|
Rośnie w naszym kraju nad Wisłą popularność wspinaczki. W skałkach coraz
większy tłok, na ściankach (których także coraz więcej) trudno czasem
nie deptać komuś po palcach. Może tylko w górach trochę luźniej niż kiedyś,
ale to zupełnie inny temat. Naturalnym następstwem większego zainteresowania
wspinaczką sportową powinien być wzrost ilości organizowanych zawodów.
Ale tak się nie dzieje. Dlaczego?

Na pewno powodem jest sytuacja ekonomiczna potencjalnych sponsorów. Z
roku na rok, widoczne jest mniejsze zainteresowanie sponsorów takim typem
reklamy, ale nie jest to chyba jedyny powód. Na organizację zawodów lokalnych
nie potrzeba bowiem wielkich pieniędzy - można je zorganizować nie wydając
nawet złotówki- w najgorszym wypadku nie będzie nagród. Ale zawody lokalne
również nie odbywają się zbyt często. Moim zdaniem, ważniejszym problemem
jest brak chętnych do organizacji imprezy. O ile na organizację zawodów
lokalnych nie trzeba poświęcić wiele czasu, to organizacja poważniejszej
imprezy to tygodnie, o ile nie miesiące, pracy. I tutaj widzę problem.
Ktoś pochłonięty pracą zawodową i mający dwa tygodnie urlopu w roku, na
pewno nie poświęci ich na organizację zawodów. Jeżeli potencjalny organizator
ma własną firmę, to musi jej poświęcić czas, student musi się uczyć (no,
może nie każdy) - w każdym bądź razie, niewiele jest osób które podejmują
się przygotować zawody.

Organizacja, która powinna dbać o to, aby zawody się odbywały, nie przejawia
wielkiego zainteresowania tą działalnością - owszem, pomaga, ale w minimalnym
stopniu. A powinna być zainteresowana zawodami zaliczającymi się do rankingu,
który sama prowadzi. Dofinansowanie nie wystarczające na nagrody, których
minimalną wysokość ustala właśnie PZA, nie gwarantuje, że w sytuacji gdy
organizator nie znajdzie wystarczającej liczby sponsorów, zawody w ogóle
się odbędą. Z tego właśnie powodu dochodzi do sytuacji w których odwołuje
się imprezy w ostatniej chwili. Bowiem, o ile asekuranci mogą pomóc za
darmo, w ramach koleżeństwa (wg przepisów powinni oni być wcześniej przeszkoleni),
to osoba układająca drogi raczej nie zrobi tego za samo "dziękuję" - to
wymaga przecież kilku dni pracy. A pozostają jeszcze przecież sędziowie
(musieli przejść kurs sędziowski), obsługa medyczna, koszty wynajmu sali,
zakup sprzętu itp., itd. Powstaje pewna kwota którą należy zdobyć. Gdyby
PZA pokrywała koszty, które narzuca na organizatora (minimalna wysokość
nagród, sędziowie, asekuranci, kompozytor dróg) to sytuacja może wyglądałaby
lepiej. Oczywiście, aby dostać takie dofinansowanie organizator musiałby
wykazać się przygotowując pierwsze zawody bez pomocy finansowej PZA. Jeżeli
obserwator z ramienia Związku nie stwierdziłby jakichś niedopuszczalnych
uchybień, organizator mógłby starać się następnym razem o dofinansowanie.
Spowodowałoby to również mobilizację organizatorów do jak najlepszego
przygotowania zawodów.

Ale dla kogo organizuje się zawody? Dla publiczności, czy dla zawodników?
O ile zawody lokalne mają bardziej charakter towarzyski i doskonale sprawdzają
się jako okazja do spotkania się wspinaczkowych maniaków, to te o poważniejszym
charakterze, oprócz funkcji towarzyskiej, są również pewnego rodzaju widowiskiem,
na które przychodzą osoby nie mające pojęcia o wspinaczce. Ja jednak powtórzę
za Darkiem Królem (chyba najlepszym dotychczas organizatorem zawodów w
Polsce) - zawody organizuje się dla zawodników!!! Zawodnik nie mający
okazji do startu w zawodach nie będzie zawodnikiem.
Organizowałem już kila razy zawody, zarówno takie które były imprezami
towarzyszącymi większym przedsięwzięciom (np. festiwalowi), imprezy lokalne
(na piwnicznej bulderówce) jak i te wliczane do Pucharu Polski - i wiem,
że z każdego typu zawodów najbardziej cieszą się zawodnicy. W czasie przygotowywania
imprezy pojawiają się różne problemy, najczęściej natury finansowej, ale
na nie organizator jest przygotowany. Wiem również, że to zawodnicy potrafią
skutecznie zniechęcić do pracy nad następnymi zawodami. Wszystko jest
kwestią cierpliwości potencjalnego organizatora - zapaleńca.

