|
Pierwszego przejścia drogi w sierpniu 1988 roku dokonał zespół w składzie
Steve Grossman i Jay Ladin. Ich wycena brzmiała VI 5.11c
A4+. Z uwagi na sławę autorów drogi (na swoim koncie mają między innymi
Jolly Roger'a, Turning Point - ciągle bez drugiego przejścia)
nie zanotowała ona zbyt wielu prób powtórzeń. Najbardziej zaawansowana
- ostatnia, miała miejsce 3 lata temu. Zakończyła się ona wycofem tuż
sprzed pierwszego miejsca A4- na 6. wyciągu. Próbie tej zawdzięczamy wiadomość
o potrzebie użycia "tons of copperheads". Brak innych wiadomości, brak
dokładnego schematu - jedynie zarys drogi na ogólnym topo prawej części
ściany opublikowany dopiero 3 lata temu spowodował, że droga ciągle była
owiana "mitem tajemniczości".

El Capitańskie klimaty (fot. Tadeusz Grzegorzewski/Montano)
Trudności ze zdobyciem jakichkolwiek dodatkowych informacji plus kłopoty
zdrowotno/pogodowe powodują, że decydujemy się na taktykę oblężniczą.
Po zaporęczowaniu 7 wyciągów, (w pierwszych 4 brał udział Teddy "Montano"
Grzegorzewski) jesteśmy gotowi do wejścia w ścianę. "Niestety" szyki
psuje międzynarodowa impreza braci Huberów świętujących nowy rekord (1 h 52 min!,
patrz news) przejścia Zodiaca.
Po udanych tańcach i swawolach, musimy się restować dzień dłużej...

Segragacja copperheadów (fot. Tadeusz Grzegorzewski/Montano)
Ostatecznie wbijamy się w drogę z zapasem jedzenia i wody na 10 dni.
Ściana okazuje się jednak dla nas łaskawa. Stajemy na wierzchołku siódmego
dnia wieczorem, to jest w czwartek 24 czerwca. Tego samego dnia, późną
nocą meldujemy się na Camp 4. Przez następnych parę dni będziemy ponosić
konsekwencje schodzenia z najcięższymi "świniami" naszego życia (łącznie
130 kg).
Central Scrutinizer, tak jak i inne drogi autorstwa Grossmana,
okazała się piękną i trudną linią. Nazwa drogi ('szczegółowe badanie/oglądanie'
lub zobacz przypis) w pełni odzwierciedla jej charakter.
Posiada ona wiele fragmentów o średnich trudnościach (A3), ale pochłaniających
wiele czasu i wymagających finezyjnej wspinaczki z użyciem wszystkich
hakowych tricków. Np. odkrycie sposobu przejścia pierwszych 5 metrów 4.
wyciągu zajęło 2 h - tam naprawdę trzeba skrupulatnie przyglądać się rzeźbie
skały!!! Klasę drogi podwyższają też miejsca ryzykowne.

Czwarty wyciąg (fot. Tadeusz Grzegorzewski/Montano)
Na wszystkich wyciągach opisanych przez autorów na A4 i więcej, występują
niebezpieczne płyty - expending. Miejsca te nie są jednak tak trudne
technicznie i przeceniliśmy je na A3. Natomiast na paru wyciągach podnieśliśmy
wyceny, doszukując się nawet na jednym z nich trudności A4. Był to ciąg
18 słabych punktów składających się wyłącznie z "plomb" (headow)
i wszelakiego rodzaju hybryd "jedynek". Problemy z topo i brak śladów
poprzedników spowodowały, że w dwóch miejscach nie jesteśmy pewni przebiegu
oryginalnej linii. Możliwe jest, iż przeszliśmy je nowymi, krótkimi wariantami
- gdyż nigdzie nie doszukaliśmy się trudności 5.11c. Najtrudniejszym miejscem
klasycznym pokonanym przez nas jest "Jardine Traverse" i zacięcie po nim,
o obligatoryjnych trudnościach 5.10+ A1.
Podsumowując, w chwili powstania droga była jedną z najtrudniejszych
na El Capitanie. Większe ciągi trudności i dłuższe wyciągi przebyto zapewne
dopiero przy wytyczeniu Reticent Wall. Oceniamy ją jako nieco łatwiejszą
od Jolly Roger'a, ale poważniejszą od Sea of Dreams.

Maciek na stanowisku (fot. Tadeusz Grzegorzewski/Montano)
Dla nas była to duża przygoda, gdyż z powodu minimalnej ilości stałego
sprzętu i braku śladów po ekipie Grossmana często czuliśmy się jak pierwsi
zdobywcy. Na uwagę także zasługuje niesamowity przebieg drogi. Okazuje
się bowiem, ze jedno ze stanowisk znajduje się dokładnie na przełamaniu,
na kancie ściany - widok na każdą stronę jest naprawdę zacny.
Jacek Czyż
Maciek Ciesielski
Ps. Pełne podsumowanie polskiego sezonu w Yosemitach wkrótce - jeszcze
można się wspinać!!!
Na zakończenie serdecznie chcielibyśmy podziękować tym wszystkim, dzięki
którym mogliśmy zrealizować naszą wspinaczkę:
- PZA za duże wsparcie finansowe,
bez którego trudno dziś cokolwiek zdziałać;
- Starostwu miasta Kościan - za pomoc finasową, na która zawsze można
liczyć;
- firmy: HANNAH POLAND, ROBERT'S,
Lhotse, które od pewnego czasu wspierają
wszystkie wyjazdy i wspinaczki Maćka;
- firmie MONTANO, głównemu sponsorowi
sprzętowemu wyjazdu;
- wszystkim życzliwym ludziom, którzy pomogli nam w różnoraki sposób
zarówno w kraju, jak i podczas pobytu w Dolinie, a zwłaszcza Wawie,
za powiedzmy "moralne wsparcie".
*Nazwa jest wzięta żywcem z albumu Franka Zappy "Joes
Garage" jest tam właśnie charakter o nazwisku Central Scrutinizer, którego
dewizą było "to enforce laws, that haven't been even passed yet (czyli czysto
komunistyczne podejście, nieprawdaż?). Chyba najtrafniejszym tłumaczeniem
byłoby "głowny nadzorca" o ile można to w ogóle tłumaczyć? Jeszcze jedna
dygresja, właśnie w tym czasie, kiedy powstawały te drogi w Yosemite stałym
bywalcem był facet właśnie o ksywie Central Scrutinizer. Nie znam jego prawdziwego
nazwiska, ale z pewnością był to jeden z największych ekscentryków tej epoki.
[jerrygwizdek] |