|
Temperatury panujące aktualnie w naszym kraju sprawiają, iż trudno wytrzymać w mieście. Niestety w skałach też nie jest najlepiej, nie mówiąc już o "saunach", jakie czekają na nas na sztucznych ściankach, zwłaszcza w okolicy sufitu. By trochę ochłodzić atmosferę, pozostając jednocześnie przy wspinaniu (wielu moich znajomych w ostatnich tygodniach przerzuciło się na różnorakie sporty wodne), zamieszczam krótkie sprawozdanie z zimowej imprezy, w której w tym roku wraz z Łukaszem Warzechą miałem przyjemność wziąć udział.
Od kilku już lat British Mountaineering Council
(odpowiednik naszego PZA) organizuje co dwa lata międzynarodowe spotkania wspinaczy zimowych. W tym roku takie spotkanie miało miejsce w dniach od 23 lutego do 2 marca.
Oficjalna nazwa całej imprezy to BMC/MCofS International Winter Climbing Meet. Jej głównym celem jest integracja zimowych wspinaczy z całego świata (uczestnikami spotkania byli reprezentanci 23 krajów) i wzajemna wymiana doświadczeń - to właśnie do tego spotkania odwoływał się Steve House w swojej odezwie na temat nagrody Złotego Czekana.
Wybór na miejsce spotkania Szkocji - światowej kolebki mikstowego wspinania zimowego, dla którego w Polsce przyjęliśmy nazwę klasyki zimowej - nie był oczywiście przypadkowy. Całe spotkanie odbyło się w duchu zasad wspinaczkowych, jakie tam panują, a wszyscy uczestnicy jednoznacznie opowiedzieli się, że to jedyna słuszna droga i nią będą teraz kroczyć ;-). Całkiem już poważnie, na pierwszym, zapoznawczym pokazie slajdów i wykładzie o zimowym wspinaniu w Szkocji, powiedziano nam wprost: nie dajecie rady klasyczni - zostawcie haka, kostkę, zjedźcie, wrócicie później i zrobicie klasycznie, przecież inaczej nie ma sensu. Można zarzucić, iż łatwo tak mówić, gdy się wspina na ścianach nie przekraczających z reguły 200 metrów. Ale, jak widać po przejściach Brytyjczyków na całym świecie (chociażby tegoroczna Alaska), ten szkocki "trening" wychodzi im, a raczej stylowi ich przejść, na dobre.
Wracając na chwilę do samej organizacji spotkania, był to stuprocentowy profesjonalizm. Nad wszystkim czuwał Nick Colton (tak, tak ten od Colton/McIntyre na Grandes Jorasses) i przeurocza Becky McGovern.
Zostaliśmy odebrani wraz z innymi zaproszonymi uczestnikami z lotniska w Inverness i zabrani busami BMC do Narodowego Centrum Górskiego - Glenmore Lodge, znajdującego się w Aviemore. Centrum także zrobiło na mnie powalające wrażenie. Na korzystających z jego usług czekają: nowoczesna cześć hotelowa, stołówka z nienajgorszą kuchnią (mnie, nie często bywającemu na "Wyspach", dość trudno było przyzwyczaić się do serwowanych tutaj śniadań), dwie ściany wspinaczkowe (w tym jedna do drytoolingu), basen, sklep wspinaczkowy, "sprzętownie", suszarnie (bardzo przydatne), niesamowicie bogata biblioteka, hot spot ;-), profesjonalne sale wykładowe, miła obsługa i dobrze zaopatrzony pub na piętrze.
Każdego dnia wieczorem odbywała się prezentacja któregoś z opiekunów z ramienia BMC (najczęściej bardzo dobrego wspinacza, np. Stu McAleese (The Good, The Bad and the Ugly - nowa linia na Torre Sud), czy Ian Parnell (Brytyjczycy na Kedar Dome), lub któregoś z zaproszonych gości, a ci też nie byli słabi, wystarczy wymienić nazwiska: Katsutaka Yokoyama (Wspinaczki w Boliwii), Rok Zalokar (Słoweńcy na Janak Chuli w Nepalu), Tomaž Jakofčič (Słoweńcy na Fitz Roy), John Varco (Saf Minal pierwsza droga północną ścianą), Freddie Wilkinson (The Fin Wall - nowa droga na Alasce), Sean Isaac (Nowe drogi na Alasce).
