznaczało dla nas konieczność odbycia długiego nieplanowanego odpoczynku. Niewątpliwie przydatny byłby przed atakiem szczytowym, ale my nie zakończyliśmy jeszcze nawet procesu aklimatyzacji, więc przerwa do 10 maja była nam zupełnie nie na rękę. Nikt jednak nie pytał w tym roku wspinaczy pod Everestem, co jest im na rękę, a co nie - ekipa chińska miała za wszelką cenę wnieść znicz olimpijski na szczyt i potrzebowała do tego całkowitego i absolutnego spokoju.

Zdecydowaliśmy się więc, jak wiele innych osób w tym sezonie, zrobić sobie odpoczynek gdzieś poniżej bazy. Od 3 do 7 maja odpoczywaliśmy w Dingboche na 4400 m. Było tam cieplej i bardziej zielono, było miękkie łóżko oraz kafejka internetowa regularnie odwiedzana przez wspinaczy. Ale w tym roku nie sprawdzali oni przeważnie prognozy pogody, tylko szukali informacji, czy zespół chiński wniósł wreszcie znicz olimpijski na szczyt. Niestety, ponieważ nie dopuszczono z tamtej strony innych ekspedycji, więc Chińczykom nie było łatwo - sami musieli założyć wszystkie poręczówki oraz drabinkę na Second Stepie, zdjętą w zeszłym roku przez wyprawę retro. W końcu jednak i komfortowe wczasy nam się przejadły. Zdecydowaliśmy się wracać do bazy w nadziei, że kiedyś Chińczycy muszą przecież wejść na szczyt lub ewentualnie ewakuować się spod niego w przypadku braku czasu na kontynuowanie akcji górskiej. Znicz czeka przecież długa droga przez całe Chiny.

  • W górę w przerzedzonym składzie

Wreszcie 10 maja Chińczycy znieśli zakaz poruszania się powyżej dwójki i w górę ruszyli ci wspinacze, którzy dotrwali do tego momentu. Część osób w międzyczasie uległa zniechęceniu, ponieważ całe to oczekiwanie, atmosfera niepewności i czasami nawet grozy (wojskowe helikoptery latające nad głową, karabiny broniące Ściany Lhotse) były jednak wykańczające. Przez kilka tygodni dochodziły do nas sprzeczne informacje, codziennie praktycznie dowiadywaliśmy się czegoś nowego - a to, że będzie można atakować wcześniej, a to, że dopiero po 10 maja, a to, że jeśli Chińczykom nie uda się do tej pory wnieść znicza na szczyt, to zostają dłużej, a pozostali wspinacze w ogóle nie będą mogli zdobywać Everestu - była to prawdziwa wojna nerwów bez żadnej gwarancji, że w końcu zakończy się sukcesem. Nic dziwnego, że część wspinaczy zrezygnowała ze zdobywania Everestu i Lhotse i rozjechała się do domów. W tym sezonie górę atakowało więc około 250 osób, co nie jest aż tak zastraszającą liczbą, jak na Everest.

11 maja wyszliśmy znów do dwójki, a 14 na wysokość około 7300 m. w celu zdobycia aklimatyzacji. W międzyczasie oboje przeżyliśmy chwile zwątpienia, walcząc z zapaleniem nerwu w zębie, powracającymi jak bumerang napadami kaszlu Khumbu oraz zatruciem pokarmowym. Ledwo jedną przypadłość zdążyło się wyleczyć, to już przyplątało się coś innego.

Właściwe wyjście w górę przed atakiem szczytowym rozpoczęliśmy 19 maja. Do dwójki szło się znakomicie - byliśmy w bardzo dobrej formie, również dzięki temu, że dzień wcześniej wzmocniliśmy siły szynką w puszce przywiezioną z Polski - po tygodniach jedzenia obozowego był to dla nas ogromny rarytas:-)

21 maja ruszyliśmy w stronę trójki. Na wysokości około 7000 m. Maciek bardzo źle się poczuł z powodu nagłego skoku ciśnienia i częściowej utraty widzenia w jednym oku. W związku z utrzymywaniem się tego stanu przez dłuższy czas, podjął decyzję o powrocie do obozu drugiego, gdzie zamierzał poczekać na ustąpienie tych niepokojących objawów. Podjęliśmy decyzję, że ja kontynuuję marsz do trójki, a potem zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie.


