Piotr Pustelnik i Piotr Morawski wycofali się z ataku szczytowego.
Obecnie przebywają w bazie głównej.
W ciągu prawie dwóch miesięcy wyprawy udało im się położyć ponad
2500 metrów lin poręczowych i pokonać główne trudności ściany.
Pracowali przeważnie w złej pogodzie, przy bardzo ograniczonej
widoczności. Szczyt wydawał się bliski. Niestety ze względu na
wyczerpanie fizyczne, kierownik wyprawy podjął decyzję o odwrocie.
Opis wydarzeń ostatnich dni, w "gorącej" relacji Piotra Morawskiego
poniżej.
Olga Morawska
"Droga Bonningtona" na południowej ścianie Annapurny. Linia czerwona pokazuje drogę zrobioną przez wyprawę i obozy, które zostały założone (stan na 8 maja). Linia zielona to przewidywana droga na szczyt z jednym obozem pośrednim (trójka na wysokości 7400 m). Fot. www.piotrmorawski.com.
Żegnała nas burza i grad.
Finał był niespodziewany. Chociaż pewne wydarzenia dało się
przewidzieć.
Odpoczywaliśmy w dwójce cały dzień, wydawało się, że
wystarczająco. Mieliśmy iść następnego dnia, dokończyć
poręczowanie, założyć obóz III, przespać się i ostatecznie
zaatakować. Jeszcze sporo roboty, ale w końcu było nas czterech.
Dużo nawet jak na czwórkę - myślałem wtedy. Ale przy zgranej pracy
musi się udać.
Annapurna
8091 m n.p.m.
Pierwsze wejście:
3.VI.1950 - M. Herzog, M. Lachenal (Francja)
Pierwsze polskie wejście i pierwsze zimowe:
3.II.1987 - A. Hajzer, J. Kukuczka
Noc minęła spokojnie i o 4 rano zaczęliśmy z
Piotrem się zbierać do wyjścia. W drugim namiocie cisza.
Zaczęliśmy ich budzić, bo wyjść trzeba było jak najwcześniej.
Wtedy dopiero Marcin powiedział, że ma dosyć i schodzi na dół.
Trochę nas zatkało. Nie decyzja, bo jej po ostatnim zachowaniu
Marcina można było się spodziewać, tylko moment powiedzenia. Ale
nic, to. We trzech też damy rade. Będzie trzeba więcej wynieść,
więcej pracować. Tylko, że 10 minut później Rita stwierdził, że
nie ma siły na wyjście. Jego góra też przerosła. Kiedy
przedwczoraj szedł przez kluczowe wyciągi na 7200 m miał cały czas
panikę w oczach. Do tej pory był na szczycie Everestu aż 6 razy, a
w zeszłym roku na rosyjskiej wyprawie środkiem ściany najwyższej
góry świata. Tutaj przerażało go to, że wspinaliśmy się w każdych
warunkach (śnieg, lawiny pyłowe, mroźne wiatry) i to na dodatek w
trudnym technicznie terenie. Na ścianie, w której wisiał w
przewieszce mając 2000 metrów powietrza pod sobą, a wysokość ponad
7000 m dodatkowo zapierała mu oddech. Widzieliśmy zrezygnowanie w
jego oczach (potem zresztą przyznał się, że miał wyrzuty sumienia,
że nas zostawił, ale nie umiał się już przełamać). Decyzja Marcina
tylko umocniła jego decyzję. Zostaliśmy z Piotrem we dwóch.
Wiatr trochę doskwierał, ale szliśmy wręcz uskrzydleni. Mieliśmy
we dwóch kawał roboty do zrobienia, ale to nas bardziej jeszcze
uskrzydlało niż przerastało. Kiedy wisiałem w przewieszce (kluczowe trudności to około 150 metrów terenu V+, A0 na wysokości
7200-7300 m) doszedł do mnie zmartwiony i wyczerpany głos Piotra.
Po kilkudziesięciu dniach walki z górą akurat teraz jego organizm
odmówił posłuszeństwa. Piotr próbował wszystkiego, jadł, pił,
odpoczywał, ale już nie mógł iść do góry. Walczył ze sobą do
końca, szedł aż do kompletnego wyczerpania i ustał. I właśnie
komunikował mi tę wiadomość. Włos mi się zjeżył na głowie. Odbyła
się burzliwa, pełna emocji rozmowa. Chciałem iść do góry chociażby
sam. Czułem się pełen sił. Może trochę nie doceniałem jeszcze
pracy, która by była przede mną. Ale przepełniała mnie siła.
Przecież nawet przez te przewieszki mknąłem. Piotr jednak był
zdecydowany, że samemu nie mogę iść. Nie na takiej drodze i w
takiej odległości (dwóch - trzech dni) od szczytu. Co było robić?
Zeszliśmy na dół. Wtedy dopiero poczułem, że to koniec zmagań z tą
piękną ścianą.
Kiedy wracaliśmy do bazy ścigała nas burza gradowa. Miała według
prognoz (o których wcześniej nie wiedzieliśmy) trwać dwa dni i
radzono schodzić na Annapurnie do bazy. Może to i lepiej, że nie
szedłem właśnie wtedy na szczyt. Ale w momencie powrotu, nie
myśleliśmy przecież o pogodzie. Teraz Annapurna nawet do nas się
nie uśmiechnęła.
Ale było warto!
Zaporęczowaliśmy z Piotrem wszystkie trudności
drogi. Właściwie walczyliśmy tylko we dwóch w każdej pogodzie.
Niestety spadło to wszystko na nasze barki (co tez było pewnie
powodem wyczerpania). Nie udało się stworzyć drugiego zespołu i
wtedy praca rozłożyłaby się po połowie. Nawet dwóch naszych
Szerpów wniosło dużo mniejszy wkład niż mogłoby, niż zakładaliśmy.
Pracowaliśmy w każdej pogodzie i pokonaliśmy większość drogi.
Kluczowe wyciągi były poezją wspinania. Południowa ściana
Annapurny okazała się za mocna dla determinacji zaledwie dwójki
ludzi. Potrzeba jednak nadal więcej osób do pokonania takiego
giganta. Ale warto było. Kawał wspaniałego wspinania w jednej z
najpiękniejszych dolin świata. I ta satysfakcja, że wiele sław
zmagało się z tą drogą i zostało odpartych w dużo większych
zespołach (byliśmy chyba najmniejszym zespołem w historii
Bonningtona). I ten żal, że byliśmy tak blisko, że już tyle pracy
włożyliśmy i że szczyt był na wyciągniecie ręki. Cóż, może będzie
następny raz.. Żal minie, a góry nadal są.
Większa relacja, już po powrocie, na stronie www.piotrmorawski.com. Liczę na zdjęcia, bo widoki były
zniewalające. Sanktuarium to jedno z najpiękniejszych miejsc na
ziemi. A jeszcze widziane z perspektywy pionowej ściany i z
wysokości 7000 m! Szczególnie zapraszam, jako że ostatnie dwa
miesiące były wspinaczkowo jednymi z najpiękniejszych i
najbardziej wartościowych w moim życiu. Dla tych chwil warto
poświęcić wiele i czekać całe życie...