Siedzę w domku w ciepłych kapciach przed kompem, a za oknem lipa. Zostaje już tylko wspominać niedawne wspinki i lizać rany przed przyszłym sezonem, który na szczęście już całkiem niedaleko.
Końcówka tego sezonu była dla mnie jak z bajki i wszystko składało się prawie idealnie w jedną całość, ale od początku.
Parafrazując gwiazdę, a raczej meteora gdańskiej sceny wspinaczkowej: plan był prosty - 37 dni na Frankenjurze. Główny cel to zdobyć jeszcze jeden wpis spod znaku XI-, zanim spadną śniegi. Cel rezerwowy, to odrobić zaległości we włoskim Lumignano.
Głód wspinaczkowy (fot. HawAnkA)
Podróż zaplanowana był już jakiś czas temu, z moją partnerką (nie tylko od liny) Anią i jakoś to wszystko razem udało się wprowadzić w życie.
Dla osoby zaprzęgniętej w tryby maszyny społecznej i pracującej, jak pan Bóg przykazał - od poniedziałku do piątku - zdobycie się na tak długi czas bez pracy było ekscytujące i czasami lekko depresyjne. Po licznych zabiegach z zastosowaniem technik psychologicznych, udało się zdobyć odrobinę łaski u naszych szefów. Pięć tygodni wolnego i błogosławieństwo na wyjazd!
Zapakowaliśmy się do naszego autka, który stał się dla nas domem na czas wyjazdu i wyruszyliśmy w dobrze znanym kierunku Franken - dziury.
Golfik stał się dla nas domem na czas wyjazdu (fot. Zen-ek)
Jesień na Franken jest czasem wyjątkowym. Wspin, pogoda, pejzaże tworzą idealny klimat, pozwalający wyżyć się niespełnionym w sezonie wspinaczom. Gorąco polecam!!!
Jesień na Franken jest czasem wyjątkowym
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski/gajewski-foto.com)
Drogi, które zrobiłem na wyjeździe, znałem już z okazjonalnych, wcześniejszych wspięć. Na początek padł Deasaster. Pierwotna wycena drogi to X+, ale chodzą słuchy, że łatwiejsza. Moim zdaniem plus-minus X+. Potem epizod z Burn for you, który na tą porę roku ma zdecydowanie nieciekawą wystawę ściany.
Brak słoneczka na chwytach był taki upierdliwy, że trzeba było sobie odpuścić ślizganie się po skale. Szukałem czegoś w bardziej korzystnych warunkach. Ostatecznie wybór padł na Barenshluchta. Skała odkryta przeze mnie na nowo w tym sezonie. Zwykle rzucając bluzgi (kamieniołom, schrot, smażalnia, itp.) na ten kawałek skały, omijałem go szerokim łukiem. Jest to jednak super wspin na wczesną wiosnę i jesień, kiedy już tak nie lampi.
Drogę, którą sobie upatrzyłem to Klondike Cat XI-. Ochrzczona na własne potrzeby jako Kiti Kat, była jednym z moich celów na ten sezon. Widziałem jak mocny, dobrze znany młody Czech przepłynął ją tej wiosny bez najmniejszych problemów i to było motorem do działania. Choć wtedy była to jedna z tych rzeczy pod tytułem: "można sobie pomarzyć". Droga jest małym testem wytrzymałości palców, dość długa jak na frankońskie warunki. Dla mnie też testem wytrzymałki psychicznej:-) Kilka pierwszych prób zakończyło się blisko łańcucha, ale potem szło już coraz gorzej.
Wspin, pogoda, pejzaże tworzą idealny klimat
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski/gajewski-foto.com)
Dla odmulenia i podładowania baterii padł Subway X. "666" prób wystarczyło, aby wykonać ostatni, najtrudniejszy ruch na wyjściu z przewieszenia. Dla mnie najtrudniejsza dycha na Franken, jaką próbowałem.
Bilet do metra (fot. HawAnkA)
Przerwa od "Kici" nic nie pomogła, dalej nie chciała dopuścić do łańcucha. Pogoda się skiepściła, wiec szybka decyzja i już jedziemy do Włochenów. Nasz stary poczciwy golfik wytrzymał i wylądowaliśmy w Lumignano. Słoneczko, mocna kawa i pomarańczowe, lekko przewieszone dziurki postawiły mnie na nogi. Rozprawiłem się ze starymi zaległościami. Do wykazu przejść dodałem Falangioni. 18-metrowe 8b+ z palczastym boulderem pod zjazdem.
Zostały dwa tygodnie do końca naszej podróży, a nasi korespondencyjni meteorolodzy zaczęli donosić o zbliżającym się syfie pogodowym na FJ. Decyzja mogła być tylko jedna. Wracamy na "Kicię". Wstrzeliliśmy się na ostatnie dwa dni jako takiej pogody. Około 9 st. C i brak opadów. Pierwszy dzień to dwa loty tuż pod zjazdowym. Drugi dzień to już jakaś abstrakcja. Pierwsza próba to porażka, utwierdzająca mnie w przekonaniu, że już po sezonie. Należy zebrać zabawki i zrywać się do domu.
Nie wiadomo skąd, znajduje w sobie pokłady energii, będąc już wyczerpanym fizycznie i zmulonym psychicznie. Może to kawa, może wiara i energia najbliższych.
Ostatnia próba, ostatnie wspięcie w tym sezonie. Człowiek idzie, idzie i idzie!!! "Nadeszła wiekopomna chwila"! Z dużą walką, w małych dygotach, mijając ostatnią wpinkę, wpinam się w upragnionego zjazdowego!!!:-)
Człowiek idzie, idzie...i idzie!!!
(fot. Maciek "Lesser" Gajewski/gajewski-foto.com)
Teraz, bujając się w fotelu, sącząc browara przed kompem i opisując to wszystko, fajnie się to wszystko wspomina.
Plon wyjazdu:
Frankenjura: Klondike Cat XI- RP Deasaster X+ RP Subway X
Lumignano: Falangioni 8b+ (nowy przewodnik podaje 8b+/c)
cisza?[12]
co tak cicho w komentarzach?
Paweł napisał dobre,
wyluzowane tekściwo, i do tego
jeszcze konkretne. Czyli
jakie? Ano takie jakich tu
mało, a wszyscy milczą.
pff!
Moje zdanie znasz, dobry tekst
:)
pozdrawiam,
Michał "sedit" Kowalik