 |
Czy strażnicy przyrody i taternicy nieodwołalnie
skazani są na zabawę w policjantów i złodziei? Dyskusja na temat
zasad udostępniania rejonów wspinaczkowych w Tatrach odbyła się
20 lutego w schronisku nad Morskim Okiem. Tafla jeziora była zamarznięta,
ale grube lody między środowiskiem wspinaczy i parkowców zaczęły
pękać. Stan wzajemnych odniesień można określić jako wczesną wiosnę.
Na pewno nie jest to jeszcze lato.
Dyskusja z łam kwartalnika Tatry
nr 2 (8).
|
| |
| PRZYRODNICY |
| Paweł Skawiński (ur. 1947) dyrektor TPN od 2001 r., wcześniej
pracownik naukowy parku, doktorat w 1986 r. (sukcesja drzew i krzewów
ponad górną granicą lasu), narciarz, taternik, ratownik TOPR, przewodnik
wysokogórski (PSPW). |
| Filip Zięba (ur. 1972) adiunkt TPN ds. fauny tatrzańskiej,
szczególne osiągnięcia w pracy nad ochroną kozic oraz niedźwiedzi.
|
| Janusz Łukaszczyk (ur. 1967) podleśniczy w Obwodzie Ochronnym
Morskie Oko, duża praktyka w rozwiązywaniu konfliktów na styku dzika
przyroda - masowy ruch turystyczny i wspinaczkowy. |
| TATERNICY |
| Władysław Cywiński (ur. 1939) wszedł na wszystkie nazwane
szczyty i turnie w Tatrach, wspina się od 1959 r., za największe swoje
osiągnięcie uważa samotne przejście głównej grani Tatr w ciągu trzech
i pół dnia. |
| Jan Muskat (ur. 1950) autor ponad stu nowych dróg wspinaczkowych
w Tatrach, wspina się od 1975 r., za największe swoje osiągnięcie
uważa udział w pierwszych polskich przejściach na Torres del Paine
w Patagonii. |
| Artur Paszczak (ur. 1968) prezes Klubu Wysokogórskiego w
Warszawie, szef Komisji Wypraw i Unifikacji PZA, wspina się od 1986
r., za największe swoje osiągnięcie uważa przejście grani Tatr Wysokich
razem z żoną. Bogumił Słama - (ur. 1948 r.) szef ośrodka szkoleniowego
PZA w "Betlejemce" na Hali Gąsienicowej, wspina się od 1966 r., za
największe swoje osiągnięcie uważa pokaźną kolekcję długich dróg wspinaczkowych
w różnych górach świata oraz to, że w wieku 56 lat jest nadal aktywnym
taternikiem. |
Dyskusję prowadzą: Marek Grocholski i Zbigniew Ładygin
Marek Grocholski - Idea ochrony przyrody tatrzańskiej wywodzi się ze
środowiska taternickiego. Jan Gwalbert Pawlikowski, prekursor taternictwa,
zdobywca Mnicha, był zarazem prekursorem ochrony Tatr. Dzisiaj środowiska
wspinaczy i ludzi zajmujących się zawodowo ochroną przyrody stoją daleko
od siebie.
Jan Muskat - Komuna zostawiła we wspinaczach i parkowcach wzajemną niechęć.
Niefajne myślenie o tym, co my robimy. Co wy macie chronić, a co robicie.
Władysław Cywiński - Jasiu, bardzo cię proszę, nie zwalajmy wszystkiego
na komunę.
JM - Niczego na nic nie zwalam, to tylko dygresja dotycząca źródeł animozji.
Właściwą dyskusję należałoby zacząć od stwierdzenia, że największym zagrożeniem
tego, co wy pilnujecie, a my kochamy, jest cywilizacja. Może najlepiej
byłoby, gdyby ludzkość popełniła samobójstwo i dała tej ziemi spokój.
Artur Paszczak - Ja bym wolał, żeby ludzkość nie popełniała samobójstwa.
Myślę, że cele strategiczne i wspinaczy, i pracowników parku są wspólne.
Jeśli od tego wyjdziemy, łatwiej będzie nam się porozumieć.
Paweł Skawiński - Myślę, że tak. Ludzie, których emocje kierują w góry,
robią w nich różne rzeczy. Są tacy, którzy patrzą, obserwują i chcą chronić.
Są inni, którzy te góry połykają na zasadzie ścian, nart czy czegoś w
tym rodzaju.
Filip Zięba - Zawsze jednak dojdziemy do takiego momentu, kiedy zobaczymy,
że są dwa różne cele.
PS - Gdzieś następuje rozejście, ale początek jest wspólny.
Ekstrema wchodzi do gawry
JM - Możliwe jest - moim zdaniem - współistnienie człowieka i dzikiej
przyrody. Przykład: Francja, jedno z najbardziej popularnych miejsc wspinaczkowych.
Ściana skalna wielkiego kanionu. Jest jesień. Zjeżdżam na półkę, z której
mam wystartować do wspinania. Cudowna pogoda. Nagle czuję, że coś mi zasłania
słońce. Odwracam się, dwa wspaniałe orły kołują nad nami, lądują na półce,
z której my zaczynamy wspinaczkę. Nie twierdzę, że one tam miały gniazda
i tam mieszkały. Ale sądzę, że człowiek nieagresywny może współżyć z całą
resztą stworzenia. Nie będziemy mieć wspólnego domu, nie będziemy w jednym
gnieździe spali, natomiast możemy korzystać z tych samych rzeczy. Jesteśmy
obywatelami tej samej ziemi i mamy do tego prawo.
