Spotkanie w Klubie pod Jaszczurami, Marmot Tour Poland, 30 III 2006
W czwartek 30 III w krakowskim "Klubie pod Jaszczurami" odbyło się spotkanie ze Stefanem Glowaczem i Marcinem Tomaszewskim w ramach odbywającego się Marmot Tour Poland - dzisiaj, 31 III, o godz. 19.00, ostatnia odsłona - wieczór w kinie Kijów w Krakowie.
Klub Pod Jaszczurami (fot. W. Słowakiewicz/wspinanie.pl)
Goście ze swobodą odpowiadali na pytania prowadzących i publiczności. A oto niektóre wątki jakie pojawiły się w rozmowie.
Spotkanie, od prawej: Tomasz Przesmycki (tłumaczenie), Stefan Glowacz, Marcin Tomaszewski, Piotr Drożdż (Góry), Piotr Turkot (wspinanie.pl) (fot. W. Słowakiewicz/wspinanie.pl)
Publiczność spotkania Pod Jaszczurami
(fot. W. Słowakiewicz/wspinanie.pl)
Stefan Glowacz:
Dla mnie wspinanie to nie jest ani sport ani zawód, to coś zdecydowanie więcej. Myślę, że dla każdego wspinacza - sportowego czy górskiego - wspinanie to przed wszystkim jest inspiracja, pasja. Dla mnie liczą się naprawdę cele, które sobie wyznaczam i które muszę zdobyć we wspinaniu. To oczywiście także przyjemność jaką mi ono daje.
Stefan Glowacz (fot. W. Słowakiewicz/wspinanie.pl)
Podróżowanie jest bardzo ważną częścią wspinania. To taka dyscyplina, w której sama podróż ma niezwykłe znaczenie, nawet czasami większe niż aspekt sportowy.
Gdy zaczynałem się wspinać dużą inspiracją były dla mnie postacie więlkich wspinaczy tamtych czasów: Kurta Alberta i Wolfganga Gullicha. Jednak nie chodziło mi tylko o ich osiągnięcia sportowe, ale przede wszystkim pociągała mnie i fascynowała ich filozofia życia, sposób w jaki się wspinali, w jaki rozumieli wspinanie, wolność jaką żyli. Wydaje mi się, że to było ważniejsze niż tylko i wyłącznie ich poziom sportowy.
We wspinaniu jest wiele dziedzin, każdy musi znaleźć tę ściężkę, którą chce podążać. Tak było w przypadku Gullicha i moim. Główna różnica pomiędzy nami polegała na tym, że ja byłem przede wszystkim wspinaczem onsajtowym, wspinałem się po drogach, których wcześniej nie znałem. Wolfgang natomiast pracował nad jedną drogą czasami wiele tygodni aby ją w końcu zrobić. Każdy z nas realizował się w tym co robił najlepiej.
Marcin Tomaszewski i Stefan (fot. W. Słowakiewicz/wspinanie.pl)
Rola w filmie "Krzyk Kamienia" to był wielki bardzo ważny moment w mojej karierze, na dodatek bardzo ekscytujący. Przebywanie z takimi postaciami jak Donald Sutherland czy Werner Herzog to było wielkie doświadczenie. Byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem i kiedy zaproponowano mi rolę w tym filmie byłem zachwycony - sen stał się rzeczywistością - pomyśłałem. Niestety na końcu byłem sfrustrowany. Początkowy scenariusz oparty na opowiadaniu Reinholda Messnera dostał się bowiem w ręce producenta wszystkich filmów Herzoga. Niestety producent przerobił znacząco skrypt. W zasadzie Sutherland oraz ja zgodziliśmy się zagrać w tym filmie po przeczytaniu oryginalnego scenariusza - to była naprawdę dobra historia.
Na samym początku kręcenia filmu zaczęły się kłopoty ponieważ zaczęto dalej zmieniać scenariusz. Wiele scen musieliśmy kręcić wielokrotnie - dwa razy wróciliśmy po to do Patagonii. W związku z tym ten film stał się jednym wielkim chaosem - z oryginalnej wersji scenariusza zostało może 20%. Wydaje mi się, że gdyby pozostać przy początkowej wersji to wtedy film byłby dużo lepszy.
Podczas kręcenia tego filmu odkryłem aktorstwo. Przez pewien czas nawet myślałem czy nie rozpocząć kariery filmowej. W czasie prac dużą pomocą był dla mnie Donald Sutherland, będący doskonałym aktorem. Opiekował się mną na planie - ja przecież nie miałem pojęcia o aktorstwie. Kiedy pracowaliśmy wspólnie, prowadził mnie tak, że na koniec traciłem poczucie, że jesteśmy filmowani. Po zakończeniu sceny "budziłem się" i zdawałem sobie sprawę, że coś nakręciliśmy.