|
Cyferki mają dużą magię. Im równiejsze tym bardziej przychodzi
się nad nimi rozwodzić, rozczulać czy pastwić. Weźmy pod uwagę choćby
znane w polskiej zagrodzie sensacje związane z pokonaniem VI.3 na wędkę,
teorię "czystego VI.5" czy też zupełnie świeżą dyskusję o VI.8. W każdej
zresztą światowej strefie graduacji magiczne cyfry pozostawiają psychiczny
próg bez względu na to czy chodzi o jakieś odniesienie do poziomu wspinania.
W Polsce ten próg wyznaczała liczba VI.5 (7c+), w Stanach
przełomową liczbą było 5.13a (7c+), w Niemczech IX (7c/c+), we Francji
8a. Niepisany przekaz tych liczb to stwierdzenie, że od nich zaczyna się
"prawdziwe" wspinanie. Każdy psycholog zaraz by pewnie podpowiedział,
że to zbiorowa projekcja lęku przed nieznanym czy siłą mitu. Mniejsza
zresztą o to, bo ten mały rys historyczny, który zamierzam tu naszkicować
ma się odnosić do stopni importowanych z Francji. Nie znowu, że ta "francuska
moda" ma tu jakieś wybitne zalety. Powód jest bardziej pragmatyczny, skala
francuska to swoiste esperanto wspinaczki. Każdy łojant na świecie kuma
przełożenie stopni na skalę francuską i jakoś się tak zdażyło, że wszystkie
nowe dokonania w historii były okrzyknięte w tej właśnie skali. Francja
zawsze dominowała w świecie wspinaczki i każdy nowy stopień uznawano oficjalnie
tylko wtedy gdy uznano go we Francji. A że był to przyczynek do zniekształceń,
to właśnie zamierzam to tutaj opisać.
Historia stopnia ósmego jest bowiem serią pomyłek. Nie mam
też wątpliwości, że stopień dziewiąty podąża tym samym szlakiem. Pytanie
zawsze brzmiało podobnie - czy to już , czy jeszcze nie, zupełnie jakby
chodziło o pierwszy w życiu orgazm. Podobieństwo do utraty dziewictwa
jest nieprzypadkowe, szczęście zdobywcy nowego stopnia i podziw jaki może
on wzbudzić u admiratorów miesza się na ogół z obawą narażenia się na
śmieszność, z bólem wysłuchania oszczerstw czy zwykłą pomyłką. Nie brak
więc jest postaci skromnych, zupełnie nie doceniających swoich dokonań,
jak i tych którzy zdecydowanie przeceniają swoją moc. OK, jest jeszcze
czynnik niewiedzy o dokonaniach konkurentów ale to jakby nie tłumaczy
błędów popełnianych do dzisiaj. Oddajmy więc co sprawiedliwe tym, którzy
na to zasłużyli i powoli popadają w niepamięć.
W 1983 francuskie pismo "Vertical" ogłasza na okładce, że
Patrick Edlinger pokonał pierwszą drogę o stopniu 8a. Zdjęcia z
Ça glisse aux pays des merveilles w kanionie Verdon obiegają świat,
zawodnicy trzęsą portkami z emocji, ci co bardziej na fali trzęsą już
nawet obcisłymi "sekendskinami" (second skin). Ogólnie, wyobraźnia zbiorowa
jest poruszona, Patrick kręci wspinaczkowe filmy i młóci kolejne "ósemki
a". Wspinaczka sportowa ma swoje małe pięć minut, Patricka wybierają sportowcem
roku w 1985, wszędzie klepią spity na gołych płytach, a firmy obuwnicze
pracują intensywnie nad zastąpieniem wiekowych Super Grattonów, w których
przyszło Patrickowi osiągnąć nowy poziom.
Jednakże... Kilka lat wcześniej, dokładnie w 1979, znany
ówcześnie mocarz Ameryki - Tony Yaniro przechodzi klasycznie nieprawdopodobną
formację - wydupione zacięcie z cienką ryską w głębi i zupełnie gładkimi
ściankami. Najtrudniejsze drogi tamtych czasów w Nowym Świecie wycenione
były na 5.12b/c. W większości były to horrorystyczne rysy jako, że spita
jeszcze nie wymyślono, a frienda, i owszem, nieźle rozpowszechniono i
z powodzeniem używano. Yaniro, słusznie wyczuwając, że jego droga była
trudniejsza niż wszystko, co do tej pory uczyniono, wycenił ją logicznie
na pełne 5.12c (7b+). Dwadzieścia lat później po tym historycznym wydarzeniu,
Grand Illusion, bo o niej tu mowa, miała "już" całe pięć powtórzeń.