FZ - Zgadza się, ale dla niektórych gatunków oznacza to zagładę.
WC - Problem leży gdzie indziej. Zjawiska ilościowe zamieniają się w
jakościowe. Pewna ilość turystów czy taterników nie szkodzi przyrodzie:
ani tatrzańskiej, ani alpejskiej, ani świata w najmniejszym stopniu. Jeżeli
jednak granice ilościowe zostaną przekroczone, zaczyna się katastrofa.
Nie wydaje mi się, aby w tej chwili liczba taterników w Polskich Tatrach
była groźna dla przyrody; 30 lat temu było ich znacznie więcej i wywierali
szkodliwy wpływ na środowisko. W ostatnich latach staje się on coraz mniejszy.
To jedna sprawa, a teraz druga - mam nadzieję, że polski park narodowy
nie ma zamiaru iść w ślady słowackich rozwiązań i zamykać Tatry na większą
część roku. W końcu góry są dla ludzi i celem wszelkich parków narodowych
jest udostępnianie. Należy tylko właściwie rozumieć słowo udostępnianie.
Żeby nie polegało ono na tym, że każdy ma prawo żądać, aby go wwieźć kolejką
na Mnicha, Mięguszowiecki czy Kasprowy, albo zawieźć furką czy autobusem
do Morskiego Oka. Natomiast nie można nikomu zabronić, żeby wlazł tam,
gdzie chce na własnych nogach. Dopóki granice ilościowe nie zostaną przekroczone,
nie ma problemów.
AP - Jeszcze jedna uwaga do tego, co powiedziałeś. Pod względem świadomości
ekologicznej należymy raczej do szpicy ludzi odwiedzających Tatry. Oczywiście
zdarzają się pojedyncze negatywne przypadki i z tym trzeba walczyć. Alternatywą
mądrego udostępniania jest ochrona totalna. Zamknięcie wszystkiego, nie
wpuszczanie ludzi.
WC - Ale to chyba nie wchodzi w grę?
PS - Plan ochrony, nad którym jeszcze pracujemy, idzie raczej w kierunku
poszerzenia rejonów udostępnionych taternikom. Przewidziana jest możliwość
wspinaczki na Wielkiej Turni w sezonie zimowym, od 1 grudnia do końca
marca.
JM - Egzekwowanie mądrego prawa i dostosowywanie się do niego jest możliwe.
Natomiast, jeśli jesteśmy obwarowani idiotycznymi przepisami typu nie,
bo nie, to nikt się do tego nie stosuje.
AP - Gdybyśmy byli traktowani bardziej po partnersku, gdyby wyjaśniono
nam dlaczego dany rejon musi być zamknięty, łatwiej byłoby nam dostosować
się do tych zakazów.
JM - Oczywiście jest jeszcze kwestia świadomości ekologicznej w ogóle.
Piotrek Konopka podczas swojego pobytu w Stanach miał taką przygodę. Pracował
w Colorado, prowadził szkołę przeżycia w jakimś cudownym, dziewiczym terenie,
150 km od najbliższej osady ludzkiej. Piotrek, który nie zostawia śmieci,
który ma świadomość ekologiczną, startuje do strumyka ze swoimi spodenkami,
żeby je wyprać i trzyma jakiś proszek. Mister Konopka - mówi jeden z uczestników
obozu - jeżeli pan chce wyprać swoje rzeczy, to proszę nabrać sobie wody
i odejść 100 metrów od strumienia. Inny przykład: Japończycy wspinali
się ze mną na zachodniej Kościelca. Na stanowisku facet zapalił papierosa,
wyjął pudełko zapałek i tam strząsał popiół. Wyobrażasz sobie? Potem zgasił
papierosa i też schował do kieszeni.
MG -
a u nas pety na drogach wspinaczkowych należą do normy.
WC - Pety to jeszcze nie tragedia, są też plastikowe butelki. Średnia
jest przyzwoita, to prawda, ale opinię o środowisku kształtuje ekstrema.
Jeden przenocuje w kolebie i nie zostawi żadnego śladu, a po innych zostanie
dziesięć butelek.
FZ - Czasami negatywne podejście pracowników parku do wspinaczy bierze
się z tych skrajnych przypadków. Była taka sytuacja w Kościeliskiej. Gawra
niedźwiedzia, ludzie tam weszli i wypłoszyli zwierzaka w środku zimy.
JM - Weszli do gawry?
FZ - Chodziło o wejście do jaskini. To byli grotołazi, realizowali swój
plan eksploracji. A dla takiego miśka to jest bardzo ciężka sprawa w środku
zimy szukać sobie nowej gawry. Teraz wyobraźcie sobie kogoś, kto odpowiada
za ten teren, obserwuje te niedźwiedzie i widzi coś takiego. Jeśli dojdą
do tego emocje - konflikt gotowy.
JM - Ja łażę wszędzie, tak jak Włodek łazi wszędzie i nigdy nie natknąłem
się na gawrę. Widziałem ślady, domyślałem się gdzie prowadzą, ale tam
nie szedłem. Natomiast wiem, co się dzieje na sylwestra, choćby w tym
roku. Ogromna ilość sztucznych ogni obudziła wszystkie możliwe zwierzęta.
Dalej - sprawa helikoptera - wiadomo, życie ludzkie jest najważniejsze,
ale widziałem zachowanie spłoszonych kozic. To było tragiczne.
WC - Na szczęście w ostatnich latach zaistniały czynniki, ani przyrodnicze,
ani ratownicze, tylko finansowe, które spowodowały, że ilość lotów jest
kilkakrotnie mniejsza.
