16 września 2007

 

Niewyrównane porachunki, czyli CZTERY DNI SŁOŃCA (cz. 2)

To już drugą polska wyprawę na dziewiczą turnię Gulmit Tower (5810 m n.p.m.), wznoszącą się w paśmie Batura Mustagh w Karakorum. Relację Mazeno z pierwszej wyprawy na Gulmit Tower znajdziecie tutaj. Pierwszą część tego opowiadania znajdziecie tutaj.

W bazie, po całym dniu ładnej pogody podczas podejścia, wita nas deszcz. Jak się później okaże - to początek długiego załamania pogody. Wielkimi krokami zbliża się monsun, który, jak sądziłem, zatrzymuje się na olbrzymach leżących od nas daleko na południowy wschód - Nandze Parbat, Rakaposhi, Ultarze. Tegoroczny jednak uparł się zawitać w nasze okolice, co według jednych podobno jest ewenementem, a według drugich normalne. Przez kolejne dwa tygodnie pobytu w górach będziemy mieli cztery dni w miarę ładnej pogody. Poza tym deszcz, rzadziej śnieg.


Tragarze w drodze do bazy


Baza


Polska flaga w bazie i widok na drugą stronę doliny

Kolejnego dnia rano już mocno pada, Karima boli głowa, więc nazajutrz wyrzucamy go do Gulmit (baza jest na 4200m, Gulmit na 2500m, a podeszliśmy w jeden dzień), w bazie zostaje jego pomocnik, młody Aziz. A my wyruszamy na rekonesans na lodospad. Konfiguracja seraków zupełnie inna niż w tamtym roku, dwa "Wiszące Głazy" już nie wiszą, tylko leżą kilkadziesiąt metrów niżej, olbrzymi, wielkości kamienicy "Głaz z Kreską" stoi przechylony o 90 stopni, lewa strona lodospadu nie do poznania. Za to mniej się sypie kamieni - nie ma takiego bombardowania, jak w zeszłym roku. Dochodzimy prawie do końca lodospadu, przekonani, że to jest to - chyba znaleźliśmy przejście. Wracamy do bazy w opadach śniegu z deszczem, z lekkim bólem głowy. Po drodze przez radio od Karima dowiadujemy się, że w bazie był Rafał, ale na szczęście zszedł do Gulmit tego samego dnia - ciągle jest na antybiotykach. Przynajmniej zrobił wstęp aklimatyzacyjny.


Pogoda nas nie rozpieszczała

Następnych klika dni mija nam a to na czytaniu książek, a to na transporcie szpeja przez lodospad na lodowiec, a to na "Polaków nocnych rozmowach" o polityce, światopoglądzie, dupie Maryny, wspinaniu. Nostalgiczna pogoda nastraja do tęsknoty za rodzinami. Przychodzi do bazy Karim z Rafałem, całkiem nieźle się już czującym.

Wieczorem w przykrytej plandeką bazowej kuchni Karim dostaje bojowe zadanie: ma grać. Na fujarce, to odstrasza chmury.

***

Podczas jednej z "wycieczek" przez lodospad uparliśmy się z Adamem zrzucić około tonowy głaz wiszący na seraku nad naszym przejściem - po półgodzinnym wysiłku, podkopywaniu, rzucaniu w niego innymi, mniejszymi głazami, rozruszaniu, kiedy już niemal wyczerpani padamy na lodowcowy szuter - ostatnim pchnięciem w końcu się udaje. I mamy to na video ;).


Początek lodospadu


Po drugiej stronie doliny


Gulmit Tower

W końcu pakujemy ostatni szpej i ostatecznie ruszamy na lodowiec - następnego dnia już z zamiarem akcji w kuluarze i w kopule szczytowej. Mamy nadzieję na piękną pogodę i rzeczywiście - od rana upał. Decydujemy się biwakować przy "Trzech Głazach" w środkowej partii kuluary - niżej niż w tamtym roku ze względu na aklimatyzację. Kolejny biwak (dwie noce) planujemy na przełęczy, a potem czas na ostatnią część naszej wieży - turnię szczytową.
W kuluarze lodowa rynna, wzdłuż której wspinaliśmy się z Kubą zeszłego roku (i która, jak myślałem, powstała na skutek lawin), kipi szaleńczo rwącym potokiem wody, rzekłbym małą rzeką. Wpadnięcie w objęcia jej nurtu podczas jej przekraczania (robiliśmy to w dwóch miejscach) grozi momentalnym utopieniem się. Od czasu do czasu przelatuje nad naszymi głowami jakiś kamień, czasem niebezpiecznie blisko.


