To była najbardziej ekstremalna jazda w moim życiu - mówi jeden
z dwóch snowboardzistów, którzy zjechali na deskach Żlebem Szczerby przez
północne urwiska masywu Giewontu.
Autorzy wyczynu - Eryk Gajewski i Józek Gąsienica Gładczan.
Data - 9 marca 2003 r.
Szczerba - jak podaje Władysław Cywiński w tomie pierwszym swojego przewodnika
po Tatrach - to szeroka, u-kształtna przełęcz między Giewontem a Długim
Giewontem, wys. 1823 m. Na północ spada z niej olbrzymi Żleb Szczerby.
Ma on ok. 500 metrów różnicy wzniesień. Żlebem prowadzi droga wspinaczkowa
o trudnościach III. "Sensacją ostatnich lat - pisał Cywiński w roku 1994
- był narciarski zjazd tym żlebem, z ominięciem jego górnej części prawą
depresją zachodniej ściany Długiego Giewontu. Wyczynu tego dokonał zakopiański
ski-ekstremalista Piotr Konopka". Dodajmy dla precyzji - 17 kwietnia
1988 r. - Byłem rekonwalescentem po ciężkiej żółtaczce, podejście tak
mnie zmęczyło - wspomina Konopka - że dwie godziny leżałem na szczycie,
żeby założyć narty. Po piętnastu latach życie dopisało kolejny wyczyn,
tym razem w wykonaniu ekstremalistów snowboardowych.
Eryk Gajewski na desce snowbordowej w Żlebie Szczerby (fot. Józek Gąsienica
Gładczan)
Na Kondracką Przełęcz podchodzili jeszcze w podkoszulkach. Potem pogoda
robiła się coraz gorsza. W Szczerbie, tuż przed południem, kiedy szykowali
się do zjazdu, zaczęło lekko prószyć. Po godzinie uderzyła w nich zamieć
śnieżna. Topografia żlebu powoduje, że lawiny sypią się tam z trzech stron
- z Giewontu, Długiego Giewontu i samej Szczerby.
Pyłówki sunęły jedna za drugą, aż trudno było oddychać - wspomina
Eryk Gajewski.
Snowboardziści mieli ze sobą 90 metrów liny, po jednym czekanie, kilka
haków, pętli i karabinków. Cały czas asekurowali się, ale chwi-lami asekuracja
była iluzoryczna. Trzy razy zakładali stanowisko z dziaby wbitej w zamrożone
trawy. Przez pewien czas ich los wisiał na tzw. jedynce, najmniejszym
ze stosowanych we wspinaczce haków. Ogromną pomocą okazała się informacja,
jakiej udzielił snowboardzi-stom przez telefon z centrali TOPR Roman Kubin.
Naprowadził ich bardzo precyzyjnie na stałe punkty asekuracyjne, założone
przez ratowników w żlebie Szczerby.
System działania był taki, że jeden zjeżdżał, czy też zsuwał się na desce
z dużym zapasem luzu na linie, a drugi, nie zdejmując deski z nóg, asekurował
kolegę z mniej lub bardziej pewnego stanowiska. I tak na zmianę. Tylko
w dwóch miejscach Eryk i Józek odpięli deski i zjechali przez skaliste
progi na linie. Zrobili to w najwyższej części żlebu oraz w środku trasy,
ponieważ tzw. Blachy, strome i trudne płyty, tej zimy nie zostały przykryte
śniegiem. Józek Gładczan dodatkowo trzeci raz odpinał deskę, bo pomylił
trasę i wracał kilkadziesiąt metrów do góry.
Butami snowboardowymi, bez raków, musiałem robić stopnie
w zlodowaciałym śniegu, aż mnie potem palce u nóg bolały - opowiada Józek.
- W jednej ręce miałem dziabę, w drugiej deskę, którą zapięciami wbijałem
do śniegu, żeby się przytrzymać. Im niżej, tym było gorzej. Żlebem płynęły
już prawdziwe rzeki śniegu. Narastało zmęczenie. Po skoku na ostatnim
prożku Józek przewrócił się. - Jechałem głową w dół, więc pierwszą myślą
było, żeby się odwrócić - wspomina snowboardzista. - Kiedy to mi się wreszcie
udało, podjąłem próbę hamowania przy pomocy dziaby - bez skutku, zatrzymałem
się dopiero w miejscu, gdzie było więcej śniegu. Józek zaliczył prawie
sto metrów takiej jazdy. Eryka też na koniec prasło. - Chciałem zrobić
zdjęcie Józkowi, wydawało mi się, że tam już jest łatwo, ale nieoczekiwanie
wbiłem się twarzą do śniegu - relacjonuje Eryk.
W Małej Dolince u podnóża północnej ściany Giewontu zatrzymał ich mokry,
ciężki śnieg. Całkowita zmiana aury - górą mróz i lawiny pyłowe, na dole
śnieżna breja i dodatnia temperatura. Cała akcja trwała około pięciu godzin.
Przy Siklawicy byli o siedemnastej. Dłuższą chwilę odpoczywali przy szałasie
w Strażyskiej.
Rękawice miałem przetarte, solidne goreteksowe spodnie wyglądały
jak mokra szmata - mówi Józek - deska zdarta kompletnie. Zrobiło się ciemno,
doliną w dół jechałem jak pijany - wspomina dalej. - Wsiadając do taksówki,
miałem jakieś zwidy, wydawało mi się, że kot wskakuje do auta. - To był
potężny wysiłek, do dzisiaj bolą mnie łydki - mówi Eryk nazajutrz po zjeździe.
- Kirkorem mogę zjeżdżać codziennie - dodaje - ale do Szczerby na desce
już się nie wybiorę.
Obaj snowbordziści mają na swoim koncie różne ekstremalne zjazdy górskie
na desce, m.in. z Kopy Kondrackiej, Szpiglasowej Przełęczy i Rysów.
To, co zrobiliśmy wczoraj, jest najtrudniejszą freerajdową
trasą w Tatrach, pokonaną na desce snowboardowej - twierdzi Eryk.