Grotołazi płoszą wilczęta
MG - Spróbujmy uporządkować dyskusję. Włodek w pierwszej swojej wypowiedzi
dotknął sedna problemu: czy prawdziwe jest słynne zdanie Jerzego Zembrzuskiego:
"Gorszy jeden taternik na Żabim Niżnim niż dziesięć tysięcy turystów na
ścieżce przy Morskim Oku"?
FZ - Jeżeli traktować to zdanie w przenośni, o jego prawdziwości świadczy
przytoczony przeze mnie przykład niedźwiedzia, czy orła w Kominiarskim
Wierchu i wiele innych. W przypadku gatunków chronionych, które w skali
naszego kraju, czy nawet Europy są liczone na palcach jednej ręki obowiązuje
tajemnica - nie wolno mówić, gdzie one przebywają. Jednak co z tego, skoro
na przykład jedna osoba była w stanie zepsuć stanowisko lęgowe orła. Zdarzyła
się taka sytuacja. W masywie Kominiarskiego jacyś ludzie przekopywali
wejście do jaskini, chodzili tam systematycznie w czasie, kiedy orzeł
siedział na jajkach.
PS - Okazuje się, że Zembrzuski miał rację i jednocześnie jej nie miał.
WC - Nie mamy chyba zamiaru rozmawiać o wandalach z definicji. Bo jeżeli
ktoś idzie specjalnie po to, żeby zabić kozę, zdobyć jajo orła, czy pióro
ukraść z gniazda, to o takich ludziach nie mamy co mówić. Może ich szlag
trafi za sto, albo tysiąc lat wraz z rozwojem cywilizacji. Mówmy raczej
o nieświadomych niszczycielach.
FZ - Nieświadomie nawet ja, przyrodnik mogę wygnać niedźwiedzia z gawry.
AP - Trudno sprowadzać dyskusję do sytuacji skrajnych. Zawsze może się
coś zdarzyć. Powinniśmy rozmawiać o sytuacjach typowych, bo inaczej nasza
debata potoczy się w kierunku absurdalnym, że np. wspinając się strącisz
kamień, który zabije świstaka.
MG - Nie uciekajmy od problemu postawionego przez Filipa. Są takie miejsca,
gdzie można w określonym czasie, bez złej woli, zupełnie nieświadomie
wyrządzić ogromną szkodę przyrodniczą.
AP - Jeżeli wiemy, że w danym terenie jest jakaś wyjątkowo wartościowa
rzecz i dlatego nie wolno tam wchodzić, to każdy normalny człowiek zastosuje
się do tego zakazu.
FZ - Musi to wyglądać w ten sposób, że jeśli my mówimy: nie wolno tam
iść, to wy musicie mieć zaufanie do nas przyrodników. To nie są te czasy,
że zamykamy, bo zamykamy. Zrozumcie, że nie zawsze możemy powiedzieć,
co tam zamierzamy chronić.
AP - Tu są dwie sprawy: po pierwsze informacja, po drugie zaufanie. Żeby
to zaufanie odbudować musi sporo czasu upłynąć, bo przez wiele lat zaufania
do pracowników parku wśród wspinaczy za grosz nie było. Kwestia informacji.
To, co teraz powiedziałeś, słyszę po raz pierwszy: że jest tajemnica,
że nie możesz wszystkiego ujawnić. Konieczna jest jednak jakaś forma dialogu,
bo zauważyłem, że jak się kogoś bliżej pozna, to natychmiast łagodnieją
obyczaje.
PS - Środowiska już w tej chwili zbliżają się do siebie. Wśród pracowników
parku jest coraz więcej osób związanych z górami. Nie jest to już model
gajowego w gumofilcach. To są ludzie z pasją, znakomici przyrodnicy. Takim
przykładem jest Janusz Łukaszczyk. On tu działa na co dzień, ma ciekawe
doświadczenia. Klasyczna sytuacja była wówczas, gdy chcieliśmy złapać
niedźwiedzia, aby założyć mu obrożę z nadajnikiem. Ograniczamy ruch turystyczny
w terenie. Media zaczynają się domyślać, że chodzi o niedźwiedzia. Działamy
jak najostrożniej - mówiąc w przenośni - stąpamy na palcach. Omijamy to
miejsce, czekamy aż się zamknie klatka pułapka. A tu ktoś wkracza bezpardonowo
z kamerą, niwecząc naszą wielotygodniową ciężką pracę. Albo inny przykład:
mamy rodzinę wilczą, jest noc, słyszymy te wilczęta. Widzimy jednocześnie
taterników jaskiniowych, którzy właśnie wyszli z dziury i wracają świecąc
sobie czołówkami, głośno gadają. My się czaimy i nasłuchujemy, a te światła
i głosy ludzi gdzieś tam z góry do nas się zbliżają. Wilczęta milkną.
Jest mnóstwo takich sytuacji. Dla nas byłoby najlepiej, gdyby teren poza
szlakami był penetrowany jak najmniej.
JM - Tak naprawdę ludzie niechętnie schodzą ze szlaków.
PS - Większym problemem są Tatry Zachodnie i taternictwo jaskiniowe,
niż taternictwo powierzchniowe. Im trudniej, tym bezpieczniej. Eksplorer,
który szuka nowych otworów jaskiń jest dla nas większym problemem, niż
ten, kto podchodzi pod ścianę, wspina się szybko, schodzi lub zjeżdża
na linie i koniec.
