Bratislava, Aupark, sobota 3 grudnia 2005, 8 rano. W największym trzypozimowym centrum handlowym właśnie rozpoczyna się życie. Hektary wypolerowanej posadzki, nieskazitelnie czyste szklane ściany butików, równiutko ułożone niezliczone ilości najrozmaitszych towarów. W tym wszystkim krzątające się miłe, uśmiechnięte dziewczyny nauczone sprytnych sztuczek aby uszczęśliwić nas zalecając nam kolejny produkt. Skutecznie pomniejszając zasobność naszego portfela, tym samym doprowadzając nas do frustracji, że zakupów nadszedł kres.
Tuż obok tego wypieszczonego cyrku, pomiędzy parkingami stoi surowe paździerzowe urwisko - lezecka veźa. Różni się od typowej sztucznej ścianki wyposażeniem, oprócz normalnych chwytów, przykręcone są krążki do hokeja, deski, pniaki a na łańcuchach wiszą drewniane belki i bale. Kręci się tutaj dwukrotny mistrz Dodo Kopold, twórca dróg na tej ścianie i gospodarz dzisiejszej imprezy - Drytooling Cup 2005.
Te dwa miejsca mają jeden mianownik, aktorami będą ludzie, ale całkowicie różniący się od siebie. Wjazd na imprezę kosztuje 150 SK, zapewnione jest uczestnictwo, micha obok w polowym namiocie i karetka, na szczęście bezrobotna tego dnia.
O 10 jest już spora grupa pretekarov z Słowacji, Czech, Niemiec i Polski. Najpierw sprawy formalne, rejestracja, opłaty, losowanie numerów startowych. Dodo tłumaczy pravidla dzisiejszych zawodów. W tym roku ladovi lezcy nie mogą używać ostróg oraz chwytać się rękami ściany. Poruszać się można w obrębie obszarów zakreślonych czerwonym kolorem, jedynie przy pomocy dziabek i raków. Natomiast area oznaczona modrą farbą to chyty dla sekadel.
Zawody zaczynają żeny, z umiejętnościami bywa różnie, ale jest kilka wartych grzechu :). Dla facetów przygotowano same prewisy i dachy, walka trwa, doping na maksa "pot, pot, pot, masz moc" wyją kibice, a wszystko wzmacnia rytmiczna muza.
W szpeju dominowały oczywiście Ergo, natomiast ciekawostką były zintegrowane maćki do drytoolingu produkowane przez Triopa w przyzwoitej cenie.
fot. M. Cholewa
Finały zaczęły się po zmroku. Ze strefy, kolejno wychodziły dziewczyny, większość uwalała się po trawersie przy wejściu w przewieszkę. W przewieszce zaś dalekie sięgnięcia skutecznie eliminowały kolejne zawodniczki wyłaniając mistrzynię. Było na co popatrzeć.
Największe emocje zostały na koniec, dziesięciu facetów na pamięć uczyło się choreografii drogi finałowej. Temperatura spadła poniżej zera, a publiczność zachowywała się jak klawiatura szalonego pianisty próbując się rozgrzać. Obok przy dźwiękach słodkiej muzyki, w cieple i bez pośpiechu mieszkańcy stolicy pchali wózki wyładowane różnościami. Wychodząc ze zdumieniem przecierali oczy nie mogąc zrozumieć jak można wbrew ciążeniu wisieć na suficie nie używając superglu dostępnego na stoisku przy kasie.
Tym czasem chlapów odizolowano. Wychodzili przywiązani do liny i prowadzeni wśród divaków przez asekuranta niczym Janosik na śiubienicę. Startowali drewnianą belką, przewijając się na przewieszkę, tam trawers skosem do góry z dalekimi sięgnięciami, przewinięcie w suficie na następną przewieszkę po pokonaniu której czekała wisząca rampa a za nią wiszący walec.
Emocje nie do opisania, Ci którym udało się pokonać przewieszki spadali z dyndającej deski. Ostatni zawodnik pokazał klasę, szybko zorientował się, że zapinanie czwórek nadmiernie bułuje i niewiele daje, zwiesił się więc na rękach i kolejno zadając ze szmaty: ako jediný elegantným ale dramatickým výkonom dosiahol top.