Widok z trójki (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

Niestety u Maćka nie nastąpiła szybka poprawa wzroku, więc 22 maja sama poszłam na Przełęcz Południową, skąd wieczorem o 20.15 wyruszyłam na atak szczytowy. Był to zdecydowanie mój najlepszy dzień podczas całej wyprawy - szło mi się doskonale, nie czułam zimna, ani zmęczenia.


Grań szczytowa (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

Na szczyt dotarłam o 5.30, niedługo po wschodzie słońca. Była piękna, prawie bezchmurna pogoda, wiał nieznaczny wiatr, do tego na wszystkie strony roztaczały się wspaniałe widoki; widać było inne ośmiotysięczniki znajdujące się teraz poniżej: Cho Oyu, Lhotse, Makalu. Przez kilka minut nie docierała do mnie świadomość, że to już, że stoję właśnie na szczycie Matki Gór i że zakończył się jakiś etap w moim życiu obejmujący kilka lat przygotowań, starań, gromadzenia funduszy. Była to, więc ogromna radość z odrobiną smutku, że to, do czego dążyłam przez tak długi czas już nie będzie moim celem. A potem spojrzałam w stronę Tybetu, na Klasztor Rongbuk i Płaskowyż Tybetański i pomyślałam sobie, że właściwie to tamta strona była moim marzeniem, może by tak jeszcze kiedyś spróbować.


Agnieszka na szczycie (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

Na szczycie spędziłam około 45 minut - mam stamtąd sporo zdjęć, film, kamienie ze strony tybetańskiej (zebrane kilkanaście metrów pod szczytem). Prawdziwym wyzwaniem było zejście na dół - opadły ze mnie emocje i adrenalina. Byłam już naprawdę zmęczona. Schodziłam uważnie, żeby nie poślizgnąć się na ruchomych skałkach i płytkach, które w tym roku przykrywało wyjątkowo mało śniegu. W końcu około 11.00 dotarłam na Przełęcz. Wyszło ze mnie całe zmęczenie i niewyspanie. Zdecydowałam się spędzić tam jeszcze jedną noc.


Widok ze szczytu (fot. arch. Agnieszka Kiela-Pałys)

  • Co dalej

Dalej było już tylko zejście do bazy, potem do Lukli i przelot do Kathmandu. Po dwóch miesiącach nastąpił powrót do cywilizacji. Rozmowy toczone w bazie tuż przed zejściem niżej dotyczyły oczywiście gór. Chciałabym pojechać kiedyś do Tybetu - czy na Everest, czy na inną górę, ale także żeby zobaczyć Rongbuk, Lhasę i inne ciekawe miejsca. Na razie nadal nie jest to możliwe, ponieważ Chińczycy nie znieśli zakazu odwiedzania Tybetu przez wspinaczy i turystów. Mówi się, że będzie on obowiązywał przynajmniej do końca olimpiady, ale nie mówi się, co potem - czy znowu będzie można wspinać się na Cho Oyu i Shishę Pangmę? Czy droga północna na Everest zostanie otwarta? Nikt na razie nie wie, czy Chińczycy zamiotą problem tybetański pod dywan i będą się go po prostu starali ukryć przed światem, czy raczej postarają się go rozwiązać i pozwolą obcokrajowcom odwiedzać Tybet w międzyczasie. Karabiny i wojsko nie są z pewnością rozwiązaniem na dłuższą metę, szczególnie nie ma dla nich miejsca w bazie ekspedycyjnej, więc miejmy nadzieję, że Tybet nie jest jeszcze stracony i że nie będzie poddawany polityce izolacji przez kolejne sezony. Chętnie byśmy się tam jeszcze wybrali.

Zobacz też: 7summits.pl - Everest 2008

Wsparcie sprzętowe:

Patroni medialni:

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
"coście skurwysyny ucznili z tą krainą" [1]
zdjęcie szczytowe z Everestu - kupa smieci i tłum obcych
  11-06-2008
greg

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.