WC - Mnie jednak to słynne zdanie Zembrzuskiego nie daje spokoju. Uważam,
że traktowanie taterników, obojętne czy jaskiniowych, czy powierzchniowych
jako szkodników, a jednocześnie zamykanie oczu na kolejki, wyciągi, samochody,
na gospodarkę schroniskową czy leśną to jest zniekształcanie proporcji.
Rozumiem, że każdy człowiek, pojedynczy taternik, czy jakiś maniak szukający
nieistotnych szczegółów topograficznych, jest w jakimś stopniu szkodliwy,
ale jego szkodliwość w porównaniu z masową szkodliwością jest mikroskopijna.
PS - To są rzeczy nieporównywalne. Możemy porównywać różne sprawy tylko
wówczas, jeśli da się wyznaczyć wspólny dla nich mianownik. Ktoś powie,
co się czepiacie turystów, skoro są kwaśne deszcze. To jest bez sensu,
bo mówimy o różnych rzeczach. Zastanówmy się, czy istnieje wspólny mianownik
między tłumem idącym na Rysy, a kilkunastoma ludźmi na Miedzianem. Mnie
się wydaje, że nie ma.
MG - Wspólnym mianownikiem są działania parku. Na ile park coś robi,
żeby tłumów na Rysach nie było, na ile zajmuje się tym, żeby pojedynczy
ludzie nie błąkali się po Miedzianem. W jakim kierunku, w jakich proporcjach
wydatkowana jest energia TPN.
Kozica w Maszynce do Mięsa
FZ - Wracając do stwierdzenia pana Zembrzuskiego. Możemy określenie taternik
zastąpić innym, np. strażnik parku. Sytuacja taka: tłum ludzi w Dolinie
Kościeliskiej i jedna osoba, która idzie na Kominiarski, kiedy orzeł,
przedstawiciel skrajnie zagrożonego gatunku, siedzi na gnieździe. W tym
momencie to zdanie jest prawdziwe.
WC - Mogę łatwo odbić piłeczkę. Im większy tłum, tym większa szansa,
że z tych trzech tysięcy idących doliną ktoś pójdzie na Kominiarski. Nie
taternik ani grotołaz. Jakiś ciekawski gość.
FZ - Wiele razy o tym mówiłem: gorsze jest przypadkowe zejście jednego
turysty ze szlaku, niż te trzy tysiące skanalizowane na drodze.
PS - Można tu dać konkretny przykład. Mamy kolonię świstaków między dziesiątą
a jedenastą podporą kolejki krzesełkowej w Kotle Gąsienicowym. Jeżeli
idziemy szlakiem z Suchej Przełęczy na Halę Gąsienicową i patrzymy ze
ścieżki na świstaki, to one zachowują się normalnie - żerują, któryś strażuje.
Jeżeli zaczniemy schodzić ze szlaku w ich kierunku, ja sam czasem to robię,
to po przejściu 50 metrów usłyszymy świst i zwierzęta będą się chować.
Rozwrzeszczana wycieczka, która idzie z Kasprowego jest tolerowana, natomiast
pracownik parku, który zejdzie 50 metrów ze szlaku nie jest tolerowany.
Bo zwierzęta przyzwyczaiły się, że ruch odbywa się wzdłuż ścieżki, a nie
w ich kierunku. Trudno więc powiedzieć, na ile ten tłum na asfalcie, tutaj
przed schroniskiem, jest szkodliwy.
FZ - Nasza zaobrączkowana niedźwiedzica potrafi pięć godzin przesiedzieć
z małymi w odległości 10-20 metrów od drogi i tłum ludzi jej nie przeszkadza.
Gdybyśmy sprowadzili niedźwiedzia grizzly z Alaski czy Syberii i zostawili
go tutaj, to dostanie zawału, bo będzie gonił między szlakami, nie wiedząc,
co jest grane. Nasze niedźwiedzie przyzwyczaiły się do obecności człowieka.
WC - To dobrze, czy źle?
FZ - Gdyby się nie zaadaptowały, to by ich tutaj nie było. W tym sensie
jest dobrze. Ale za dwa lub trzy lata możemy się znaleźć w ślepej uliczce.
Niedźwiedź zrobi komuś krzywdę i co wtedy? Zastrzelić go?
Janusz Łukaszczyk - Tatrzańskie zwierzęta, mimo znacznej adaptacji odczuwają
jeszcze lęk przed człowiekiem. Przykład sprzed trzech dni. Ktoś wspinał
się na Buli pod Bańdziochem. Przestraszył kozicę, która uciekła w niebezpieczny
teren i zeszła przez lodospady, środkiem Maszynki do Mięsa, na dół.
Bogumił Słama - Ja mam pytanie: może ono zabrzmi głupio, ale chciałbym
się dowiedzieć, co takiego jest w człowieku, że pojedynczy przedstawiciel
naszego gatunku, który zaplącze się w jakiś teren, gdzie być nie powinien,
natychmiast poczyni szkodę na rzecz niedźwiedzia, lisa czy orła w przeciwieństwie
do innego zwierzęcia, które też się tam zaplącze, np. na gnieżdżącego
się orła wyjdzie niedźwiedź. Dlaczego mój pobyt tam, jeżeli nie będę wrzeszczał,
odpalał petard, sikał dezodorantem, używał tranzystorów - jest czymś złym?
Jaka jest różnica między mną, a rysiem, wilkiem czy lisem?
FZ - Różnica pojawiła się przed tysiącami lat. Zwierzęta mają instynkt
ucieczki przed człowiekiem, bo myśmy na nie polowali. To są zachowania
behawioralne, czyli zwyczaj. To nie jest genetyka, to jest to, co zwierzęta
przekazują sobie z pokolenia na pokolenie.