Poranek na lodowcu


W drodze przez lodowiec

Do "Trzech Głazów" dochodzimy około 15-ej - osiągamy wysokość 5150m według GPS-a(**).
Ja z Adamem nocujemy na najwyższym, pośredni się nie nadaje, Bartek z Rafałem zamieszkują najniższy. Oba skrajne o tyle się "nadają", że mamy po kilkanaście centymetrów kwadratowych na półdupek.  W nocy okropnie marzniemy - prawdopodobnie jest to reakcją na przegrzanie organizmów w ciągu dnia. Siadamy oparci plecami o siebie. Adam ma kłopoty z zasypianiem.
- Mazeno, ja to ci zazdroszczę. Ty byś nawet w piekle zasnął i jeszcze byś Lucyferowi poduszkę zabrał - mruczy. Fakt, że bez względu na warunki sypiam "betonowo".


W kuluarze


Biwak w kuluarze

Budzimy się koło czwartej. Dookoła chmury, zaczyna padać deszcz. Boimy się sytuacji, w której będziemy czekać długie dni na przełęczy odcięci zagrożeniem lawinowym w kuluarze jak Francuzi prawie dwadzieścia lat temu. Decyzja jest ciężka, ale jednomyślna - zjeżdżamy. Jeśli pogoda pozwoli wrócimy tu znowu jutro, może pojutrze.


Wycof


Skutki zabaw na lodospadzie

***

Ani jutro, ani pojutrze, ani kolejnego dnia. Deszcz męczy nas kolejną dobę, zaczynamy reagować - puszczają nam nerwy, co skutkuje lekkimi awanturami o byle co. Ani chybi siada psycha. W dodatku Rafał podczas zejścia przypadkiem pociągnięty przez Adasia pechowo skręcił nogę, co wyłącza go z dalszej akcji. Ale dalszej akcji już nie będzie - deszcz goni nas do bazy - po kilku dniach bezczynności definitywnie kończymy akcję, mocno zawiedzeni pogodą. Kończy nam się jednak czas i wiemy, że na kolejny atak już nie mamy szans. A Karim ma przerąbane - dajemy sobie łby poucinać, że nie grał na fujarce.


Pogoda w dalszym ciągu nas nie rozpieszcza

***

Po zejściu z bazy czeka nas w Gulmit jeszcze dzień odwiedzinowo-wyżerkowy. Najpierw u rodziny Karima, potem u Ibrahima. Ghoost-e qam, kurczak w sosie, wołowina w sosie, gral muska (rodzaj ciapatów ze smażonym masłem), ziemniaki duszone ze świeżą papryką chili, mieszanka duszonych warzyw, ciapaty, dal (soczewica), czarna herbata, zielona herbata, górska herbata (z lawendy?), czaj (z mlekiem), putok (wspaniały chleb z Hunzy). Pełen wypas, fantastyczne jedzenie, ale jak taką ilość wytrzymały nasze żołądki - do dziś się zastanawiam.

