Himalajski Tryptyk Reaktywacja - po aklimatyzacji na Ama Dablam
Piotr Pustelnik, Peter Hamor, Darek Załuski i Piotr Morawski wyruszyli na kolejną wyprawę, jej celem jest pierwsze powtórzenie drogi czeskiej na północno-zachodniej ścianie Annapurny - dziesiątego co do wysokości szczytu ziemi o wysokości 8091 m n.p.m., a także ukończenie przez Piotra Pustelnika Korony Himalajów (do Korony Himalajów zaliczane jest 14 gór powyżej 8000 m). Przed tym trudnym zadaniem wspinacze postanowili zdobyć aklimatyzację na Ama Dablam (6812 m). Oto relacja Piotrka Morawskiego z pierwszego etapu wyprawy.
Problemy zaczęły się na lotnisku. Mieliśmy ruszyć 15-go, ale niestety samolot spóźnił się kilka godzin. W związku z tym, nie mieliśmy dalszych połączeń i wylot trzeba było odłożyć o jeden dzien. Na szczęście, jak to zwykle bywa, na początku były problemy, a potem już poszło jak po maśle.
W Katmandu sprawnie załatwiliśmy formalności i już byliśmy w samolocie do Lukli. Krotki trekking po jednej z najpiękniejszych dolin świata Solo Khumbu i docieramy do stóp Ama Dablam. Zdziwienie.
Piotrek w bazie pod Ama Dablam
Zazwyczaj jest to popularna góra, a poza nami nikogo nie ma w bazie. Poza tym Ama Dablam wygląda na skalno-lodową. Ani grama śniegu. Jak na warunki himalajskiej zimy: zimno, wietrznie, bezśnieżnie... Mimo tego od razu ruszyliśmy do pracy.
Z ciężkimi ładunkami doszliśmy do jedynki już 26 marca. Następnego dnia z Peterem zaporęczowaliśmy drogę do dwójki. Piękna, na wielu zdjęciach śnieżna grań, okazała się czystą skałą. Stare poręczówki znaleźliśmy w kilku miejscach, resztę musieliśmy położyć sami. Nagle Ama Dablam z "trekingowej gory", gdzie liny poręczowe idą od bazy do szczytu, zaczęła od nas wymagać skalnego wspinania. I to jeszcze z plecakami. Właściwie o to nam chodziło. Mogliśmy się powspinać i to jeszcze w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Zeszliśmy do bazy na odpoczynek. Przecież to aklimatyzacja i nie ma się gdzie śpieszyć. Zabawiliśmy 2 noce i znowu hajda do góry.
Na skalnej grani Ama Dablam
Ciężkie wory, droga daleka. 31 marca dotarliśmy do obozu II na wysokości 6050 m, a następnego dnia zaporęczowaliśmy drogę do trojki. Najpierw lodowo-skalna przełęcz (pamiętam zdjęcia jak ludzie tam szli po śniegu), potem skalny kuluar i lodowa ściana. Cały czas wspinanie, nie zawsze przyjemne, ale przynoszące dużo satysfakcji. Już drugiego kwietnia przenieśliśmy się całą czwórką (przypomnę: Piotr Pustelnik, Peter Hamor, Darek Załuski i ja) do obozu III na wysokości 6450 m, na mniejszym z dwóch amadablamowych seraków. Byliśmy gotowi na wierzchołek.
Start dopiero gdy przyszło słońce. Już pierwsze metry okazały się lodowym wspinaniem, stare liny gdzieś zniknęły. Właściwie do samego wierzchołka zamiast upragnionego śniegu, w którym można by trochę podreptać mieliśmy lód. Ale warto było. 3 kwietnia stanęliśmy z Peterem Hamorem na szczycie. Oczywiście Everest schował się za chmurami, ale i tak widoki były przepiękne.
Peter Hamor i Piotr Morawski na szczycie
Dzień później, 4 kwietnia, na szczycie stanęli również Piotr Pustelnik i Darek Załuski. Nasza aklimatyzacja dobiegła końca. Od przybycia do bazy, do zejścia na dół spędziliśmy pod górą 14 nocy. Z czego zaledwie 6 nocy w bazie na 4550 m, a resztę wyżej. Chodziliśmy spokojnie, jedliśmy dobrze, spaliśmy wysoko, weszliśmy na szczyt. Mam nadzieje, ze dobrze się zaaklimatyzowaliśmy przed naszym następnym, głównym celem. Poza tym stanowimy świetny, zgrany zespół, a to też się liczy!
A teraz w Nepalu zbliżają się pierwsze demokratyczne wybory do parlamentu. Całe Katmandu i cały kraj jest sparaliżowany. Do tego niespodziewane opady śniegu pozrywały drogi w rejonie Annapurny. Mamy pierwsze zadanie - dostać się do bazy pod Annapurną... A drugie... Cóż, trzymajcie kciuki jak dotychczas, a na pewno nam się uda!