Zabrakło nam "tylko", albo "aż" 100 m wysokości względnej. To niewiele, zważywszy, że w tym sezonie nie było praktycznie wejść na ośmiotysięczniki z racji monsunu, który prawdopodobnie drastycznie przesunął się o parę tygodni.
Jednakże te 100 metrów, to kolejnych kilka godzin, których nam już zabrakło. Torowaliśmy w głębokim śniegu i na grani szczytowej stanęliśmy po 12 godzinach od wyjścia z obozu trzeciego na wysokości 7200 m. Szczerze mówiąc, myśleliśmy, że zajmie nam to mniej czasu. Obliczyliśmy, że zejście zajmie również 6-7 godzin. W tej sytuacji zastałaby nas noc. Noc na 8 tys. kończy się różnie, a nikt z nas - ani Dodo, ani ja, nie chcieliśmy spędzać biwaku na tej wysokości. Poza tym zaczęło się kolejne załamanie pogody. Tak, więc czym prędzej trzeba było stamtąd uciekać.
I tak "wyszarpaliśmy" Dhauli te parę dni i zdecydowaliśmy się pójść jak najwyżej się da z lekkim, kilogramowym namiotem, nie robiąc postojów po drodze, czyli w obozach pośrednich. Zawracanie przed szczytem do łatwych nie należy, ale to była jedyna słuszna decyzja, do której też w jakiś sposób trzeba dorosnąć.
Zejście okazało się. karkołomne. Trwało bardzo długo, wyłapaliśmy nieplanowany biwak poniżej jedynki, gdyż zastała nas noc. Widoczność na parę metrów uniemożliwiła wybrnięcie z miejsca pokrytego siatką szczelin, błądziliśmy przez parę godzin na odcinku, który zazwyczaj pokonuje się w 10 min.
W pewnym momencie usłyszeliśmy huk lawiny, jednakże z racji, że słyszeliśmy je średnio, co 10 min, szliśmy dalej. Gwałtowny podmuch przewrócił mnie i Dodo w śnieg, a następnie zaczął przesuwać w stronę szczeliny, wzdłuż której szliśmy. Śnieg przysypał nas prawie w całości. Jedyną myślą, która wtedy świtała w mojej głowie, to utrzymać się na powierzchni, nie dać się zasypać i przesunąć dalej, utrzymać głowę nad śniegiem.
Dużo by pisać. Pewnie powstanie o tym jakiś artykuł. O zawracaniu i o tym, (jakie to niby oczywiste), że szczyt to połowa sukcesu.
Udało nam się zejść do bazy szczęśliwie. Byliśmy tylko potwornie wymęczeni i mokrzy. Zabrakło 100 metrów do szczytu, ale i tak cieszyliśmy się, że cało wyszliśmy z tej próby.
Reszta zespołów zakończyła swe "akcje górskie" na wysokości obozu pierwszego, Nieustająco zła pogoda zniechęciła ich do podejmowania kolejnych prób.
do Admina, brakło entera[1]
Adminie po każdym zdjęciu
zabrakło entera :) Drobiazg
ale można poprawić.
5-11-2007 turbo
co Kinga miała na myśli[44]
"Koreańczyk, który był z nami,
do tej pory twierdzi, że był
na szczycie. No cóż, oni już
tak mają. "
wszyscy Koreańczycy tak mają?
wszyscy azjaci? bo nie
rozumiem...