AP - Ale panowie, skoro godzimy się, że nie może być ochrony totalnej,
to znaczy, że musi być jakaś forma współistnienia i sytuacje typu Bula
pod Bańdziochem kontra Bańdzioch i kozice w nim, zawsze będą się zdarzać.
Z tym się trzeba pogodzić.
FZ - Problemem jest zapanować nad ekstremą.
AP - Musi być jakieś przyrodnicze przesłanie, z którego wynikają ograniczenia.
Jeżeli to przesłanie jest sformułowane w języku dla nas zrozumiałym, to
my akceptujemy zakaz. Zresztą wartość taternicka np. Żabiej Czuby jest
bardzo mała i jesteśmy w stanie ją poświęcić. Natomiast o Żabi Niżni moglibyśmy
się spierać.
WC - Jeśli chodzi o Żabi Niżni, to byłbym za rozwiązaniem takim, które
już było. Można by się tam wspinać w lecie, ale nie podchodząc Dwoistym
Żlebem od Morskiego Oka, tylko od Czarnego Stawu.
AP - Jestem pewien, że w ciągu całego sezonu letniego na Żabi Niżni wespnie
się dziesięć do piętnastu zespołów, nie więcej. Ruch taternicki jest w
tej chwili skanalizowany na kilku najważniejszych ścianach.
MG - Pojawia się pytanie, czy to dobrze czy źle, bo popularne rejony
są rozdeptane i zaśmiecone.
AP - Jak się podejdzie pod Mnicha, to nie jest tam wcale strasznie rozdeptane.
Pod Kazalnicą - popatrzcie panowie - czyściutko. Ścieżka jest jedna, wszyscy
nią chodzą, bo po co mają łazić po kamieniach.
Psa ciągną po poręczówce
BS - Mnie się wydaje, że w dzisiejszych czasach nie możemy mówić o jednorodnym
środowisku wspinaczkowym. Jest PZA, są kluby, ludzie przechodzący przez
kursy, czy to prywatne, czy moje w "Betlejemce". Na tych kursach zawsze
jest szkolenie ekologiczne, łącznie ze zbieraniem śmieci. Jednocześnie
jest coraz szersza grupa ludzi niezwiązanych z PZA, z klubami. U nich
obserwuję brak świadomości nie tylko ekologicznej, ale także etycznej,
taternickiej. Związek może brać odpowiedzialność tylko za zrzeszonych,
ale jak pracownik parku ma odróżnić czy ktoś jest w klubie, czy nie? Kolejna
sprawa - jak my, jako środowisko, oddziałujemy na nasze zwyczaje? Nie
najlepiej to wygląda. Jesteśmy społeczeństwem, które wszystko, co jest
oparte o przepisy, wszystko co jest w mundurze traktuje niechętnie, jak
wroga. Czy to jest spuścizna rozbiorów i komuny czy genetyka, nie wiem
i chyba się już nie dowiem. Z drugiej znów strony patrząc - bardzo chciałbym
dożyć czasów, gdy będę rzetelnie, grzecznie i po ludzku informowany. Kiedyś
wspinałem się na klifach w Wielkiej Brytanii. Było mnóstwo ścian - wolno,
nie wolno, wszędzie dokładnie podany powód zakazu. Lęgowiska takie czy
owakie, ptaki te czy inne. Nikt tego nie negował, wszyscy się do tych
zasad stosowali. Ja bym w Polsce też chciał wiedzieć dokładnie, z jakiego
powodu mam nie iść na mój ulubiony Żabi Niżni. Jeżeli się dowiem, to moja
noga tam nie postanie. Równocześnie jako środowisko musimy się też pogodzić
z tym, że zdarzają się po naszej stronie zachowania głęboko niemoralne.
Wspinacz, z kręgów zakopiańskich, wybiera się na Organy, coś, co w moim
mniemaniu jest matecznikiem, miejscem pięknym i dzikim. On tam robi drogę
wspinaczkową. Ja to rozumiem. Ale on raczy nas opisem ognisk, dziewcząt
i psów. Budują tam kuchnię, coś smażą. Jeszcze psa ciągną po poręczówce
i podobno pies jest zadowolony. Taka relacja ukazuje się w jednej z gazet
górskich. Jest podpisana imieniem i nazwiskiem tego wspinacza i na to
nie ma żadnej reakcji, ani ze strony środowiska wspinaczkowego, ani parkowego.
WC - To było grandziarstwo w całym tego słowa znaczeniu.
MG - Spróbujmy dotrzeć do genezy tego typu zachowań skrajnych. Czy nie
jest tak, że wynikają one z zakazów typu "nie wolno, bo nie wolno"? Reakcja
jest przekorna, skoro nie wolno, bo nie wolno, to znaczy, że wolno wszystko.
W efekcie mamy w TPN absurdalną sytuację. Większość wspinaczy świadomie
łamie obowiązujące przepisy, dotyczy to głównie Tatr Zachodnich.
FZ - Na własnej skórze przerabiałem, m.in. z Januszem, że łatwiej było
się dogadać z turystą, który zaakceptował ograniczenia wynikające z konkretnych
powodów, niż z taternikiem. Odstraszamy niedźwiedzia, obstawiamy drogę,
chodzi nam o życie, o życie tego zwierzęcia. Trzecią noc nie śpimy. Mówię
raz, drugi, żeby nie chodzili między taborem a schroniskiem, nie kręcili
się z piwem. Wydawałoby się, że wystarczy powiedzieć raz, w końcu zwracam
się do ludzi świadomych, inteligentnych, a tu wnet by doszło do fizycznych
przepychanek.
