To już drugą polska wyprawę na dziewiczą turnię Gulmit Tower (5810 m n.p.m.), wznoszącą się w paśmie Batura Mustagh w Karakorum. Relację Mazeno z pierwszej wyprawy na Gulmit Tower znajdziecie tutaj. |
- I think you have a big problem. Albo dostaniemy jakąś rekompensatę za to opóźnienie, albo będziecie nas szukać na lodowcu w Pakistanie, co z pewnością będzie was kosztować o wiele więcej - nasze pertraktacje z przedstawicielami linii lotniczych trwają już od kilkudziesięciu minut. Bezowocna konwersacja z miłą, aczkolwiek niewiele mogącą pracownicą niższego szczebla, dość ładną hinduską, skończyła się poproszeniem o rozmowę z kimś z kierownictwa. W rękach energicznego śniadego kolesia po kilku minutach nerwowej dyskusji pojawia się całkiem fajny gruby plik indyjskich rupii o wysokich nominałach. Nieźle. Z tym możemy poczekać w Delhi na bagaże.
- Chłopaki, właściwie gdybyśmy dostawali tyle codziennie, moglibyśmy tu czekać i czekać. Po miesiącu ściągniemy tu nasze kobity i kopsniemy się na wakacje na Goa. A po roku takiego czekania przeniesiemy się tu na stałe.
A na razie "kopsamy się" na New Delhi Railway Station po bilety na Shatabdi Express na następny dzień do Amritsaru i na jakiś obiad na Pahar Ganj. Po wyjściu z budynku portu lotniczego uderza nas fala upalnego powietrza. Po południu z nieba spada ściana wody. Ale chłodniej bynajmniej się nie robi.
***
W pociągu zimno. To znaczy klima. W porównaniu z upałem na zewnątrz od tych dwudziestu kilku stopni w przedziale na ciele robi się gęsia skórka. Około 500 km do Amritsaru pokonujemy w naprawdę szybkim tempie (5,5 godz.), w dodatku dostajemy porządnie jeść i pić. I to wszystko za 15 dolarów. Standard indyjskiego ekspresu klasy CC kontrastuje z mijanymi po drugiej stronie wyciszonych okien slumsami na przedmieściach. Właściwie to ciężko przełknąć cokolwiek jak się patrzy na ludzi żyjących dosłownie w rynsztokach i na śmietniskach. Żyjących w każdym znaczeniu tego słowa - śpiących w namiotach z tektury, jedzących wygrzebane na śmietnisku resztki, rozmnażających się w brudzie, kurzu i błocie, marzących o jutrzejszej wyimaginowanej misce ryżu, oddychających wyziewami gówna i trądu, rodzących się pośród nieczystych dla hinduistów świń i psów, umierających poza falami świętej rzeki Gangesu bez nadziei na lepsze wcielenie - pariasi wyrzuceni poza nawias fizycznie i kastowo. Matka Teresa to kropla w oceanie - Indie to szósta część ludności świata. Ale jednocześnie czasem, choć bardzo rzadko, można zauważyć stojący pomiędzy tymi tekturowymi rezydencjami niezły samochód - niektórzy świadomie wybierają dużo tańsze życie domowe na rzecz prestiżowego życia zawodowego.
***

Złota Światynia Sikhów - Amritsar
Amristar, Złota Świątynia Sikhów. Raj dla fotografujących. Całe popołudnie, wieczór i część nocy podglądania, łapania chwili, wyczekiwania na sytuację, przymierzania kadrów, dostosowywania światła. Taniec z aparatem pośród różnokolorowego tłumu pielgrzymów. Zachodzące słońce podkreśla zatopioną po szyję sylwetkę biorącego rytualną kąpiel Sikha. Te same promienie odbijają się od złotych blach, śnieżnobiałych marmurów i błyszczą na szpicach dzid strażników świątyni. Muskają jaskrawe sari padających na twarz kobiet. To wszystko podkreślone monotonnym śpiewem kapłanów, przez cały dzień rozchodzącym się ze świątyni po powierzchni otaczającego ją basenu, odbijającym się od murów, lawirujących pod arkadami kompleksu świątynnego, ginącym gdzieś w gwarze ulic i bazarów za zewnątrz.