Niestety, jak to "czasami" w górach bywa, nawaliła pogoda. Tak fatalnych warunków nie było podobno, zdaniem organizatorów, podczas żadnego z dotychczasowych spotkań. Ciągły deszcz, wysoka temperatura i często bardzo silny wiatr kilkukrotnie sprawił, że musieliśmy zostać w ośrodku lub pojechać powspinać się w sportowych rejonach drytoolowych, albo wręcz na bouldery na wybrzeże.
Mimo to, udało nam się choć trochę poruszać. Na pierwszym piątkowym wykładzie dotyczącym specyfiki wspinania w Szkocji, o którym wspominałem już wcześniej, dowiedzieliśmy się, że przez pierwsze dwa dni będziemy się wspinać z Łukaszem razem w jednym zespole, a naszym opiekunem zostanie Simone Richardsone (autor przewodnika po Ben Nevisie; z różnymi partnerami lub solo powtórzył ponad 50 dróg z znajdujących się na tej górze).

Ściany Coire an Lochain
Ponieważ pierwszy poranek przywitał nas rzęsistym deszczem, tak jak i reszta zespołów za swój cel obraliśmy nieodległy od ośrodka rejon Coire an Lochain. Tam zobaczyliśmy, że Szkoci ze swym podejściem do wspinania klasycznego nie żartują. Z powodu fatalnych warunków droga o wycenie VI 6, w którą się wbiliśmy, była nie do przejścia. Simone, zamiast zazerować, zostawił kostkę i zjechał do nas na stanowisko. W takich to okolicznościach pokonaliśmy tam tylko krótką i bardzo łatwą śnieżno-lodową linię. Tego dnia, tak jak i inni zaproszeni goście, którzy także raczej się nie powspinali, zrozumieliśmy co oznacza określenie, że szkockie wspinanie to dużo chodzenia, a mało wspinania ;-) - trzy godziny podejścia, dwie zejścia, wspinania około 70 metrów.

Podejście pod Ben Nevis
Kolejnego dnia miało być lepiej, i rzeczywiście nie padało, tylko siąpiło. W totalnej mgle, zupełnie przemoczeni, po kilkugodzinnym podejściu, podczas którego zapadaliśmy się czasami po kostki w błocie (sama przyjemność) rozpoczęliśmy wspinaczkę na mitycznym Ben Nevisie. Za swój cel obraliśmy (tzn. zaproponował to nasz opiekun) znajdującą się w lewej części masywu drogę No 3 Gully Buttres. Ponieważ była to jedna z nielicznych linii nadających się tego dnia do wspinania, pod wejściem w drogę okazało się, że nie jesteśmy jedyni. Rozpoczął się tak dobrze nam wszystkim znany wyścig - każdy woli być "kamieniodawcą", niż "kamieniobiorcą". To właśnie ta chęć bycia nad wszystkimi, a przede wszystkim zupełny brak możliwości założenia sensownego stanowiska i niewygórowane trudności drogi sprawiły, iż około 300-metrową "trójkową" linię przeszliśmy w najczystszym ze stylów, czyli na "żywca". Na szczęście pod koniec, zagubieni w coraz to większej mgle, trafiliśmy na spionowany odcinek i ostatnią długość liny pokonaliśmy, już asekurując się, lodowym terenem wycenionym na szkocką IV.

Piknik na szczycie Ben Nevisa
Niestety następny dzień przyniósł nam już zupełną pogodową katastrofę. Szczęściem w nieszczęściu zbiegło się to z naszym dniem odpoczynkowym, wiec wraz z Łukaszem pojechaliśmy do pobliskiego kamieniołomu popróbować swych sił na tamtejszych drytoolowych drogach. Jakiś czas temu przewinęła się na łamach Brytana dyskusja o wycenach. W tym miejscu mogę tylko napisać, że drogi M7 i M7+ w Szkocji, na spitach, nie należą do najłatwiejszych, a na pewno trzeba je zaliczyć raczej do siłowych (jednostajne mniejsze, lub większe przewieszenie, bardzo długie ruchy miedzy dobrymi miejscami na "dziaby").