JŁ - Gość mi mówi, że ograniczam jego prawa konstytucyjne.
AP - To jest dziedzictwo długiego okresu wzajemnej niechęci. Ja też mógłbym
podać wiele przykładów, kiedy byłem źle traktowany przez pracowników parku.
Teraz puszczam to w niepamięć. Ale jest coś takiego, że jak widzimy zbliżającego
się pracownika parku to oczekujemy awantury. Karta taternika, legitymacja
klubowa jest? To nie jest przyjemny tekst. Nie było dzień dobry, co słychać,
jaką drogę robiliście? Żeby to zmienić, wymagana jest praca obu stron.
Była taka propozycja, żeby taternicy mieli wstęp za darmo na podstawie
ryczałtu wpłacanego przez PZA. To by było dobre psychologicznie. Park
ma zaufanie do wspinaczy i udostępnia im wejście za darmo. Jeżeli będziemy
włączeni w działania parku, raportujcie napotkaną kozicę, niedźwiedzia,
jeżeli będziemy po partnersku traktowani, sytuacja w ciągu paru lat się
zmieni. Przyjemnie będzie spotkać strażnika parku, pogadać z nim na tematy
przyrodnicze, zamiast uprawiać pyskówki.
Wziąć za ucho taternika
Zbigniew Ładygin - Padło tutaj stwierdzenie, że wśród wspinaczy jest
coraz więcej osób niezrzeszonych. Rodzą się dwa pytania. Pierwsze - czy
PZA jest jedyną słuszną organizacją? Drugie - w jaki sposób rozróżnić
taterników zrzeszonych od tych innych? Wraca problem karty taternika.
JM - Rozróżnić można po zachowaniu w górach, inne kryteria są sztuczne.
JŁ - Jak strażnik szeregowy ma rozpoznać, że pan A jest taternikiem,
a pan B - nie jest?
JM - Jeśli się zachowuje nieodpowiednio, to go trzeba wylegitymować,
wziąć go za ucho i wyprowadzić z powrotem na szlak. Jeżeli nic złego nie
robi, to niech się wspina.
AP - Na razie jedyną organizacją - partnerem TPN jest PZA i umowa między
tymi instytucjami dotyczy tylko osób należących do klubów zrzeszonych
w PZA. Jeżeli TPN zawrze umowę np. z sekcją wspinaczkową PTTK, to będzie
druga taka grupa. Ważne jest to, co powiedział Jan: nie ma potrzeby legitymowania
człowieka, który wspina się i zachowuje normalnie. Natomiast jeżeli ktoś
popełnia wykroczenia, powinniście go wylegitymować. Legitymacja klubowa
jest świadectwem przynależności do PZA. Tylko ten dokument, bo karta taternika
jest dokumentem stwierdzającym kwalifikacje wspinaczkowe.
WC - Zgadzam się całkowicie z tym, co twierdzą Jasiu i Artur. Zupełnie
obojętne jest, czy pan X jest członkiem organizacji, czy nie. Ważne, czy
na terenie parku narodowego zachowuje się właściwie, czy jest szkodnikiem.
JŁ - Ale powiedzcie, co ja mam robić, jeżeli wspinacze przyprowadzają
ze sobą ekipy kibiców, panienki, kolegów, którzy biwakują, hałasują pod
ścianami, szczególnie w rejonie Mnicha. Jak interweniujemy - jest źle,
jak nie reagujemy - zjawisko narasta. Może taternicy sami powinni tego
typu problemy eliminować.
AP - My to widzimy i nas też to denerwuje. Najlepiej interweniować na
zasadzie upomnienia, nie nakładać od razu mandatu. Trzeba też zgłaszać
takie przypadki na taborze.
WC - Traktować to bezlitośnie.
PS - Chciałbym podsumować kwestię karty taternika czy legitymacji. W
planie ochrony przewidujemy, że taternictwo będą mogli uprawiać członkowie
organizacji alpinistycznych. Bo jak przyjedzie wspinacz z Nowej Zelandii,
to nie będzie miał karty taternika, tylko jakąś swoją legitymację. Trzeba
podmioty traktować równo. Musimy więc dostrzegać inne organizacje alpinistyczne.
Zostawcie góry górom
MG - Przejdźmy do następnego problemu: spitowanie dróg wspinaczkowych
w Tatrach.
JM - Messner pięknie to ujął - zostawcie góry górom. Jeśli droga nie
jest zrobiona od dołu, tylko najpierw ospitowana ze zjazdu, to takie działanie
jest nie fair w stosunku do Tatr.
WC - Ale czy jest to problem przyrodniczy?
MG - Raczej etyczny i estetyczny.
JM - Jeżeli są drogi ubezpieczone gęstym rządkiem nitów, natychmiast
pojawia się tam pięć razy więcej wspinaczy. To przyciąga ludzi i robi
się problem przyrodniczy.
AP - Jestem pomysłodawcą tzw. czystej strefy. Sprowokowałem dyskusję,
z której wynika, że większość wspinaczy jest za wyeliminowaniem wiertarek
z basenu Morskiego Oka. Ta sprawa powinna zostać w gestii PZA. Sami na
siebie nałożymy ograniczenia i będziemy je respektować. Powinna obowiązywać
następująca zasada: wyłącznie ręczne spitowanie i wyłącznie idąc od dołu.
BS - Powiem coś, co nie spodoba się moim kolegom. Podobnie jak o całym
społeczeństwie, również o naszym środowisku nie mam najlepszego zdania.