Złota Światynia Sikhów - Amritsar
***
Rafał ma prawie 40 stopni i biegunkę. Pierwszy raz w Azji - to chrzest bojowy dla jego żołądka, flora bakteryjna wariuje. Rafał leży i umiera. Szprycujemy go jakimiś prochami.
***
Granica między Indiami i Pakistanem to nie tylko granica na mapie. To przede wszystkim granica religijna, płciowa, ubraniowa, a głównie mentalna. Granica hinduizm-islam, granica kobiety na ulicach - brak kobiet na ulicach, a jeśli już są to chowają twarze za burkami, granica kolorowe sari - szare szalwar kamis. Ale w Pakistanie jest trochę bardziej czysto niż w Indiach, ludzie nie są nachalni - w Indiach wsiądziesz do rikszy to już cię wiozą nie tam gdzie chciałeś, ale do sklepu, gdzie riksiarz za dowiezienie cię tam dostanie prowizję. Rikszę proponują nawet na dworcu w Agrze, nie zważając, że jest środek nocy, a ty właśnie śnisz o wygodnym łóżku drzemiąc na niewygodnym krześle. Za to w Pakistanie zaczepi cię ktoś na ulicy, żeby cię pozdrowić, przywitać się i zamienić kilka słów po angielsku nic w zamian nie proponując, zaproszą cię do sklepu motoryzacyjnego, z pastą do butów czy przyprawami, tylko na herbatę albo czaj i na krótka rozmowę - i nic nie musisz kupować. Ale przy zakupach targować się z nimi też trudniej niż z Hindusami. Największa jednak granica przebiega w zróżnicowaniu społecznym - w Pakistanie nie ma systemu kastowego. Na ulicach ludzi żebrzących jest bardzo niewielu, poza tym Koran nakazuje jałmużnę. Na pierwszy rzut oka trudno odróżnić biednych i bogatych Pakistańczyków, głównie z powodu jednakowych ubiorów. Jedynie młodzi ubierają się po europejsku (głównie męska część społeczeństwa, choć w dużych miastach także niewielka część kobiet). Starsi kultywują noszenie tradycyjnych długich koszul i obszernych spodni szalwarów oraz grubych, szarych, wełnianych zwijanych czapek-gilgitówek (choć pochodzą z Afganistanu taka nazwa w Polsce się przyjęła), zawojów turbanów, białych, czasem kolorowych i zdobionych krymek - w zależności od regionu pochodzenia właściciela.
***

