"Nanga Parbat" Davida Torresa to w gruncie rzeczy ewenement na polskim rynku literatury górskiej. Nie jest to książka wspomnieniowa, wyprawowa, czy faktograficzna. Mamy do czynienia z literaturą piękną i to w bardzo ciekawym wydaniu. Torres pisze o emocjach, fascynacjach, obsesjach, które pojawiają się w życiu niezależnie od tego czy dotyczą himalajskiego ośmiotysięcznika, czy też innego obiektu ludzkich pasji.
Autor "Nangi..." jest "tylko" pisarzem, nie znane mu jest wspinaczkowe rzemiosło i można by w tym momencie powiedzieć, że to zaleta tej książki. Nie znajdziemy w niej opisów żmudnego podchodzenia w rozrzedzonym powietrzu - oklepanego "wbijam czekan, robię dwa kroki..." Przygniata natomiast ilość natchnionych porównań i metafor. Powiem szczerze, że aż za bardzo - galopującej poetyce książki bliżej miejscami do kiczu i grafomanii. Mamy zatem do czynienia z wszelkimi epitetami dotyczącymi Góry. Już sam początek książki zaczyna się fragmentem wiersza Rilkego, co stawia pozostałym stronicom nie lada wyzwanie. Odniesień do motta książki jest jednak więcej - Nanga to "anioł z rozpostartymi skrzydłami", Angel to imię głównego bohatera, aniołem w pewnym momencie "staje się" również jego ukochana osoba... Zresztą ilość aniołów w tym dziele osobiście mnie trochę przeraziła, zwłaszcza, że głównie niosą one zagładę... - jako, że "piękno jest tylko przerażenia początkiem".
"Nanga Parbat" to jednak ciekawy zapis chorobliwej obsesji Górą, mimo iż diagnoza trochę przypomina nieudaną próbę opisu motywacji alpinistów jaką wykonał Werner Herzog w "Krzyku kamienia". Obsesji, która prowadzi do destrukcji, nie dając przy tym żadnej odpowiedzi czy warto ulegać takim zmaganiom... Odniosłem wrażenie, że jednak Autor lepiej radzi sobie z opisem nie alpinistycznych emocji oraz perypetii życiowych Sandry - biernej bohaterki powieści.
We wstępie Javier Reverte doszukuje się w książce Torresa odniesień do mannowskiej "Śmierci w Wenecji". Wydaje mi się, że jest to zbyt daleko idące porównanie - "Nanga..." jest zbyt rozdygotana i mimo swej poetyki zbyt jednoznaczna. A opisane w niej góry nie są aż tak biernym obserwatorem ludzkich tragedii jak senna Wenecja, chyba, że chodziło mu o inny aspekt ludzkich namiętności ale w tym wypadku byłaby to jeszcze większa nadinterpretacja...
Nie zmienia to jednak faktu, że wydawnictwo Stapis prezentuje ciekawą pozycję, która bez wątpienia urozmaica klasyczną ofertę literatury górskiej, a co najważniejsze udowadnia, że wspinanie to nie tylko magia trudności i logistyka, o czym wielu z nas na co dzień zapomina :-)