Byłem autorem, wspólnie z Piotrem Drobotem i Andrzejem Ciszewskim, zasad
wykonywania stałych ubezpieczeń na drogach wspinaczkowych. Niestety nie
umiemy dotrzymywać umów społecznych. W ubiegłym roku na przykład, przyszli
panowie z Krakowa na Mnicha i złamali wszystkie ustalone reguły. Jako
środowisko nie damy sobie z tym rady. Konieczne jest wsparcie parku narodowego,
wydanie odpowiednich przepisów.
AP - Wydanie takich przepisów przez park narodowy spowoduje, ze nikt
ich nie będzie przestrzegał.
BS - Park ma możliwość wyegzekwowania takich przepisów. Są mandaty, sądy
grodzkie, jest nawet możliwość niszczenia nielegalnych ubezpieczeń.
AP - O czym ty mówisz człowieku?!
Czy chcemy mieć orła?
MG - Nasza dyskusja wróciła do miejsca, w którym już byliśmy. Powrócił
problem egzekwowania nie tylko parkowych przepisów, ale także reguł gry
ustalonych przez środowisko wspinaczkowe. W Jaskini Psiej w Wąwozie Kraków,
gdzie nie wolno nikomu prowadzić żadnej eksploracji, wykonane zostały
niedawno ringi zjazdowe pod szyldem PZA. Łamanie prawa jest nagminne.
Albo prawo jest złe, albo ludzie są źli, albo jedno i drugie po trosze.
Szukajmy więc odpowiedzi na dwa podstawowe pytania: z czego powinni i
mogą świadomie zrezygnować taternicy? Jak park widzi możliwość zmiany
martwych przepisów, aby stały się powszechnie akceptowanym i przestrzeganym
prawem?
AP - Warunki rozwiązania tego problemu to - z jednej strony - rzetelna
informacja dlaczego określony teren musi być zamknięty dla wspinaczy;
z drugiej - nasze działania w porozumieniu z parkiem zmierzające do egzekwowania
przepisów, i wreszcie - otwarcie nam jakichś rejonów w Tatrach Zachodnich.
Jeżeli będziemy się mogli wspinać w Małej Łące, to dużo łatwiej będzie
zrezygnować z innych rejonów. Jeżeli będziemy mogli działać na północnej
Giewontu, to większość ludzi nie będzie się interesować np. Organami.
FZ - Wspinając się na Wielkiej Turni trzeba mieć świadomość, że jest
to miejsce zimowania kozic, jedno z nielicznych w Czerwonych Wierchach.
Są w Tatrach pewne niewielkie powierzchnie, których ochrona decyduje o
życiu, w tym konkretnym przypadku o życiu kozic.
AP - Jeżeli zostaniemy pouczeni, że przebywamy tam warunkowo, ktoś powie,
jak mamy się zachowywać, aby nie szkodzić kozicom, to będziemy się do
tego stosowali, bo to oznacza, że zostaliśmy obdarzeni zaufaniem.
FZ - Ten sam problem dotyczy północnej strony Giewontu. Kozica musi mieć
wiele kryteriów spełnionych, aby wybrać jakiś rejon na zimowisko, musi
tam być miejsce do żerowania, miejsce do ukrycia się przed drapieżnikami,
musi to być teren bezpieczny od lawin. Okazuje się, że takich miejsc jest
pięć czy sześć w całych Tatrach.
AP - Panowie, chyba zdajecie sobie sprawę z faktu, że na północnej ścianie
Giewontu - mimo zakazu - ruch odbywa się normalnie. Jeżeli dzisiaj oficjalnie
udostępnicie ten rejon, to nic się tam nie zmieni. Oczywiście mówimy wyłącznie
o zimie.
FZ - Zima dla zwierząt jest najważniejsza. Otwarcie dla ruchu wspinaczkowego
Wielkiej Turni i północnej Giewontu - z punktu widzenia przyrodniczego
- jest kompromisem nie do przyjęcia. Wiem, że są tam ludzie i nielegalnie
się wspinają, ale po otwarciu będzie ich więcej. Czy na przykład wiecie,
że jak ktoś jest w Długim Giewoncie, to kozy uciekają na Wielką Turnię?
AP - Tego nie wiemy.
FZ - A tak właśnie jest. To są te nieliczne miejsca, o których mówiłem.
Niestety często pokrywa się to, co atrakcyjne dla człowieka z tym, co
atrakcyjne dla zwierząt. Dlatego otwarcie dwóch sąsiednich rejonów północnej
Giewontu i Wielkiej Turni jest groźne dla przyrody.
PS - W najbliższym czasie ukaże się plan ochrony parku. Gotowy już projekt
przewiduje otwarcie Wielkiej Turni, ale ściany Giewontu mają być zamknięte
dla wspinaczy. Będzie to rozporządzenie ministra, obowiązujące przez najbliższych
dwadzieścia lat, a ja wydam do niego szczegółowe przepisy.
WC - Północna Giewontu jest tak ważną ścianą z punktu widzenia taternickiego,
że żadne zakazy nie wyeliminują stamtąd wspinaczy. Tworzenie przepisów
po to, żeby nie były przestrzegane jest moim zdaniem poważnym błędem taktycznym.
FZ - Jestem innego zdania. Owszem, teraz tam chodzą ludzie, ale wiedzą,
że robią to nielegalnie. Wiedzą, o co chodzi. To są ludzie ze środowisk
zakopiańskich. Starają się przejść jak najmniej inwazyjnie. Czy otwarcie
północnych zerw Giewontu nie spowoduje masówki w tym miejscu?
