20 kwietnia 2006

 

Campus Explorers - Laos 2006 - Wspinać się nie jest łatwo

Pierwsza część relacji: Campus Explorers - Laos 2006 - Witajcie w Laosie

Z abstrakcyjnym dokumentem w dłoni, jak sądzimy pozwoleniem na wspinanie, wydanym przez władze w miasteczku Luang Prabang upychamy nasze bety do ciężarowej wersji Tuk-Tuka by udać się 30 kilometrów na północ do wioski Pak Ou. Mamy zamieszkać w domu "głowy wioski", sądzimy więc, że skończą się nasze kłopoty i uda nam się nadrobić czas, który minął w oczekiwaniu na bzdurny permit.


Wioska Pak Ou i ściany - widok z Mekongu
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)

Pływając w tym czasie pod ścianę łódką z Luang Prabang (2godziny w jedną stronę) obczailiśmy już potencjalne miejsca na nowe drogi i pogodziliśmy się z faktem, że innego wspinania w Laosie po prostu nie ma. Jeśli chcemy się więc wspinać musimy jak najszybciej poprowadzić swoje drogi.
Rzuciliśmy się więc na masywnie przewieszoną ścianę wyrastającą wprost z wód Nam Ou.

Wcześniej z łódki wypatrzyliśmy piękną ryskę biegnącą diagonalnie w prawej części ściany. Tam gdzie łódka mogła wygodnie zaparkować, a maleńkie wysepki i wielkie głazy tworzyły wymarzone półeczki do rozłożenia się ze szpejem i asekuracji.


Chłopaki wreszcie mają zajęcie...
(fot. Sławek Sławatecki/Hybryda Studio)

Przedarliśmy się przez dżunglę i zjechaliśmy z wierzchołka jakieś 100m, mijając łatwy skalny teren pełen porostów. Na krawędzi przewieszenia skała zmieniła nagle kolor, a pomarańczowy idealny do wspinu wapień rozbudził nasze nadzieje.


Gacek na "Five Dollars For Each"
(fot. Sławek Sławatecki/Hybryda Studio)

Założyliśmy stanowisko, a majtające się pod nami końcówki lin pokazywały jak konkretny przewis sobie upatrzyliśmy. Wreszcie powstaje 35-metrowa wytrzymałościowa linia o trudności 7b+ i nazwie adekwatnej do naszej rzeczywistości Five Dollars For Each.

Droga prowadzi nieprawdopodobnymi formacjami, a o jej pierwsze przejście postarał się Sławek. Mamy nadzieję, że będzie ona preludium do naszej wspinaczkowej działalności w tym rejonie.
Po kolejnych kilku dniach morderczej eksploracji w 45 stopniowym upale (na szczęście ściana przez większość dnia znajduje się w cieniu) postanowiliśmy zrobić resta.


Lanie wodą nie na żarty...
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)


Dziadek opiumowy - czołowa postać w Luang Prabang

(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)

Uzupełnienie żywności na targu w Luang i chłodny LaoBeer wydawał się idealnym pretekstem do chwilowego wyrwania się z wioski gdzie wszyscy razem i każdy z osobna po kilka razy dziennie nagabywali nas o uiszczenie rozmaitych opłat "klimatycznych". Począwszy od wspinania (co sprytniejsi kombinatorzy twierdzili, że nasze pozwolenie jest jedynie na pobyt we wsi, a za wspin mamy właśnie im zapłacić..), a skończywszy na .samym oddychaniu. Klimat w Pak Ou może i wyjątkowy, ale jakoś go nie czuliśmy, z przyjemnością więc leczyliśmy skórę na palcach w pobliskim miasteczku gdzie można było choć przez chwilę pozostać incognito.


Szczur usiłuje ujść przed przeznaczeniem...
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)

Po powrocie okazuje się, że nasz gospodarz z rodziną nie odwzajemnia naszego "Sabadiee" i szerokich powitalnych uśmiechów. Z grobową miną pokazuje nam na migi, że permit jest już nie ważny i nie możemy dłużej tu zostać! Nasz mówiący kilka słów po angielsku kierowca Tuk-Tuka jak na zawołanie wyjął kolejny papier pisany pismem robaczkowym i opatrzony mnóstwem pieczęci. Po kilkugodzinnej analizie, przez starszyznę i przedziwnego gościa w mundurze i klapkach, który się nagle pojawił, głowa wioski uznała, że to nie ten dokument! Musimy więc jechać do miasta i organizować nowy papier.

Wkurzeni na maxa rozliczamy się za spanie i wrzucamy cały bet do tego samego Tuk-Tuka, którym przyjechaliśmy rano. Kolejny dzień chyli się ku zachodowi, a nasze buły miękną z dnia na dzień, niestety nie od wspinu lecz od upałów i ciągłego przerzucania plecaków.


Wat buddyjski
(fot. arch. Jacek Kudłaty/SIGMA Pro-fotografik)

Mamy najgorętszy miesiąc w roku, nawet w stosunku do upalnej Tajlandii czujemy spadek mocy o jakieś 50% , a kolejne zatrucia w ekipie (ponoć normalka dla białasów) tylko stan ten pogłębiają. Do tego kompletne mleko na niebie, słońca nie widać w dzień, a 35 stopni w nocy nie pozwala na sen. Współczujemy Amerykańcom, którzy zabawiali się tu w wojnę i kumamy czemu dostali w tyłek. Kumamy też czemu, aż 600- osobowa (!) ekipa Francuzów kolonizująca ten kraj zostawiła majątki komunistom i opuszczała go bez większego żalu.

W drodze powrotnej Tuk-Tuk-owiec, który w całej zawiłej atmosferze sprawiał wrażenie, że nam sprzyjał nieco się rozkręca i daje nam delikatnie do zrozumienia, że "głowa wioski" nas nie chciała, bo nie dawaliśmy się golić z kasy.

Wracamy więc do punkt wyjścia, na brzeg Mekongu w Luang Prabang, marząc o tym by wreszcie wspinanie zabrało nam tyle czasu co kolejne dogadywanie się gdzie chcemy dopłynąć i targowanie o cenę za wynajęcie kolejnej łodzi.

Więcej zdjęć w galerii Campus Explorers - Laos 2006

 

Zgłoś b#322;ąd
Komentarze: Dodaj swój wątek
Brak komentarzy

 

wspinanie.plserwisbiznes newstopogaleriaforumogłoszeniaszkoły wspinaczkowelinkisklepksięgarniaredakcjawspółpracuj z nami!
Webmaster. Copyright (c) by wspinanie.pl.