Tego dnia mieliśmy też przyjemność oglądać w akcji jednego z naszych sławnych opiekunów, którym był Dave Macleod, autor najtrudniejszej drogi na świecie na własnej asekuracji Rhapsody, a także najtrudniejszej szkockiej drogi zimowej The Hurting. Przy tej ostatniej zarzuca mu się jednak, iż wytyczył ją niezgodnie z tutejszymi zasadami, bo wcześniej zjechał linią i ocenił czy istnieje w ogóle szansa założenia na niej asekuracji. Oczywiście nic nie próbował zakładać, tylko oglądał ścianę. Ale w tym miejscu, gdzie liczy się styl i wieloletnia, przestrzegana tradycja, i tak zostało to uznane za niedopuszczalne.

Dave Macleod na M7
Kolejny dzień dla odmiany przywitał nas huraganowym wiatrem i dużym zagrożeniem lawinowym. Na codziennej porannej "odprawie" Nick Colton zasugerował, byśmy nie wychodzili w góry, gdyż wiatr jest tak silny, iż może nas zdmuchnąć z grani. W związku z tym większość uczestników udała się na wybrzeże, by spróbować swych sił we wspinaczce na klifach i rozrzuconych po plaży kamieniach. Mnie trafiła się okazja, o której wcześniej nawet nie marzyłem. Jeden z najbardziej szanowanych przeze mnie współczesnych alpejskich wspinaczy świata - Ian Parnell, zdecydowanie nie mógł usiedzieć na miejscu, a wizja wspinaczki na klifach go nie satysfakcjonowała. Zaproponował więc, byśmy "poszli się przejść", by zobaczyć jak wygląda sytuacja (już z ośrodka było widać, że raczej kiepsko). Naszym celem zostały ponownie ściany Coire an Lochain, gdzie pokonaliśmy drogę Bulgy wycenianą na VII, 8. Ian, który prowadził kluczowy wyciąg, z powodu fatalnych warunków wycenił go na VIII, 8.

Ian Parnell na Bulgy VIII, 8
Dla mnie ta wspinaczka była duża nauką, także tego, iż zimą warunki w Szkocji mogą się zmienić dosłownie w parę godzin. Najbardziej jednak z całego wyjścia zapamiętam jak pokonywaliśmy na kolanach (!) kilkadziesiąt ostatnich metrów, by dojść do znajdującego się na krawędzi ściany zjazdu. Wiatr był naprawdę silny i pierwszy raz w życiu po prostu bałem się, że zostanę zdmuchnięty. Notabene taki wypadek, niestety śmiertelny, miał miejsce dwa tygodnie przed naszym przyjazdem.
Ponieważ na środę zapowiadano w końcu idealną pogodę, praktycznie wszyscy uczestnicy spotkania udali się na Ben Nevisa. Od tego dnia wspinaliśmy się z Łukaszem już w oddzielnych zespołach i jemu, w towarzystwie Davida Gerrarda, udało się poprowadzić pierwszą lodową piątkę, Indicator Wall V, 5. Moim parterem został natomiast Stan Halstead, a naszym celem stała się droga Psychedelic Wall VI, 5. Jak się okazało, nie my jedni wspinaliśmy się na tej przepięknej linii (jej trudności w zastanych warunkach były odczuwalne jako lodowe WI4, za to asekuracja pozostawiała naprawdę dużo do życzenia). Zatem, delikatnie mówiąc, trochę zmarzliśmy i nie wykonaliśmy naszego zamierzonego planu, jakim były dwie drogi tego samego dnia.

Stu McAleese na "Psychedelic Wall"
Gdybym nie był tego dnia w tym miejscu, to bym w to nie uwierzył, ale w samym tylko masywie Ben Nevisa tego dnia wspinało się około 100 zespołów!!! Jestem prawie pewien, że to więcej różnych zespołów, niż przez całą zimę wspina się po polskiej stronie Tatr.
Kilku bardziej doświadczonych wyjadaczy, którzy lepiej tego dnia pograli z doborem drogi, zapisało na swoim koncie kilka "szóstkowych" linii lub zaliczyło jakieś inne bardziej ambitniejsze prowadzenia. Do takich na pewno należy trzecie (w wykonaniu Iana Parnella) i czwarte (autorstwa Johna Varco) przejście słynnej drogi Babylon (VII, 8).