JM - Na pewno nie.
FZ - Ale czy nie będzie więcej ludzi?
AP - Ja jestem w stanie postawić dolary przeciwko orzechom, że nie będzie
ich więcej. Wspinam się dwadzieścia lat i nigdy nie słyszałem, żeby ktoś
powiedział: nie pójdę wspinać się na Giewont, bo nie wolno.
MG - Kwestia jest jak widzę nierozwiązywalna. Albo wspinacze będą skazani
na permanentne łamanie prawa, albo wyda się przepis, który jak słyszę
dla przyrody będzie bardzo szkodliwy.
PS - Przyznajmy, że jest to sprawa, w której nie osiągnęliśmy porozumienia.
Konieczne będzie monitorowanie zjawiska - ile osób się tam wspina, jakie
są tego skutki.
FZ - Ja bym postawił sprawę inaczej. Mamy jedno stanowisko orła w Polskich
Tatrach. Czy chcemy mieć jeszcze jedno czy nie? Jeżeli tak, znajdźmy drugą
taką ścianę jak Długi Giewont, daleką od szlaków turystycznych, z okapem,
niedostępną.
AP - Kazalnica Miętusia.
FZ - Odpada. Ruch grotołazów na podejściach do jaskiń trwa tam przez
cały rok. Masz więc w Długim Giewoncie potencjalne miejsce gniazdowania
orła. Być może właśnie przez tych parę wejść zimowych on nie może tam
zamieszkać. Orzeł od lutego zaczyna aktywność. Wtedy ma lot godowy, wybiera
miejsce na gniazdo. Jak w lutym coś mu nie spasuje to koniec, jest strasznie
wrażliwy.
AP - To przyjmijmy, że wspinamy się tylko do końca stycznia.
FZ - Nasze orły cały czas pozostają w swoim rejonie gniazdowania. Powinny
odlatywać, ale tego nie robią. One tam są, kombinują w tej okolicy, ale
coś im nie odpowiada.
AP - Zapewniam panów, że ostatnią rzeczą, którą chcielibyśmy robić jest
płoszenie orłów czy doprowadzanie do zgonów kozic. I nie wydaje nam się,
abyśmy to robili.
FZ - Podejdźmy do sprawy z drugiej strony. Zamiast dywagować wolno, nie
wolno, odpuśćmy sobie Długi Giewont na pięć lat. Będzie gniazdo, czy nie
będzie? Dajmy pierwszeństwo zwierzętom.
JM - Jest taka skałka Siwiańskie Turnie. Bardzo ją kocham. Kiedyś, lata
temu, poprowadziliśmy z Markiem Danielakiem pierwszą drogę, środkiem ściany.
Tam było gniazdo, po paru przejściach zniknęło. Rocznie to dwa, trzy przejścia.
Niedawno poszedłem tam, patrzę z góry - jest gniazdo. Ludzie się wspinają,
a ptaki budują gniazdo. Nie przeszkadzają sobie nawzajem.
FZ - Super, wszystko się zgadza, tylko mieliśmy tam gniazdo puchacza,
którego na palcach jednej ręki można policzyć, a mamy gniazdo pustułki,
która jest w setkach par liczona. Gniazduje m.in. na kościele Mariackim
i blokach krakowskich.
JM - Czyli jedynym wyjściem jest popełnić zbiorowe samobójstwo i dać
tej ziemi święty spokój.
Czuję się przyrodą ożywioną
MG - Problemy wydają się nie do rozwiązania. Czy jednak możemy - abstrahując
od obowiązujących przepisów i trybu ich uchwalania - wymyślić jakiś idealny
sposób udostępniania Tatr, kompromis możliwy do przyjęcia dla wszystkich?
AP - Według nas punktem wyjścia powinno być otwarcie wszystkiego i zamykanie
tylko tych rejonów, które ze względu na rzeczywistą wartość przyrodniczą
muszą być wyłączone z ruchu wspinaczkowego w określonym czasie lub na
stałe.
FZ - Z punktu widzenia przyrodnika, nie da się chronić wybiórczo. Trzeba
dbać o cały ekosystem. Co z tego, że orzeł wreszcie założy gniazdo, jak
wszędzie dookoła będą ludzie? Nie będzie miał gdzie polować, zginie z
głodu.
BS - Co mam zrobić? Czuję się niewątpliwie przyrodą ożywioną, ale czy
moim środowiskiem naturalnym musi być wyłącznie Ursynów i Stegny?
WC - Słówko optymizmu, bo tu same smutne wnioski. Łażąc od kilkudziesięciu
lat po Tatrach, wspinając się i chodząc po różnych zakamarkach zauważam,
że stan Tatr, łącznie ze zwierzakami, kwiatkami i wszystkim naraz - w
czasie mojego górskiego życia - nie pogarsza się, ale polepsza. Jeżeli
gdzieś jest gorzej, to tylko w rejonach masowej turystyki, sztucznie wganianej
lub wwożonej w góry. W rejonach zakamarkowych stan się poprawia. Pięćdziesiąt
lat temu było o wiele gorzej. Kiedy zaczynałem się wspinać, o czymś takim
jak niedźwiedź w ogóle nie słyszałem, tzn. wiedziałem, że jest gatunek
Ursus arctos, ale w Tatrach
? Teraz niedźwiedzia widuję raz tu, raz tam.
Spadek liczby kozic został zahamowany. Oczywiście jest to w znacznym stopniu
zasługą parku, więc na koniec oficjalnie składam gratulacje dyrektorowi.
|