|
Minęła kolejna edycja zawodów wpisanych do rankingu Pucharu Polski. Tym
razem wspinaczy po raz kolejny gościli Gliwiczanie. Główny organizator
Piotr Czmoch znowu stanął na wysokości zadania. Atmosfera miła, sponsorzy
dopisali, były Puchary i uśmiechy do zdjęć. Poziom sportowy w miarę zadowalający.
No i Rosjanie znowu zwyciężają. Profesjonalizm Jurija Dolouba wpędza nas
w kompleksy. Wielokrotnie zastanawialiśmy się - jak oni to robią? Dlaczego
ludzie ze wschodu potrafią wygrywać tak spektakularnie i zawsze są pewnymi
faworytami? Owszem, Adam Liana poraża swoją siłą, Marcin Wszołek zwyciężył
w zeszłym roku, Kinga Ociepka w kategorii damskiej nie ma już sobie równej,
ale wciąż toczą się dyskusje i rodzą pytania, dlaczego Rosjanie są tak
dobrzy?
Przyczyn jest wiele, a wnioski, jakie przyszły sędziom do głowy (a sędziowaliśmy
z Piotrkiem Kruczkiem) były następujące. Rosjanie traktują wspinanie bardzo
poważnie i profesjonalnie. Jurij Doloub, który dysponuje ogromną siłą
i wytrzymałością do końca pilnował techniki i odpowiedniej ekonomiki wspinania.
Koncentracja, skupienie oraz pełna kontrola, aby nie zmarnować niepotrzebnie
nawet ułamka energii to cechy świadczące o klasie zawodnika.
A u nas - jak ktoś ma okrutną moc to zupełnie się gubi logistycznie i
na odwrót. Jak świetnie odgaduje intencje kompozytora drogi, to w kluczowych
trudnościach brak mu siły itd. Dodatkowo nasz spręż do treningu zawodniczego
wyraźnie opada. Odczuwa się znudzenie i ogólne rozprężenie. Marcin Wróbel
vel Gisbern stwierdził ostatnio, że na Koronie nikomu się już nie chce
trenować pod zawody. Rzeczywiście, w finale było raptem 2 zawodników z
klubu podgórskiego - Staszek Tylek i Łukasz Dudek - ten drugi z resztą
to Częstochowianin. A kiedyś Korona obstawiała 80, a nawet 90 % miejsc
w finale!
Jest to najprawdopodobniej wynik znużenia formułą zawodów na trudność.
Długa i rozwlekła akcja działania każdego zawodnika, monotonia oraz wciąż
ten sam repertuar ruchów w zbyt długim czasie zaczynają nużyć publikę,
a w dłuższej perspektywie czasu, również zawodników. Zauważmy, że tylko
nieliczni wytrzymują w tym fachu dłużej niż 3, 4 sezony. A trening wymaga
morderczej pracy i stalowej motywacji, co później trudno przełożyć na
wymierne zyski finansowe, bo jakie są nagrody - każdy wie. Wyżyć ze startów
w zawodach nie da się nawet na Zachodzie.
Medialność naszej dyscypliny również okazała się niezbyt duża. Przypomnijmy
sobie połowę lat 90. Praktycznie każda edycja Pucharu Świata była relacjonowana
w Euro-Sporcie. Obecnie zawodów "na kablówce" nie uświadczysz. Dlaczego?
Czyżby realizatorzy przekonali się, że to tak naprawdę nudne, że lepiej
pokazać narciarstwo, tenis czy piłkę nożną? Tak naprawdę nie wiem, dlaczego
nie ma wspinania zawodniczego w telewizji, ale mogę się domyślać, że chodzi
właśnie o to - gość idzie po ścianie i spada. Idzie następny i znów spada
- ale widzowi, a szczególnie telewizyjnemu ciężko jest zweryfikować, kto
jest lepszy, czemu wygrał jeden, a nie drugi, co tak naprawdę zadecydowało
o zwycięstwie - zwłaszcza kiedy decydują ułamki centymetrów. 'Piłka jest
okrągła, a bramki są dwie' - jak mówił trener Kazimierz Górski. Laikowi
łatwiej jest dostrzec piłkę wpadającą do siatki, podczas gdy strzał do
tego samego oblaka po wykonaniu 5 wpinki, kiedy wspinaczka dwóch rywali
była niemal identyczna może naprawdę znudzić widza, który dodatkowo niewiele
rozumie nawet, jeśli jest 'fachowy' komentarz. Po trzecim startującym
delikwencie przełącza kanał na Tok Show Michała Wiśniewskiego lub Disco
Relax na Polsacie. Najprawdopodobniej twórcy telewizyjnych relacji stwierdzili,
że produkowanie programów przeznaczonych dla garstki pasjonatów - fachowców
nie ma sensu. Być może się mylę
Wracając jednak do formuły - prawdziwy bum przeżywają obecnie zawody
bulderowe. Chyba właśnie w nich tkwi przyszłość współzawodnictwa wspinaczkowego.
Jasne i czytelne kryteria, krótki czas trwania wspinaczki, łatwość przygotowania
atrakcyjnych problemów mogących zapewnić zawodnikom i publice dużą dawkę
adrenaliny - oto argumenty przemawiające za tą właśnie formułą. Dodatkowo
zauważmy, że ilość zawodników na rozgrywkach lokalnych (np. w Łodzi) dochodzi
często prawie do setki, podczas gdy na normalnych zawodach Pucharu Polski
na trudność zebranie grona 40 zawodników jest coraz cięższe. Co jest tego
powodem?
Po prostu pod takie właśnie zawody łatwiej i szybciej się przygotować,
jest większa szansa zawalczenia nawet wśród wspinaczy początkujących.
Powszechnie wiadomym jest, że zrobienie siły przychodzi łatwiej i trwa
krócej. Często już po kilku miesiącach treningu na sztucznej ścianie bulderowej
jesteśmy w stanie wykonywać gimnastyczne akrobacje w przewieszonych formacjach.
Natomiast zrobienie wytrzymałości przystosowującej nas do wspinania na
długich, trudnych drogach wymaga często kilkuletnich i mozolnych treningów.
Podsumowując, sądzę, że coś w zawodach powinno się zmienić. Po prostu
życie nie znosi nudy. Poszukiwanie nowych atrakcji i urozmaiceń powinno
stać się normą przed organizowaniem każdych następnych zawodów wspinaczkowych.
I wszystko wskazuje na to, że buldering na panelu spełni tę funkcję. Czy
przejmie palmę pierwszeństwa przed klasycznymi zawodami na trudność? Pożyjemy
- zobaczymy.
|