13 sierpnia w lawinie podczas ataku szczytowego na K2 (8611 m) zginęła czwórka Rosjan: Yuri Uteshev, Alexander Foigt, Piotr Kuznetsov i Arcady Kuvakin (patrz news).
W atakującej szczyt grupie był Jacek Teler, o to jego relacja z tego tragicznego wydarzenia, pochodząca z sms-owego blogu Jacka.
Jestem już w bazie po 17 dniach mojej Odysei. 12-go popołudniu wyśniło się nasze marzenie. Pogoda jakiej nie było tu miesiąc. Albo jutro albo w ogóle.
Pamiętam poruszenie przygotowań, Rosjanie nazywają to 'kuraz'. Dzielimy się resztkami jedzenia i gazu. Ponieważ idzie siarczysty mróz a to moja druga noc bez śpiwora na 7800m proponuję, żeby z racji pełni pójść już przed północą. Rosjanie wolą jednak rano. Praktycznie nie śpię: rozcieram nogi przygotowuję sprzęt.
Droga wyjścia na K2
(prawe zdjęcie i topo J. Kurczab)
Ruszamy o trzeciej. Rosjanie na tlenie, więc ciężko za nimi nadążyć. Pierońsko zimno, na szczęście teren staje dęba i śniegu już nie po pas. Zbliżamy się do osławionego butelnecka, a nad głowami rośnie przepiękny i przerażający grzyb/serak, który patrzący z doliny biorą za szczyt K2.
Wszędzie ścielą się odłamki lodu twardego jak granit. Ostatnie parędziesiąt metrów pionu na wysokości 8200 to katorga dla płuc, rąk, nóg i psychiki. Potem cudowna półka. Klepię zielony lód, Jura pali papierosa, Banjo jak zawsze hałasuje domagając się uwagi.
Ruszamy dalej: trawers okrążający grzyba, ostatnie trudne technicznie miejsce. Około10.30 siódemka z nas jest już powyżej grzyba. Pozostaje przejść na drugą stronę zbocza, do skał i do szczytu jakieś 2-3 godziny tuptania w śniegu. Dochodząc do stanowiska widzę dwójkę, która przede mną rusza w poprzek zbocza. Uradowani już bez grymasu napięcia i strachu. Potem zawaliło się niebo...
Ruszył śnieg nade mną. Zdążyłem zacisnąć prusa, wbić czekan i wyszeptać: Jezus Maryja! Marta! I rozpłaszczyć się na lodzie jak żaba. Uderzenie...
Napór mas śniegu ustał, sprawdziłem po omacku czekan, węzeł. Zdjąłem zalepione śniegiem gogle i sprawdzam ludzi. 60m pode mną dwóch (Rosjanin i Irlandczyk). Macham, ale nie widzę nikogo przed sobą.
Wspinam się do haka, któremu m.in. zawdzięczam życie. Wyszedł do połowy, poprawiam go i dopiero teraz zauważam, że idąca od niego w poprzek zbocza lina jest zerwana. Zwijam jej resztki i czekam aż dwójka poniżej mnie podejdzie. Na tych resztkach muszą mnie zaasekurowac, bo trzeba zobaczyć, co tam z pozostała szóstką. Dostrzegam dwóch schodzących, chaotycznie, nerwowo. Ostrzegam, że tu wymiotło do szczerego lodu, rzucam linę.
Byli w szoku. Przeżyli, choć lawina zabrała, dwójkę przed i dwójkę za nimi, a jej impet dosłownie zmiótł ludzi w 3-kilometrową przepaść. Natychmiast w dół! zarządziłem. Ratować tyłki i rozglądać się za kolegami. Tych dwóch w szoku bierzemy w środek, zachować odległość, obciążać liny i na stok. Pojedynczo. Go, go!
Zjeżdżam ostatni. Przesadnie poprawiam każdy węzeł, każdy hak lustrując ściany, półki uskoki. Szepcząc modlitwy to za zmarłych, to za nas uchodzących.
W C4 jesteśmy ok. 14.00. Ani śladu ciał. Decyzje - do C3 schodzimy jeszcze dziś, ale ze względu na duże ilości śniegu w serakach dopiero po 18.00. Zawiadamiamy bazę o wypadku Ogłaszam embargo na jakiekolwiek kontakty z mediami do momentu zejścia do bazy - dla dobra naszych bliskich, jak się potem okazało.
Irlandczyk Banjo złamał je od razu, a media w jego kraju poprzekręcały fakty, raz uśmiercając nas wszystkich, raz nikogo. Nie wybaczę skurw... Dea dni strachu naszych bliskich! Droga do C3 śnieżna, kreta, ale w miarę bezpieczna, nie licząc zachowania Irlandczyka, które było tak skandaliczne, że wszyscy trzej Rosjanie po kolei wypinali się z liny, uznając ze schodzenie solo jest mniej niebezpieczne niż jego towarzystwo.
W namiocie Banjo padł jak mucha. Przykryłem go, napoiłem i poszedłem do Rosjan. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy po kwadransie wpada Irlandczyk okładając nas czekanem wyjąc żeśmy go zostawili. Odebraliśmy broń i po konsultacji z doktorem w bazie podaliśmy leki i tlen. Pochlipał, pochlipał i zasnął. Dopiero teraz wolno nam, a i to przez chwilę, być tylko ludźmi. Tu w zawiei, na 7400m, koniakiem wznosimy toasty za przyjaciół, ocierając oczy, pytając o sens tego co nas spotkało.
Nazajutrz przy fatalnej pogodzie schodzimy dalej. Po 17 dniach nie poznaję drogi. Na przedpolu C1 po prostu nie ma już lin, jak i obozu. Po drodze łamię raka (drugiego do pary z tym na Evereście). Idę więc wolno, ale to dobrze, jest czas pomyśleć. Do ABC docieram już w nocy. Pić, spać!
Smutny to obrzęd, tabliczka z imionami kolegów zawiśnie na symbolicznym cmentarzu. Nie mamy ciał - stały się częścią GÓRY. Otcze nasz, iże jesz w...
Jacek Teler
Jacek Teler - filozof i terapeuta. Związany z Papieską Akademią Teologiczną w Krakowie. Współpracuje z ośrodkami dla nieletnich i bezdomnych.
Na koncie górskim ma ponad 30 wysokogórskich wypraw na czterech kontynentach m.in.:
"Polska Zimowa Wyprawa na K2 2002/2003" Krzysztofa Wielickiego
zdobycie Piku Pabiedy (15 VIII 2004) uchodzącego za najtrudniejszy siedmiotysięcznik świata, uhonorowany za to wyróżnieniem Polskiego Związku Alpinizmu oraz nominacją do "Kolosów 2005"
przygotowanie i przeprowadzenie samotnej wyprawy na Mount Everest 2005
Uzyskał także rangę przewodnika górskiego w niezwykle trudnych i różnorodnych górach dawnego "Sojuza", a także w górach Afryki i Ameryki Południowej. Wielokrotnie uczestniczył i zarządzał akcjami ratunkowymi na tamtym terenie.
lawina na k2[1]
o ja pierdole. ja to moze
mietki ziomek jestem ale ciary
po pleca mi przechodza....
zawsze, za kazdym takim
newsem. ale jak czytam co
Jacek pisze.... jakos tak
bardziej....
ja pierdole.