 |
W grudniu 2006 roku do Etiopii wyruszyła ekspedycja KGHM Climbing Expedition w składzie: Adam Borysiewicz, Mariusz Bartosik, Darek Jajor. Celem wyprawy było wytyczenie nowych dróg skałkowych w tym egzotycznym kraju. |

Etiopia to kraj naprawdę pełen niespodzianek i nieprzewidzianych sytuacji.
Nasze zamierzenia wspinaczkowe były skierowane na północ Etiopii, w rejon gór Tigray.
Aby tam dotrzeć trzeba poświęcić co najmniej trzy dni jazdy samochodem (600 km).

Po dosyć męczącej, ale i ciekawej podróży musieliśmy zlokalizować właściwe miejsce naszej eksploracji. To też nie było takie łatwe, bo nawet w lokalnych biurach, czy w rozmowach z mieszkańcami nikt nic nie wiedział. Mieliśmy jednak trochę informacji od Belgów, którzy działali w tym rejonie kilka lat temu.
W wiosce znaleźliśmy kogoś, kto pamiętał Belgów i pokazał nam miejsce, gdzie się wspinali. Jak się okazało, pierwsi eksploratorzy nie utworzyli kompletnych dróg wspinaczkowych -założyli jedynie stanowisko na górze, służące do działań na wędkę. Poza tym tak naprawdę były to raczej małe ścianki i mało konkretny wspin.

Jezioro Asagne (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.

Tigray (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.
Po dwóch godzinach przeszukiwania terenu dotarliśmy pod piękną ścianę - lita skała, ostro przewieszona, a widok, jaki rozpościerał się w oddali, zapierał dech w piersiach. Właśnie tam postanowiliśmy stworzyć prawdziwe i kompletne drogi wspinaczkowe. Skała nosi nazwę Mba Wesseya, a przepiękna góra, którą widzieliśmy w oddali to Mba Salama. Oczywiście tubylcy, totalnie zdziwieni naszymi planami, pukali się w głowę.

Nasza ściana - Mba Wesseya (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.

Prace na Mba Wesseya, w tle Mba Salama (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.
Góry Tigray to miejsce całkiem dziewicze, praktycznie niezbadane. Ściana, którą wybraliśmy jest świetnie umiejscowiona - do 17.00 zacieniona, tak wiec upały nam nie doskwierały, a baza za dnia w słońcu. Jedyną naszą udręką podczas tworzenia pierwszej drogi były osy i pchły (stąd nazwa Flea dance).

Na "Flea Dance" 7c (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.
Po blisko półtoratygodniowej pracy stworzyliśmy cztery nowe drogi o trudnościach od 7a do 7c:
- Laila, laila 7b+,
- Tyr tyr... donkey 7b,
- No power 7a,
- Flea dance 7c.
Pewnie można by i więcej, bo miejsce jest rewelacyjne. Na ścianie są możliwości do wytyczenia dróg nawet powyżej ósemki. Jedyny problem to ładowanie akumulatorów, najbliższy prąd w okolicy to doba drogi, a i włączany jest tylko wieczorem na dwie godziny.
Drogi ubezpieczyliśmy w plakietki Konga i kołki 10mm.

Mba Wesseya z naszymi drogami (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.
Każdego dnia towarzyszyli nam mieszkańcy okolicznych wiosek. Bardzo często pytali: Po co to robicie? (oczywiście nie po angielsku). Dla tych ludzi nawet pusta butelka, czy kawałek sznurka są wartościowe. Nasz worek ze śmieciami był codziennie rezerwowany - totalny recykling. Pewnego dnia do naszego obozu przyszła kobieta w siódmym lub ósmym miesiącu ciąży. Przyniosła na plecach 20-litrowy baniak wody! A żeby nie wracać "na pusto" do domu, nazbierała sobie wielką górę opału... Opadły nam szczęki...
 
Kobieta, co z wodą przyszła i rozdajemy prezenty (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.