Piszę te słowa na gorąco po kolejnych zawodach lokalnych i to właśnie
postawa zawodników skłoniła mnie do przelania na papier tych słów. Gliwickie
zawody o Przechodni Puchar Posępnej Klamy mają za główny cel spotkanie
się w jednym miejscu ludzi pasjonujących się panelem. Często, na tego
typu zawodach zdarza się, że liczba zawodników przekracza kilkukrotnie
zgromadzoną widownię. Mamy się spotkać, porozmawiać i przy okazji powspinać
trochę poważniej niż na treningu, porównać swój poziom wspinaczkowych
umiejętności - ale przede wszystkim - dobrze się bawić. Jeżeli przy okazji
są nagrody to chwała sponsorowi (który najczęściej sam się wspina). Nic
bardziej nie satysfakcjonuje organizatora niż zadowoleni zawodnicy. Pamiętam
jak w ubiegłym roku po rozdaniu nagród w Pucharze Polski, po dopełnieniu
formalności w stylu pokwitowania ich odbioru, Iwona Gronkiewicz-Marcisz
poczekała aż wszyscy zwycięzcy dopełnią papierkowych obowiązków i opuszczą
pomieszczenie, w którym się wszystko odbywało, po czym powiedziała proste
"Dziękuje, było naprawdę fajnie". Przyjemnie było usłyszeć te słowa od
zawodniczki, i to takiej, która startowała w niejednych zawodach w kraju
i za granicą; albo prosty sms otrzymany od Sławka Sławateckiego po tegorocznej
edycji Pucharu Polski, w którym Sławek chwali organizację zawodów. Pokazując
go kolegom, którzy razem ze mną organizowali zawody widziałem, że również
cieszą się z tego, że ktoś docenił ich pracę. Oczywiście znajdują się
również osoby niezadowolone - bo np. w drugi dzień zawodów nie ma batonów
dla finalistów albo puchar za mały. Nie chcę być źle zrozumiany - nie
oczekuję modłów dziękczynnych za zorganizowanie zawodów. Twórcza krytyka
jest zawsze mile widziana (wręcz pożądana). Ale to co słyszałem po ostatnich
zawodach PPPK przerosło moją wyobraźnie i skłoniło mnie do przynudzenia
potencjalnego czytelnika.
Rozumiem, że komuś może przeszkadzać duża ilość magnezji czy wysoka temperatura
w pomieszczeniu, ale żeby krytykować pomysł wpuszczenia kilkunastu osób
chcących oglądać zawody (więcej by się i tak nie zmieściło)? Jednym przeszkadzały
zbyt łatwe przystawki w eliminacjach, innym zbyt trudne w następnych etapach,
jeszcze innym sposób oceniania czy też naszywki sponsora na nagrodach!!!
Przepraszam, ale ja tego nie rozumiem. Wiem że przyjemniej wspinać się
na dużej hali niż na piwnicznej bulderówce, dostać pieniądze zamiast nagród
rzeczowych, przystawki, które TYLKO JA (i nikt inny) przechodzę - ale
proszę Panów Zawodników - wiedzieliście gdzie przyjeżdżacie i co jest
do wygrania!!! Na szczęście opisane przypadki dotyczą jednostek, jednak
pokazują one mentalność części zawodników.

Często słyszy się narzekania startujących na fakt, że jest za mało zawodów
(z własnego śląskiego podwórka podam, że tylko trzy razy w tym roku mieliśmy
tego typu imprezy). Przestaję się dziwić. Wytrzymałość każdego organizatora
jest ograniczona. O ile oczywiście za uzasadnioną krytykę organizator
imprezy powinien być wdzięczny (np. że muzyka była za cicha, strefa źle
przygotowana, przedłużające się przerwy) - takie uwagi się zapamiętuje
i stara wyeliminować w przyszłości, to pretensje w stylu (uwaga, autentyczne)
"nie powinno się wpuszczać publiczności, ponieważ robi się za gorąco na
ściance i chwyty 'jadą'" są dla mnie kuriozalne. Wydaje mi się, że zawodnicy
powinni czasem zastanowić się nad tym co chcą powiedzieć, albo sami spróbować
swych sił w organizacji zawodów. Zresztą może z czasem sami będą do tego
zmuszeni. Na szczęście takie uwagi padają z ust nielicznych zawodników
(w przeciwnym wypadku faktycznie znaczyłoby to, że z organizacją jest
coś nie tak) potrafią one jednak zmusić do refleksji "po co my to robimy?".
Jedyne co może tu pocieszać, że takie jednostki manifestujące (często
za plecami) swoje niezadowolenie, nie przyjadą na następne zawody. Zresztą
może nie będą mieli już na co przyjeżdżać...
|