Co do wyceny wszyscy autorzy powtórzeń są zgodni - to czyste 5.13c czyli
8a+. No comment required... Oczywiście nikt w Verticalu na początku lat
80. nie miał pojęcia o prawdziwej trudności Grand Illusion. W czystej
więc niewiedzy propagowano dalsze dokonania Francuzów.
A tam, w samym centrum Paryża wyrosła parka braciszków,
którym tato, sam niezły wspinacz, kupił nowe modele butów jakiejś dziwnej
firmy hiszpańskiej (Boreal) i dał na bilet i wakacje do Buouxu. Był rok
1985 i właśnie Patrick Edlinger anonsował kolejną, ósmą już chyba nową
8a. Boreal, nikomu nie znana firma z prowincji Hiszpanii dokonała niesamowitego
przewrotu dolewając żywicy do gumy, niczym przysłowiowej oliwy do ognia.
Jest zrozumiałe, że wiele innych firm wspinaczkowo-obuwniczych na całym
świecie "również wymyśliło" gumę super friction dając mocnego kopa w chude
tyłki zaciekle trenujących wspinaczy nowej generacji. Braciszkowie Le
Menestrel osiedli tymczasem na długie wakacje w "nowo odkrytym" rejonie
Buoux. Jeszcze nie wiedzieli, że kładą kamień węgielny pod Mekkę wszystkich
wspinaczy. Zaczęli od niedługiej lecz mocno wydupionej buli z przepięknymi
dziurami - jeden zajebisty przybloczek, parę machnięć kończynami i mogli
oznajmić światu ustami Verticala powstanie "pierwszego" 8a+ Reve d'un
Papillon. Dróżka została zceniona na 8a po jakimś czasie ale drzwi
postępu zostały wyważone.
Następny rok 1986 przyniósł kolejne dokonania braci Le Menestrel
- Choucas 8b i La Rose et Le Vampire 8b. Pierwsza była tak
piękna, że dość szybko odnotowano dwudzieste prowadzenie. Znudzeni zawodnicy
poczęli wynajdywać lepsze patenty i droga obecnie chodzi za "jedyne" 8a+.
Do dziś jest to łasy kąsek do wchłonięcia, wręcz obowiązkowy dla szanującego
się łojanta liczącego na sponsora. W 1987 Marc Le Menestrel, młodszy z
braci, przeszedł również fragment ściany zaraz na prawo od Szukasów
i załoił Le Minimum, pierwsze wycenione na 8b+. Czytelnicy Verticala
ledwo mogli nadążyć za podawanymi informacjami. Grunt, że informacja została
wyemitowana na czas. Wszyscy wiedzieli kto i gdzie jest najlepszy. Starszy
z braci Antoine, zapewnił jeszcze resztę świata o supremacji narodu francuskiego
przebywając na wyspach brytyjskich w 1985, na żywca, samobójczo-mistyczną
drogę Jerrego Moffata Revelations 8a oraz on-sightując w 1987 (w
kategoriach z tamtych czasów - obecnie byłby to pewnie flash) Samizdat
8a w Cimai.
W takiej sytuacji nikt im już nie mógł podskoczyć. Nie było
też wątpliwości kto rządzi. Le Menestrele trochę zbastowali w 1988 dając
jakieś szanse swoim karierom szkolnym, a w opuszczonym przez nich Buouxie
pojawił się i od razu zaczął dokazywać chudy Angol z dredami na głowie
- Ben Moon. W tych to czasach dość niezgrabne "Firezy" (Fire) Boreala
już się przekszałciły w lżejsze i bardziej "ujutne" na dziurkach "baletki
Ninja". W nie właśnie wyposażony Ben Moon wmłócił w 1988 roku w Buouxie
obleganą uprzednio przez zastępy Francuzów drogę, którą jeszcze na dobicie
leżącego nazwał Agincourt 8c (i jeszcze nazwał ją na sposób angielski
Agincourt zamiast Azincourt - łajdak). Ta "najtrudniejsza droga świata"
już wkrótce (w 1990) została obalona z piedestału na korzyść Hubble
8c+ w Raven Tor w Wielkiej Brytanii. Moon po powrocie w rodzinne strony
pokazał Francuzom gdzie naprawdę żaby zimują. Nie na długo...