Johna Varco na słynnej "Babylon" VII, 8
Ostatni dzień, jaki mieliśmy przeznaczony na wspinaczkę, większość z nas spędziła na "Benku". Niestety, warunki były już znacznie gorsze. Okazało się, że mimo słońca wiatr wiejący w nocy totalnie zmienił wygląd niektórych ścian (zostały całkowicie pokryte szadzią). Wspinając się w tym samym zespole co poprzednio Łukasz zrobił aż dwie drogi jednego dnia. Na tą łańcuchówkę złożyły się: Two Step Corner V,5 oraz Thompson's Route IV,4.
Nam razem ze Stanem udało się za to pokonać stosunkowo rzadko powtarzany wariant Hobgoblin VI,7. Początkowo naszym celem było podejście nim pod kluczowe trudności opisywanej wyżej drogi Babylon VII, 8 (obserwując dzień wcześniej przejście Johna, obiecaliśmy sobie, iż musimy tę linię pokonać). Jednakże ogromna ilość szadzi, jaką zastaliśmy w ścianie sprawiła, że skończyliśmy drogę wariantami za VI,6. Zdaniem Stana, w zastanych warunkach nasz kluczowy wyciąg mógł przedstawiać trudności VII (może VIII), 7, a ostatni mógł mieć wycenę VII 6. Prowadząc ten 45-metrowy, naprawdę trudny wyciąg, mój partner mógł założyć tylko dwa przeloty... Natomiast ja ze zdobywaniem kolejnych metrów na tym wariancie nie miałem raczej żadnych problemów, ale wyczyszczenie ściany z szadzi i założenie jakiegoś konkretnego punktu asekuracyjnego zajmowało mi naprawdę strasznie dużo czasu. Po moim przejściu na ścianie pozostał dość dziwnie wyglądający, ponad metrowej szerokości pasek czystej skały. Dla mnie to była kolejna nauka, iż w doborze dróg w Szkocji najpierw trzeba zwracać uwagę na pierwszy człon wyceny...
Ten dzień zapisze się generalnie jako jeden z lepszych w historii zimowego wspinania na Ben Nevisie. Udało się wtedy otworzyć aż trzy nowe ósemkowe drogi. I tak, Ian Parnell i Sean Isaac pokonali trzywyciągową, nową linię, którą nazwali Curly's Arete (VIII, 8). Nazwa tej drogi ma upamiętnić tragicznie zmarłą rok temu na Alasce Karen Curly McNeill (patrz Tragedia na Infinite Spur). Tuż obok tej linii znajduje się inna słynna szkocka VIII, mianowicie Sioux Wall. Jest to nowa nazwa, nadana starej hakowej drodze po jej pierwszym klasycznym przejściu w wykonaniu Parnella. Nazwa ta, od której nazwę przyjęła cała ta znajdująca się w masywie Ben Nevisa ściana, ma upamiętnić partnerkę Karen - Sue Nott.
Kolejna nowość należy do zespołu Viv Scott i Domagoj Bojko (pochodzącego z Chorwacji). Kluczowy wyciąg drogi, która otrzymała nazwę Salva Mea, zdaniem Scotta ma wycenę sięgającą stopnia VIII, 8.
Wspominany wyżej Dave MacLeod, w towarzystwie dwóch japońskich wspinaczy Hiroyoshi Manome i Katsutaka Yokoyama, wytyczył nową linię obok drogi Good Groove. Zdaniem autorów, będących jednymi z najlepszych aktualnie wspinaczy mikstowych świata, droga zdecydowanie powinna być wyceniona na VIII, 8.
Oczywiście tego dnia miały też miejsce ciekawe powtórzenia. I tak, trzeciego przejścia doczekała się wspomniana już wyżej droga Sioux Wall (VIII, 8), a także linie: Darth Vader (VII, 8) oraz Cornercopia (VII, 9).
Gdy w szampańskich humorach i nieźle zmęczeni (z tego "Benka" jest niemało dymania na dół) wróciliśmy do ośrodka w Aviemore, pozostało nam "świętowanie" naszych sukcesów i planowanie przyszłych wspólnych wspinaczek. Oczywiście wszystko to działo się w naszym ulubionym pubie "na pięterku", gdzie organizatorzy przygotowali imprezę w iście szkockim stylu, i gdzie my, po bywaniu co wieczór (czasami wielogodzinnym) przez cały tygodniowy pobyt czuliśmy się co najmniej jak w domu.