Karakoram Highway
Jedziemy wynajętym klimatyzowanym vanem szarą wstęgą motorway'u nr 2 w kierunku Islamabadu. Trzy pasy równego betonu przecinają równinę Pendżabu i pagórki wschodniej części Gór Słonych. W Polsce nie ma takich motorway'ów. Ale w Polsce nie ma też Karakoram Highway. To druga strona medalu pod tytułem "Drogi w Pakistanie". Pod względem jakościowym ta gorsza, pod względem krajobrazowym - nie ma sobie równych. Pakistańczycy mówią o niej "ósmy cud świata", ja twierdzę, że pierwszy. W Besham, w połowie drogi do Gilgit, zatrzymujemy się na krótki nocleg. Następnego dnia przed samym Gilgit trafiamy na burzę piaskową. W Gilgit dowiadujemy się, że w Besham i w Chilas Karakoram Highway po nocnych i porannych opadach, zaraz po naszym przejeździe, zjechała z błotnymi lawinami do Indusu. I to jest ta ciemna strona medalu. "Niedźwiedź" (Marcin Sz.) twierdzi, że każdy powinien raz w życiu przejechać Karakoram Highway. I tylko raz - wracać powinno się samolotem. Ja już jadę tędy - licząc również powroty - piąty raz. Allah jest łaskawy.
***
W Gilgit robimy jednodniową przerwę na zakupy u zdziercy, którego w tamtym roku z Kubą Hornowskim nazwaliśmy "Zdziercą" - bierzemy chińską poręczówkę, epi-gaz, puchówki po 10 dolców i parę innych szpargałów oraz sprzęt kuchenny do bazy, żarcie i plastikowe barele dla tragarzy (to już w innych sklepach). Gilgit to największy bazar w okolicy (w szeroko pojętej okolicy), tu praktycznie jest wszystko, oprócz książek.
Rafał odpoczywa - po dniu spędzonym w łóżku w otoczonym zielenią hotelu Madina, gdzie gospodarzem jest sympatyczny Mr. Yaqoob, Rafał czuje się dużo lepiej. W Madina spotykamy trzech chłopaków wybierających się na Purian Sar North - "brytyjczyk" zostawił im bagaże w Londynie i. zostawił. Czekali nań 5 dni i się nie doczekali. Ostatecznie po naszym faksie do Islamabadu bagaże wróciły do Polski, a chłopcy pożyczali podstawowy szpej od krakowskiej wyprawy na Kampire Dior, która właśnie wróciła z gór. Mam nadzieję, że dostaną bycze odszkodowanie od British Airways za taki numer.
***
Zaraz za Hunzą (Karimabadem), przy samej Karakoram Highway, za kolczastą siatką odgradzającą od drogi oglądamy naskalne graffiti wyryte kilkaset (kilka tysięcy?) lat temu prymitywną ręką. Tylko Rafał nie wychodzi z vana, znowu ma się kiepsko - męczą go ciągłe zmiany upał-klima. Ponownie mocno gorączkuje. Wieczorem po przyjeździe do Gulmit po telefonicznych konsultacjach z lekarzem w Polsce decydujemy się podać mu mocną dawkę dwóch antybiotyków, która po paru dniach postawi go na nogi.

Wioska Gulmit
Odprawiamy kierowcę vana, początkowa kwota 400 dolarów urosła w międzyczasie o 65 dodatkowych zielonych banknotów, o co mamy pretensje do towarzyszącego nam w charakterze nieoficjalnego prywatnego oficera łącznikowego i kucharza bazowego, Karima. Karim jest młody i trochę mu się wydaje, że jest nie tyle w pracy, co na wakacjach - podczas dość ostrej rozmowy ustawiamy go do pionu. Na tyle skutecznie, że kolejnego dnia jest potulny jak baranek i aż do przesady usłużny - aż mi go momentami żal, ale musimy być twardzi, bo inaczej wejdzie nam na głowy. Następnego dnia odwiedzam starych znajomych z Gulmit; Ibrahima, który ma nam zmontować ekipę tragarzy, oraz wizytuję kilkusetletni, znajdujący się w najstarszej części Gulmit, tradycyjny dom Dolat Nazara, jednego z tragarzy. Oczywiście poczęstunki, fantastyczna lokalna wyżerka - między innymi wspaniały dżem z morwy (w tamtym roku był równie pyszny z moreli, ale teraz na morelowy jeszcze za wcześnie).

Widok na Gulmit Tower z KKH
Okazuje się, że nie wyjdziemy tak jak planowaliśmy ani 10, ani 11 lipca, bo jest święto z okazji 50-lecia Pakistanu, VIP-y, fanfary, tańce, hulanki, ochrona i nikt się nie ruszy do góry. Robimy sobie dzień aklimatyzacji wychodząc we trójkę (Adaś, Bartek i ja) w kierunku bazy na Rajab Hill, na jakieś 3900 m, Rafał leży w hotelu. Najbliższe kilka dni spędzi na razie na dole, a jak się poczuje lepiej, dojdzie do bazy koło 18-ego.
ciąg dalszy...
* Mam nadzieję, że Adam Skoczylas nie obrazi się za podkradnięcie tytułu ;)
Wspomogli nas:
- sponsor główny - firma outdoorowa HANNAH (ciuchy membranowe, softshelle, bielizna, namioty, plecaki, maty samopompujące),
- firma ProRock - dystrybutor butów Evolv
- Sklep Górski Wierchy Kraków.
Wielkie dzięki
Patronowali wyprawie:
- GÓRY
- BRYTAN (wspinanie.pl)
|
 |
|