W 1991 roku świat obiegła wieść o niesamowitym wyczynie
pewnego Niemca studiującego w Norymberdze. Action Direct po raz
pierwszy została wyceniona na XI, co po przeliczeniu w kantorach dało
9a. Nieskazitelny życiorys autora drogi oraz jakość zaprezentowanych na
drodze mono-przechwytów odebrały ewentualnym adwersarzom słowa krytyki.
Wolfgang Gullich nie był poza tym postacią nieznaną w świecie wspinaczki.
Trudno było nie zauważyć jego znakomitych przejść, nawet jeśli Vertical
oraz inne pisma świata nie poświęcały mu tyle miejsca i czasu co innym
mocarzom. Nie należał on do typu łojanta szukającego rozgłosu tudzież
taniej sławy, nie wdawał się nawet specjalnie w zawody. Wiadomo było,
że gość jest twardy, a ci z lepszą pamięcią mogli odtworzyć, że miał na
koncie udane powtórki trudnych dróg tamtych czasów - w Europie (jedną
z pierwszych Rose et Vampire) i w Stanach (trzecie Grand Illusion).
Poza tym rzeźbił intensywnie w swoim własnym ogródku na Frankenjurze i
nawet docierały do świata jakieś wieści o jego tajemniczych drogach w
gęstym teutońskim lesie.
Pierwszy większy przeciek nastąpił w 1986 głównie za sprawą
Jerrego Moffata, który zaprzyjaźnił się z Gullichem i jeździł regularnie
próbować jego drogi. Wtedy to usłyszano między innymi o Stone Love
wycenioną na niewiele mówięce X w skali UIAA ale bardziej zrozumiałe po
translacji - a więc jednak 8b+, anno domini 1986. Znacznie poźniej Moffat
zmierzył się z Wall Street X+ poprowadzoną przez Gullicha w 1987
i zrazu nie poradził jej. Nie było wątpliwości, ta droga to było czyste
8c, sieknięte wcześniej niż "Agincourt". Niejako przy okazji, ale po niewczasie,
uznano drogi Gullicha na Frankenjurze, które przebył jeszcze w 1985, a
wycenione na X- (m.in. Getto Blaster). A więc 8b w 1985, rok przed
szarżą Le Menestreli w Buouxie.
Czy trzeba było aż szokującego 9a, zaledwie rok po nie mniej
szokującym 8c+, aby zwrócić uwagę na względność dat i wydarzeń? Wydaje
mi się, że opisane wyżej fakty były głównie zignorowane z powodu utartej
zasady, że wielkie rzeczy mogą się zdarzyć tylko we Francji, a jeśli już
gdzie indziej, to tylko za sprawą kogoś, kto jest sfamiliaryzowany z bracią
francuską. No przynajmniej prenumerującym Verticala. Dla konkluzji dodajmy,
że Gullich nie upierał się przy swoich 8b, 8b+, 8c i 9a jak baran przy
sianie, tylko spokojnie orzekał, że to propozycje, wyważone na bazie precyzyjnych
porównań. Do dziś Action Direct ma dwa powtórzenia i to po bataliach,
które frankońskie lasy popamiętają jeszcze długo po wejściu Polski do
NATO. Wielu uczciwie pracujących na renomę wspinaczy połamało na Action
szpony, również w dosłownym rozumieniu słowa bo złapanych przez ludzi
kontuzji nie da się policzyć.
O ile wiele nowych propozycji 9a na świecie budzi uzasadnione
i nieuzasadnione wątpliwości, to do tej właśnie drogi nikt już się nie
przyczepia. Ten tekst nie jest przezaczony na opisanie wspaniałego pochodu
siły i woli Gullicha chociaż trudno nie uniknąć samo narzucających się
spostrzeżeń. Nie będę twierdził, że Gullich był najlepszy wspinaczem świata
albo podobnych bzdur bo sam zainteresowany by się w grobie przekręcił.
