Krótko o tym, co w Moku. Najstarsi górale nie pamiętają tak fatalnej
zimy. "Oby do marcowego wyżu" napisał na ICM-mie dyżurny meteorolog i
niech te słowa przyniosą pociechę wszystkim tym, którzy na darmo gotowili
szpeje przed każdym kolejnym, równie fatalnym pogodowo weekendem. Ale
i tym, co siedzieli na miejscu nie było łatwiej. W ciągu całego niemal
stycznia i lutego byłem w stanie wspiąć się tylko 4 razy, z tego tylko
2 razy na Kotle. A i tak, warunki były jednymi z najgorszych, w jakich
miałem się okazję zabawiać.
Dobre sytuacja panowała tylko przez tydzień po Sylwestrze. Później stopniowo
pogarszała się, wciąż sypał śnieg, a krótkie odwilże niczego nie poprawiały,
bo zaraz po nich następowały biblijne niemal opady. W tych warunkach popularna
zrobiła się droga Polak w Kosmosie V+A0, A2/A2+, którą przebyły
3 zespoły, z tego najszybciej zespół Grzesiek Skorek i Andrzej
Lipka w czasie 9h (rekord). Gdy wspinałem się na tej drodze ze Stasiem
Piecuchem 13 lutego (w piątek!), w permanentnie złej pogodzie, stwierdziliśmy
bardzo małą ilość stałych punktów. Podobno jeden z kolegów przejął się
koncepcją "czystej strefy" i oczyścił drogę ze starego żelastwa :).
Tego samego dnia pierwszego powtórzenia doczekała się droga Szczotka-Skoczylas-Nowak
Akcja Junior A2, V+. Autorami przejścia byli Adam Pieprzycki,
Marcin Michałek i Paweł Kopta, a całość zajęła im 16h. O
trudnościach drogi wyrażali się z uznaniem:
"Akcja" to bardzo ładna mikstowa droga (haków brak,
asekuracja wymagająca, mało haczenia). Niestety po załojeniu drogi całą
noc plątaliśmy się w dupówie szukając zjazdów z Kaz. Cubryńskiej (baliśmy
się schodzić przez Galerie z wiadomych względów). Przy okazji (aby nie
zjeżdżać do Ucha - lawiny) ostanie dwa zjazdy zrobiliśmy "Momą"
(stan założyliśmy kilka metrów niżej niż jest 1-stan na schemacie oryginalny
"Momy")" [M. Michałek]
Wcześniej, wspomniany wyżej zespół Lipka-Skorek podjął próbę 1-go
przejścia zimowego Innominaty V+A0, A2+, M7- na Kotle. Skończyło
się na pokonaniu dwóch dolnych wyciągów i wyjściu Uskokiem Laborantów.
Kluczowy, przewieszony filar pozostał nietknięty, ale powstała nowa kombinacja.
Tydzień później Innominata znów znalazła się na celowniku. Zespół
"Zwierzak" Kohler i Marcin Księżak uderzyli już o 2-giej
w nocy, ale panująca tego dnia fatalna pogoda po kilku godzinach odebrała
im wolę walki.
Dzień wcześniej, po bardzo owocnym spotkaniu z pracownikami i dyr. TPN
(o tym jeszcze na pewno napiszę) o godzinie 14.30 niżej podpisany i Paweł
Olek vel "Bakteria" wbili się w Stefko-Szmeję z zamiarem
rozpoznania warunków. W 3,5 godziny przebyliśmy 3 wyciągi do śnieżnej
półki (połączone w dwie długości). Okazało się, że nie taki diabeł straszny,
a trudności hakowe oscylują wokół A1 z miejscem A2+. Wymagające jest natomiast
wyjście w klasykę (V+ A0, potem M6), które być może było haczone.
Następnego dnia na podejściu otrzymaliśmy - niczym kubeł zimnej wody
- lawinę z Sanktuarium. Aura nie zachęcała do wspinaczki (wichura połączona
z masywnymi pyłówkami), a i widok udających się do domu kolegów nie działał
budująco. Niemniej po kolejnych wyciągach (najtrudniejszy A2/V+/A0) zameldowaliśmy
się ok. 16.00 na stanowisku przed ostatnim wyciągiem Korasa. Tutaj
po wylaniu wiadra pomyj na głowę Bodzia Kowalskiego ("po jaką cholerę
pakował się w ten wyciąg") pokonaliśmy ostatnią długość liny bardzo upierdliwym
kominkiem (a wyjście Sprężyną byłoby tak przyjemne...) i jeszcze
za dnia zjechaliśmy na dół. Efektywny czas wspinaczki wyniósł 13h (3.5
+ 8.5h) i w ten sposób, po 16 latach od powstania, droga uzyskała pierwsze
pełne przejście zimowe (poprzednie kończyły się na połączeniu z Hobrzańskim).
W schronisku pojawiliśmy się równocześnie z drużyną TOPR udającą się
po Krzyśka Tretera, którego lawina zabrała z Pleców Mnichowych na sam
dół (Krzychu - wracaj do zdrowia!). Wkrótce po nas pojawiła się ekipa
Marcina Malki, która po urobieniu kilku wyciągów odpuściła sobie Długosza.
A ponieważ w schronie rozwijała się bardzo dynamiczna imprezka, rzuciliśmy
się w balety, wódkę i kobiety i hulaliśmy aż do drugiej w nocy. Poranek
BYŁ ciężki. Oczywiście - padał śnieg...
Z ciekawostek warto wspomnieć jeszcze o pierwszym drajtulowym przejściu
Prawego Dziadka na Czołówce (M6+) oraz odhaczeniu pierwszego wyciągu
Orła z Epiru M7. Po krótkim przebłysku pogody - pół dnia słońca
w środę - teraz znowu pada. Coś tam ma się poprawić, ale nie sądzę, aby
ten weekend był tym, na który wszyscy czekają. Luty już raczej niczym
nas nie zaskoczy. A zatem - oby do marcowego wyżu...