Następny dzień chłopcy spędzają na krótkim treku na lodowcu Passu, ja włóczę się z Ibrahimem po Gulmit próbując sprzedać rzesztki szpeju kuchennego, barele i liny. Po drodze wstępujemy do muzeum, w którym mijamy się z jakąś westowską rodzinką zwiedzającą z własnym wynajętym przewodnikiem. Słyszę dialog mniej więcej w tym stylu: - Apricot jam? Is this any special local dish? Can you arrange us it for tasting? Really? Is this very expensive? No tak, biedacy, jedyny kontakt z prawdziwą kulturą wachańską mają w muzeum, a z dżemem z moreli dopiero po "zaaranżowaniu" za ciężkie dolary - widziałem cenę w menu naszego, dość taniego hotelu Gulmit Continental, oni mieszkali w drogim Marco Polo Inn. Nie wiem, ile bym musiał zapłacić za te ilości przetworów, którymi objadałem się u Ibrahima czy w innych tutejszych domach, pewnie nie starczyłoby budżetu wyprawy. Za łyżeczkę (sic!) chuwan-e tail (oliwy z moreli) w tymże hotelowym menu stało jak byk: 60 rupii. Równo jeden amerykański dolar. Za dwuosobowy pokój za nockę płacimy tylko 200 rupii. A mnie zarządzający naszym hotelem Zahir Shah podarowuje charh - bezcenny zabytkowy kołowrotek. Zatyka mnie ze wzruszenia i nie wiem co powiedzieć.

***

Pokonanie 2000km z Gulmit do Delhi tym razem tanimi lokalnymi środkami transportu zajmuje nam kolejny tydzień - po drodze zaliczamy sprzedaż rzesztek powyprawowych w Gilgit za całkiem niezłą kasę (a już mieliśmy oddać za pół darmo), szał zakupów na bazarze, nocne postoje w zepsutym autobusie w okolicach Kohistanu (tereny dość często odwiedzane przez Talibów) i blokadę Karakoram Highway przez dwie, wykonujące dziwne figury, ciężarówki. Odwiedzamy fort w Lahore i Taj Mahal w Agrze - oba niestety smutne, ponure i wilgotne. Adam z Rafałem są w Agrze pierwszy raz, ale i tak Taj robi na nich niesamowite wrażenie. Ja go już widziałem 10 lat temu podczas przepięknego wschodu słońca - teraz jestem mocno zawiedziony. Jedynego kolorytu dodaje przewijająca się tu i ówdzie grupka Hindusów w pomarańczowych wdziankach.


Wnętrze Taj Mahalu

***

Po powrocie do kraju odbieram maila od Kuby Gałki z wyprawy na Purian Sar North - w Kohistanie dwóch kolesi z kałachami wywlekło wszystkich pasażerów z autobusu, przystawili im lufy do głów i zabrali całą kasę.

***

- Halo, no cześć, Horno, wróciłem. Urobiliśmy ledwo połowę z tego, co w zeszłym roku. Cztery dni słońca tylko było. Wiesz co, Kuba, zostawiam ci tą górę, ja spędzam kolejne wakacje na Goa - gorąca plaża, słońce, palmy, piasek, mahoniowe kelnerki i drinki z parasolkami. Jak prawdziwy sahib. I nikt mi nie wmówi żadnego pieprzonego romantyzmu gór. Żadne tam lody, skały i śniegi. Niech się mocniejsi ode mnie męczą(***). Salam alejkum, koleś.


W drugiej polskiej wyprawie na Gulmit Tower (5810m) udział wzięli:

  • Bartek Latasiewicz,
  • Adam Średniawa,
  • Rafał Zarabski
  • Tadeusz Dzięgielewski.

Wspomogli nas:

  • sponsor główny - firma outdoorowa HANNAH (ciuchy membranowe, softshelle, bielizna, namioty, plecaki, maty samopompujące),
  • firma ProRock - dystrybutor butów Evolv
  • Sklep Górski Wierchy Kraków.

Wielkie dzięki

Patronowali wyprawie:

  • GÓRY
  • BRYTAN (wspinanie.pl)

Dziękujemy również wszystkim kumplom i znajomym za wszelką okazaną pomoc.


** Wszystkie nasze zeszłoroczne pomiary z nieskalibrowanego altimetru w zegarku Kuby są zdrowo zaniżone - średnio o około 200-250m. Tak więc przełęcz jest prawdopodobnie na ok. 5500-5600m.

*** Służę pełną informacją co, gdzie i jak, gdyby ktoś reflektował na kolejną próbę. Fajnie by było, gdyby tą piękną turnię zdobyli Polacy ;) Kontakt: mazeno@op.pl

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Brak komentarzy

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.