Kobiety z plemienia Hammerów

Klasyczny dom (fot. Adam Borysiewicz)
Więcej zdjęć w galerii.
Ale to nie był koniec naszych zadziwień w Etiopii. Opowiem wam historię, która wydarzyła się nam naprawdę. Długo się zastanawiałem, czy ją opisywać, nie chciałem odstraszać ewentualnych eksploratorów Etiopii. To kraj trudny, no chyba, że masz naprawdę dużo pieniędzy i nie zbaczasz z utartych szlaków.
Po sportowych wyczynach w górach Tigray postanowiliśmy odwiedzić Laliebele, wpisaną na Światową Listę UNESCO miejscowość z wykutymi wewnątrz wzgórz kościołami.
Wynajęliśmy busa i wyruszyliśmy. Zapadła noc. Na wysokości około 3000 m n.p.m. dopadła nas mgła. Kierowca odmówił dalszej jazdy. Ludzie z wioski, którą mijaliśmy, też odradzali podróż. Prawie siłą nakłoniliśmy kierowcę do dalszej drogi.
Po pół godziny jazdy minęliśmy mgłę, nastroje nam się poprawiły, śpiewaliśmy piosenki. Nagle na drodze pojawił się zamaskowany mężczyzna z karabinem. Krzyczeliśmy do kierowcy, żeby się nie zatrzymywał, tylko dodał gazu! On jednak był już tak przestraszony, że pokornie się zatrzymał. Bandyta zażądał pieniędzy, groził karabinem. Dostał równowartość kilku dolarów, ale nas nie puścił, kazał czekać... Byliśmy coraz bardziej przestraszeni. Bandyta wracał co chwilę po coraz więcej pieniędzy.
Nagle pojawiła się nadzieja - z naprzeciwka nadjeżdżał samochód. Nasz kierowca, nadal przerażony, odrzucał nasze plany ucieczki. Tymczasem bandyta okradał pasażerów drugiego samochodu... potem trzeciego i czwartego. Kiedy w końcu odmówiliśmy dania mu dalszych pieniędzy, strzelił w nasz samochód w stronę kierowcy. Na szczęście kula zatrzymała się gdzieś na układzie kierowniczym. Zauważyliśmy, że po tym strzale napastnik wyjął magazynek z karabinu. Nikt z nas nie był w wojsku, ale wykalkulowaliśmy, że teraz mógł mieć nie więcej niż dwie kule... Wszystko trwało już blisko dwie godziny, byliśmy coraz bardziej przestraszeni... Zacząłem jednak krzyczeć do napastnika, że nie mamy już gotówki, tylko karty kredytowe! To było oczywiście kłamstwo. Nie zamierzaliśmy oddać mu już ani centa powyżej tych około 20 dolarów, które wcześniej dostał. Krzyki na chwilę pomogły, ale dalej byliśmy terroryzowani.
Gdy bandyta przechodził obok naszego samochodu by zatrzymać piąte auto, nagle postanowiłem zadziałać... Uderzyłem go drzwiami samochodu, wybiegłem za nim, dopadłem w rowie, okładałem pięściami, wściekły krzyczałem na niego (słowa, których nie mogę tu przytoczyć). Dobiegł Mariusz i praliśmy go już we dwójkę!!! Nagle nad naszymi głowami rozległy się strzały!!! Ktoś strzelał nad naszymi głowami z broni maszynowej! Chwilę to trwało, a my w dalszym ciągu nie widzieliśmy naszego kolejnego napastnika. Myśląc, że to straszak, krzyczałem do Mariusza: Manio, to ślepaki! Rzucaj w gościa kamieniami! Mariusz złapał kamień i cisnął w plecy gościa z karabinem! Wtedy wśród strzałów pojawiły się okrzyki po angielsku: Nie strzelaj, jesteśmy policjantami!
Trzymając wciąż bandytę, obróciłem się i zobaczyłem człowieka wyglądającego jak partyzant. Z podniesionymi rękami i karabinem podchodził i powtarzał: Jestem policjantem! Jestem policjantem! Do rowu wbiegło następnych dwóch mężczyzn, podali nam przyjaźnie ręce, a bandytę zaczęli bić karabinami. Puściłem go i zaczęliśmy przyglądać się jak policjanci rozprawiają się z terrorystą. Do policjantów przyłączyli się pasażerowie z innych samochodów. Prosiłem, by już przestali, ale co chwilę ktoś jeszcze podbiegał i kopał bandziora. Gdy był już całkowicie bezsilny i bez szans na ucieczkę, policjanci i cywile ściskali mnie, gratulując i dziękując...
Załadowaliśmy bandytę do naszego busa i pojechaliśmy do pobliskiej wioski. Strzałami na wiwat policjanci zbudzili mieszkańców, którzy zbiegli się, by obejrzeć bandziora, i... pogratulować białemu człowiekowi ujęcia bandyty. Okazało się, że bandzior terroryzował okolicę od dłuższego czasu. Policjanci szukali go i z tego powodu tę noc spędzali w wiosce. Wiedział o tym pasażer drugiego auta, który po kryjomu uciekł i dotarł do wioski. Tak się złożyło, że w momencie naszego ataku byli oni już w pobliżu. Ja tylko uprzedziłem ich akcję.
Potem czekała nas jeszcze wizyta na posterunku policji, gdzie policjanci dalej znęcali się nad bandytą. W końcu my pojechaliśmy do Lalibeli... a nasz bandyta zostanie najprawdopodobniej rozstrzelany...
|