Na zakończenie chcielibyśmy wspomnieć o pewnym miłym akcencie. Brytyjscy wspinacze bardzo miło wspominają polskich uczestników (Jaśka Kuczerę i Marcina Rutkowskiego) ostatniego spotkania, które miało miejsce dwa lata temu.
Dla mnie pobyt w Szkocji był dużą nauką i przygodą. Zdziwiło mnie, jak bardzo rejon ten i specyfika tamtejszego wspinania przypomina mi znajdujące się w Karkonoszach Kotły Śnieżne, a także jak stosunkowo mało (w porównaniu np. z Tatrami) znajduje się tam w ścianach trawy (w końcu to tylko w Szkocji poza Polską używa się śrubek do trawy).
Patrząc przez pryzmat tego, co tam zobaczyłem, wydaje mi się, iż nasze zimowe wspinanie podąża w dobrym kierunku. Musimy tylko pamiętać, by w pogoni za trudnościami nie ograniczyć się do wspinania po małych ścianach, jak to miało miejsce w ostatnim sezonie. Jestem pewien, że klasycznie zimą można się wspinać na największych drogach znajdujących się na naszych największych ścianach.
Pozostaje marzyć, byśmy w Polsce, w Tatrach doczekali się ośrodka takiego, jaki ma BMC. Podobny meeting w naszych górach spotkałby się z ogromnym zainteresowaniem. Pamiętajmy, iż w świecie wspinaczkowym chęć zapoznania się z "polską, przewieszoną, zmrożoną trawą" dzięki artykułowi Wojtka Kurtyki zamieszczonemu w Alpinist Magazin ciągle rośnie...
Nasz udział w BMC/MCofS International Winter Climbing Meet 2007 wsparł finansowo i organizacyjnie Polski Związek Alpinizmu, za co serdecznie dziękujemy.
Osobiście chciałbym bardzo podziękować Łukaszowi za przemiłe towarzystwo i pomoc w organizacji całego przedsięwzięcia.
Maciek Ciesielski
Na koniec parę słów o wycenach. Podejrzewam, że dla części z Was, podobnie jak i dla mnie, nowością jest występowanie dwóch wycen koło siebie - rzymskiej i arabskiej. O co w tym chodzi?
Skale trudności opisuje cyfra arabska, np. 8. Jednak, jeśli chcemy dodać, iż asekuracja na drodze jest dobra, to wstawiamy przed arabską ósemką rzymską VII. Jeśli chcemy napisać, że asekuracja jest standardowa, wstawiamy rzymską VIII, a jeśli asekuracja na drodze słaba, to informujemy o tym, wstawiając rzymską IX.
Analogicznie byłoby z innym stopniem trudności, np. droga o technicznych trudnościach 5:
- IV, 5 - asekuracja jest bardzo dobra,
- V, 5 - asekuracja jest standardowa,
- VI, 5 - asekuracja jest słaba.
Naprawdę bardzo rzadko stosuje się dwustopniowy przeskok, np. V, 7 oznaczałoby bardzo dobrze ubezpieczoną drogę o trudnościach 7, a IX, 7 tak samo trudną technicznie drogę o asekuracji co najmniej fatalnej (nie wiem, bez asekuracji?).
Czasami można się spotkać z zapisem (sam go często stosuję w prezentowanych newsach) np. szkocka V, oznacza to, że droga ma trudności V, 5.
Wracając po raz kolejny do dyskusji o wycenach, o ile raczej bez problemów potrafiłem na drugiego pokonać techniczne trudności stopnia 8 i uważam, że nasze propozycje wyceny z Tatr Wysokich są odpowiednie, to zupełnie nie widziałbym się w zakładaniu na prowadzeniu asekuracji na takim np. wyciągu VIII, 8, nie mówiąc już o IX, 8. Być może jest to spowodowane specyfiką wspinania w Szkocji, tzn. naprawdę dużą ilością szadzi i stosunkową dużą ilością lodu, a w tym ostatnim, co pokazał nasz tegoroczny wyjazd do Kanady, jako reprezentant typowej, zimowej szkoły tatrzańskiej słabo się odnajdywałem. Ale to już zupełnie inna historia...
|