Był gościu wielką postacią wspinaczki. Umiejącym zachować umiar w wystawianiu
ocen. No właśnie, bo chodzi przecież tylko o numerki, a co ma wisieć nie
utonie. Chcę pokreślić tu klasę moralną Gullicha. Przy wszystkich tych
swoich rekordowych wynikach ani razu nie zauważyłem aby zachował się on
śmiesznie czy niegodnie. Ani razu nie starał się szokować za wszelką cenę
opini jakimś straszliwie wysokim numerem ani nie rozkręcał kampanii auto-reklamowej,
która nie pozostawiałaby wątpliwości kto jest najlepszy. Był po prostu
rzetelny. Nie unikał też wyceniania swoich dróg w stylu żachniętej primadonny
- "tak, ta droga jest niesłychanie trudna, ale niech pozostanie bez wyceny
bo czegoś tak trudnego nie sposób wycenić". Jego dokonania nie muszą nawet
bronić niczego dzisiaj - to po prostu aksjomaty. Historia spłatała więc
psikusa. Co poniektórym przynajmniej. Bez wątpienia bohaterami tej historyjki
są Toni Yaniro i Wolfgang Gullich. Pierwszy z nich, już dawno po czterdziestce,
dalej wspina się intensywnie na poziomie 5.14a (8b+). Jego nazwisko jest
utrwalone głównie poprzez rodzaj przechwytu zwanym "yanirą", ale to tylko
w Europie. W USA ten przechwyt nie ma z nim nic wspólnego, to po prostu
ten facet od Grand Illusion. Drugi ze wspomnianych nie żyje, ale
gdyby żył, to na pewno też by się wspinał, a pamięć o nim to przede wszystkim
Action Direct.
Nic też nie umniejsza dorobku i sławy Le Menestreli, Edlingera,
Moona i setki innych. W obecnym świecie mamy już pokaźną listę dróg 9a,
są nawet 9a+ i 9b. Niektóre z tych dróg są już sprawdzone i mają certyfikaty
jakości. Wiele dróg nie wytrzymało krytyki albo okazywało się, że były
nieporozumieniem. W niektórych przypadkach goście faktycznie zażywają
chwały logicznie dokumentując swoje postępy (Huber, Loskot,
Caldwell, McClure, Nicole etc.), inni narażają się
na popadnięcie w śmieszność (Rouhling, Fernandez etc.) szokując
świat ssanymi z palca liczbami. Natura tej materii jest eteryczna ale
i zarazem ciężka jak głaz, na którym powstało Action Direct. Dźwignąć
takie brzemie nie znaczy być silnym na zrobienie tak trudnej drogi. Oznacza
głównie psychiczną zdolność do widzenia świata i siebie bez zniekształceń.
Stopień ósmy jest, tu nie mam wątpliwości, kamieniem milowym w historii
wspinaczki. Jego własna historia, jak widać wyżej, to ciąg gwałtownych
zmian, nie zawsze następujących w sposób liniowy.
Zmieniło się wiele przez ten czas, począwszy od wyglądu
wspinacza do fizycznych możliwości, ale za największą zmianę uznałbym
przełamanie barier psychicznych w głowie łojanta. O ile w ogóle można
jakąś liczbą określić zaawansowanie rozwoju ducha to nauczyliśmy się,
że granicy ludzkiej mocy na skale nie sposób jeszcze określić. Tak długo
jak się komuś zechce tę granicę eksplorować, tak długo trwać będzie ta
historia (teraz pod rozdziałem stopnia dziewiątego). Nie mam też wątpliwości,
że będzie to ciągle kronika deklaracji dających powody do chwały jak i
do śmieszności. I jeszcze na koniec przygarść faktów historycznych.
Pierwszą kobietą, która przeszła 8a była Christine Gambert.
Pokonała ona w 1987 Reve d'un Papillon - wtedy już cenione na pełne
8a. W 1992 Amerykanka Lynn Hill przechodziła już stopień 8a on-sightem.
W 1989 ta sama łojantka pokonała 8b+ Masse Critique w Cimai. Siedem
lat później Josune Bereciartu zgłasza pierwsze kobiece 8c na Honky
Tonky i w 2000 pierwsze 8c+ na Honky Mix.
W Polsce pierwszym historycznie 8a, o ile się nie mylę,
powinno zostać Przybycie Tytanów VI.5+ w Dolinie Bolechowickiej
z roku 1988 (jesli ktoś wie lepiej, niech sprostuje). W tym samym roku,
Piotr Korczak przechodzi Chomeiniego VI.6, który powinien
być uznany za pierwsze polskie 8b. I stąd skoczmy od razu do Rożnowa 2000,
gdzie po raz pierwszy świat usłyszał o VI.8. Niektóre światowe pisma (ale
już nie Vertical, który do tego czasu mocno podupadł) wyliczają nawet
obecnie Tysiąc Kotletów jako światowe dziedzictwo 9a (Tomek
Oleksy proponuje 8c może 8c+ przyp. red.). I tu drogi Czytelniku Brytana
On-line zostawiam Cię zadumanego nad ulotnością wszystkiego co czytasz
i słuchasz w podawanych Ci wiadomościach. Chciałoby się dodać - nie tylko
wspinaczkowych.
|